większe kawałki

RebusFest – Ian Rankin, festiwal i to jak się promuje literaturę

Trzydzieści lat temu na świat przyszedł detektyw inspektor John Rebus. Z tej okazji w Edynburgu odbył się RebusFest – festiwal poświęcony postaci wymyślonej przez Iana Rankina. Postaci, która na zawsze wpisała się w szkocki krajobraz kulturalny.

RebusFest? Kiedy myślałem o tym jak może wyglądać trzydniowa impreza poświęcona fikcyjnej postaci, przed oczyma stawały mi bieda-festiwale, które czasami odbywają się w Polsce. Dziesięciu fanów określonej książki (z czego ośmioro to rodzina autora), biega po mieście śladami bohatera. Na koniec wszyscy idą do baru gdzie wypijają morze piwa, łudząc się opowieściami, że kiedyś to będzie wielki festiwal. No więc RebusFest… Czym może zaskoczyć…?

Godzina piętnasta czasu lokalnego. Siedzę w hotelu. Edynburg. Nowe Miasto. Na recepcji Polak, bardzo miły. Dostaję pokój z widokiem na ścianę. Kładę się na twardym łóżku i wtedy dzwoni telefon.

– Cześć tu Ian. Przepraszam, że przez telefon, ale wiesz… Może być masakra, więc jak mamy robić większy wywiad, to zacznijmy tak.

No więc tak. RebusFest i wywiad z Rankinem zaczynam w hotelowym pokoju… Trochę zdziwiony, trochę zaskoczony. Że niby autor może nie mieć czasu na własnej imprezie? Jakoś nie chce mi się wierzyć, ale co mogę.

Powrót do przeszłości

W 2011 roku udało mi się po długich bojach dobić do Iana. Wtedy przeprowadziłem z nim wywiad, który miał trwać pół godziny, a półtora godziny później, żona Iana krzycząc na nas, kazała się rozłączyć. Tak, Ian jest gadułą. Ale jedną z tych gaduł, których słuchanie sprawia autentyczną przyjemność. Dlatego wywiad z nim przypomina spotkanie z kumplem, którego dawno się nie widziało, a ma się milion wspólnych tematów. Tak było wtedy. Tak było i teraz.

Kiedy godzinę po przeznaczonym na wywiad czasie rozłączamy się, znów czuję jakbym właśnie nagadał się z kumplem. Wywiad przeczytacie w „Polityce”. Umawiamy się na kontynuację, gdzieś między przerwami w programie. Niezobowiązująco. Bo Ian wciąż twierdzi, że będzie ciężko.

– Pogoda idealna dla Rebusa. – mówi Ian. – Zobaczysz jak będzie oblegany bar.

– Nie wiem czy idealna – odpowiadam. – W Warszawie lało, tak że nie dało się chodzić. A tu tylko kropi.

– Aż tak leje w Polsce? Jak byłem ostatnio w Krakowie, było pięknie.

Tu sobie zamieram. Wiecie – większość literackich festiwali w Polsce próbowało zaprosić Iana. Nigdy nie przyjechał. Kiedy mu to mówię… wybucha śmiechem. Okazuje się, że Kraków odwiedza z kolegami. Byli na kawalerskim. W Polsce jest taniej, piwo dobre a miasto trochę przypomina Edynburg.

To moja pierwsza wizyta w mieście. Wyglądam przez hotelowe okno. Cegły, które widzę, nie potwierdzają tego co mówi. Ani nie zaprzeczają.

Owszem znam miasto z jego powieści. Znam miasto z powieści Irvina Welsha. Ale Kraków?

– To miasto od dekad toczy wewnętrzną walkę. Jest podzielone między Stare Miasto a Nowe. Między tradycję, a teraźniejszość. Jeśli nie wiesz o czym mówię, przeczytaj po powrocie na nowo „Doktor Jekylla i pana Hyde’a”. Zapomnij na chwilę o tym, że czytasz o psychopacie, a przypomniaj sobie jak wygląda Edynburg. I skąd pochodził Robert Louis Stevenson.

I tak kończymy naszą rozmowę.

Mam kilka godzin do pierwszego festiwalowego spotkania. Patrzę na cegły i myślę o tym jak to będzie spotkać Rankina twarzą w twarz. I czy okaże się doktorem Jekyllem.

A Night Out With Rebus | The Queen’s Hall

Wyruszam z hotelu do Queen’s Hall. Jeszcze nie wiem co to za miejsce. Wiem tylko, że mam jakieś pół godziny. Mapa wskazuje, że spacer zajmie mi dwadzieścia. Polak na recepcji też nie ma pojęcia co to za sala.

Edynburg ewidentnie nie lubi się z google’owym GPS. Wystarczyły jedne drogowe roboty i droga z dwudziestu minut zamienia się w czterdzieści. Ale udało się. Dobiegam na sam start. I wtedy przeżywam też pierwszy szok.

Po pierwsze Queen’s Hall. Pamiętacie wszystkie angielskie filmy, na których starsi państwo siedzą na salach z lożami, a przed nimi stoi ksiądz proboszcz, losujący numerki do bingo? No więc Queen’s Hall to taka sala. Z tą różnicą, że mieści się na niej jakieś pół tysiąca ludzi i jest wypchana na full. Bilet kosztuje dwadzieścia pięć funtów. Jeśli wydawało mi się, że na spotkania z Rankinem przychodzić będzie rodzina, to właśnie przeżywam pierwsze zaskoczenie. Oczywiście nie możemy wykluczyć faktu, że jest filantropem, który wydał fortunę na gości… Ale nie…

Dziewczyna z brytyjskiego wydawnictwa prowadzi mnie do prasowej loży. Siadam. Ostatni. Show właśnie się zaczyna.

Określenie show idealnie pasuje do tego co zrobi Rankin. Niedoszły muzyk i bestsellerowy autor. O tym, że scena jest jego naturalnym środowiskiem przekonuję się tuż po tym jak otwiera usta. Nie potrzebuje prowadzących. Pojawia się przed publicznością, a tłum szaleje.

Przez następne blisko trzy godziny, Ranin będzie opowiadał anegdoty o podkradaniu tytułów Rolling Stonesów („Beggars Banquet” to najlepszy tytuł dla antologii opowiadań jaki kiedykolwiek, ktoś wymyślił). O życiu w trasie. I wreszcie o miłości do Jackie Levena. Nieżyjącego muzyka, przyjaciela i człowieka, który spełnił marzenie Rankina o prawdziwej płycie i występach na scenach. Nagrali wspólnie album.

Między anegdotami, opowieściami i konkursami, w których można wygrać butelkę whisky, która kosztuje tyle co budżet małego afrykańskiego państwa, Rankin zaprasza na scenę zaprzyjaźnionych muzyków. Od szkockiego folku (dziewczyna grająca na harfie była niesamowita!), po występ Blue Rose Code – zespołu, który jeszcze nie jest znany, ale ma ogromną szansę skasować Coldplay.

Po wszystkim udaje mi się w końcu dopaść Iana. Nie. Nie jest panem Hydem. Najlepszy rozmówca o jakim może marzyć dziennikarz, okazuje się niezwykle ciepłym facetem. Przy okazji zakochanym w muzye. Zamiast o książkach gadamy o Blue Rose Code. Może uda się po podpisywaniu pogadać przy barze – sugeruje Ian. Patrzę na kolejkę. Za moimi plecami ustawiło się około siedemset osób.

O kurwa. Nie ma szans.

Odchodząc przysłuchuję się rozmowie dwóch fanek Rankina.

– Weź, jak myślisz, podpisze mi się na cykach?

– A co potem? Nie będziesz ich myć?

– Szlag! – To może po prostu dam mu pomacać…

Mają około pięćdziesiąt lat. Zachowują się jak nastolatki. Jeśli do tej pory myślałem, że Rankin jest pisarzem, który cieszy się skromną popularnością – wychodząc z Queen’s Hall muszę zrewidować swoje spostrzeżenia. Rankin jest bogiem.

Writer’s Museum

W edynburskim muzeum pisarzy otworzono specjalną sekcję – 30 lat Rebusa. Dotarcie do muzeum to inna para kaloszy.

Ukryte między budynkami starego miasta skutecznie nie rzuca się w oczy. Ale kiedy dochodzimy do małego budynku… No właśnie…

Wizyta w tym muzeum dobitnie pokazuje jak dzielące nas różnice w podejściu do historii i literatury. Podczas kiedy w Polsce (niezależnie od władzy) okopujemy się na froncie „my kontra oni”, Szkoci idealnie łączą w sobie miłość do tradycji z szacunkiem do współczesności. Wystawa poświęcona Rankinowi i Rebusowi sąsiaduje z dziełami Roberta Burnsa. A teraz wyobraźcie sobie rozległy zawał sera jaki dostaje u nas minister kultury, który wyraża zgodę na zestawienie obok siebie Mickiewicza i Sapkowskiego…

Zresztą obawiam się, że umarłby na samą myśl, że Polska mogłaby dołożyć się do organizowania festiwalu poświęconego Wiedźminowi. W Szkocji jest inaczej. W Szkocji państwo dokłada do RebusFestu, bo wie, że dzięki Rebusowi do Edynburga przylatują tony turystów szukających prawdziwych miejsc opisanych w swoich ulubionych powieściach.

Sam Rankin przyznaje, że nie wyobraża sobie życia bez Edynburga. Ani swoich powieści. Edynburg i one to jedność.

Po wizycie w muzeum mam do wyboru – warsztaty pisania kryminału, albo pokaz „Reichenbach Falls”, filmu który wymyślił Rankin. Wybieram film. Poza tym po pokazie będzie tam kolejne spotkanie z Rankinem. Może nie będzie ludzi? Może uda się pogadać?

O naiwności. Sala w Filmhouse (taka szkocka wersja gutkowego kina we Wrocławiu) wypełniona po brzegi. Cudem udaje mi się dostać miejsce. Siadam. Mija kwadrans. Obok mnie siada Rankin. No cóż. Dostałem vip miejsce. Jest podekscytowany jak dziecko. Chwilę później wskakuje na scenę. I znów jak za pstryknięciem palców – sala, na której jest kilkaset osób wpatruje się w niego i słucha opowieści o tym jak powstał film, który miał kosztować kilka milionów funtów, a w finalne otrzymał budżet nie większy niż sto tysięcy.

Sam film jest dość niezwykły. Rankin w młodości popełnił kardynalny błąd – oddał prawa do postaci Rebusa stacji ITV, która realizowała serial „Rebus”. Przez ponad dziesięć lat nie miał praw do używania nazwiska swojego detektywa w mediach innych niż książki. Umowa właśnie wygasła, a Rankin wraz z nowymi producentami ruszył z pracą nad nowym serialem, który realizowany będzie przez ludzi, którzy nakręcili wybitne „’71”.

A co do „Reichenbach Falls” – to oparta na grze z Sherlockiem Holmesem, Arthurem Conanem Doylem i historią Edynburga, postmodernistyczna zabawa, w której pewien detektyw prowadzi śledztwo w sprawie morderstwa, które popełnił Arthur Conan Doyle. A to dopiero początek.

Po projekcji następuje kolejna niespodzianka. Miasto Edynburg oraz organizatorzy najstarszego festiwalu filmowego w Szkocji – Edynburgh Film Fest, zaprosili Rankina (i kilku innych znanych Szkotów) do tworzenia filmowego repertuaru Filmhouse. Poza tym odkrywam, że siedzi obok nas Nina Sosanya. Ot mały festiwal.

Wychodzę z kina. Dochodzi siedemnasta. Mam dwie godziny do kolejnego spotkania. Idąc do hotelu odkrywam, że śpię tuż obok Young Street i Oxford Baru – ulubionego baru Rebusa. Baru, który był autentycznym barem policyjnym. Póki Rankin nie odniósł sukcesu.

Making a Detective | Assembly Room

Jeśli A Night Out With Rebus odbywało się na sali rodem z bingo, tak tu trafiamy do ekskluzywnej sali koncertowo-konferencyjnej. Drogi bar, droga obsługa, drogie dywany. A na środku Ian.  I goście. Pośród nich zarówno komisarz policji, ceniona patolog, znawca Conana Doyle’a i szkocki łowca seryjnych morderców. Wszyscy oni rozmawiają o pracy wykonywanej przez Rebusa, mieszaniu się fikcji z rzeczywistością, szkodliwości seriali z serii „NCIS” i życiu w Edynburgu, gdzie literatura non stop spotyka się z fikcją.

Na sali są tłumy. Bilet dwadzieścia pięć funtów. Sala słucha i wchłania każde słowo. Po blisko trzygodzinnym spotkaniu Rankin znów podpisuje. Tłum szaleje. Wyjście z sali zajmuje mi trzydzieści minut. Bilety na spotkanie sprzedały się szybciej niż bilety na koncert Eltona Johna.

Kiedy siedzę w samolocie myśląc o RebusFest przypominam sobie wszystkie wątpliwości. I to jak wyglądają podobne imprezy w Polsce. Różnica jest dramatyczna. Ale to nie tylko wynika z faktu, że Rankin pisze po angielsku i jest znanym na świecie autorem bestsellerów.

To różnica w wychowaniu i podejściu do czytania. U nas mamy ciągłą walkę między tymi co nie czytają, a czytają. Pogardę czytających wobec prostych ludzi (bo co może o literaturze wiedzieć fan Martyniuka) i pogardę autorów wobec fanów, bardzo często maskowaną fałszywą przyjaźnią. Tu tak nie ma.

Tu czyta każdy. Tu gwiazda literatury leci z mechanikiem na wieczór kawalerski do Krakowa. Tu państwo mając świadomość, że promocja regionu odbywa się poprzez promocję autorów nie szuka spisków. Nie szuka wrogów. Nawet jeśli pisarze nie piszą laurek. Nawet jeśli obnażają najczarniejsze oblicze miasta. Państwo dba o to aby to robili, bo dzięki nim ktoś będzie chciał przekonać się ile fikcji jest w prawdzie. Poza tym tu wymyślonych bohaterów traktuje się jak żyjących ludzi. Oddaje im cześć i punktuje ich wady. A przede wszystkim trwa się w symbiozie między kulturą, sztuką, polityką a życiem. Nawet jeśli narodowymi bohaterami zostają potwór (Doktor Jekyll), seryjni zabójcy (Burke i Hare) czy policjant alkoholik (John Rebus). Daleko nam do takiego świata. Obawiam się, że bardzo.

 

RebusFest odbył się w dniach 30 czerwca 2017 – 2 lipca 2017.

Najnowszy tom przygód Johna Rebusa ukaże się nakładem wydawnictwa Albatros 19 lipca i nosi tytuł „Nawet zdziczałe psy”.    

Kategorie
większe kawałki
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz