X-Art
większe kawałki

Porno dla estetów

EJ James i jej pan Gray nie zmienili współczesnej erotyki. Rewolucję zaczęło sześć lat temu pewne małżeństwo ze Stanów. Colette Pelissier z mężem Brighamem Feildem tworząc serię X-Art wprowadzili nową jakość do erotyki, zaś dzięki swojemu uporowi w walce z piratami stali się jedyną producencką firmą na świecie, która skutecznie walczy z nielegalnym kopiowaniem filmów.

 UWAGA TEKST ZAWIERA TREŚCI PRZEZNACZONE DLA DOROSŁYCH

 

 

Idea była prosta. Zrobić coś, co będzie zaprzeczeniem wulgarnego i taniego porno zalewającego internet. Żadnych sztucznych piersi, żadnych stękających pań i ponurych facetów z wielkimi brzuchami i półrocznym zarostem. Nic wyuzdanego i wulgarnego. Po prostu seks. Czysty, niemal sterylny. Uprawiany przez piękne młode pary, w pięknych, drogich i ekskluzywnych wnętrzach. Sto procent naturalności ciał, połączony z bogactwem tła. Tak jakby ktoś wszedł do sypialni Krystle Carrington (bohaterka serialu „Dynastia”) i przyglądał się jak Bella i Edward (ze „Zmierzchu”) uprawiają namiętny, ale bardzo subtelny i intymny seks.

Colette, która zanim zajęła się kręceniem erotyków handlowała drogimi nieruchomościami w Malibu, wzięła na siebie wyszukiwanie wnętrz i dbanie o scenografię. Brigham zawodowy fotograf publikujący sesje w „GQ”, „Black+White” czy „Sternie” został odpowiedzialny za plastyczną stronę produkcji.  Swoje doświadczenia z fotograficznych sesji dla największych magazynów na świecie przeniósł do erotyki.

Dzięki temu sceny z filmów w serii X-Art w niczym nie przypominają tanich pornosów. Każdy film to wysmakowane kadry, długie ujęcia ciał i wnętrza, które wyglądają jak z najdroższych katalogów. W efekcie powstała seria filmów, którą „GQ” uznało za „najbardziej wysmakowaną erotykę, jaka pojawiła się w historii”, zaś o firmie małżeństwa pisali w „New York Timesie” i „New Yorkerze”. Niezłe osiągnięcie jak na półgodzinne filmiki, w których zmysłowo kopulują pary.

Bo nie oszukujmy się w serii X-Art chodzi o seks. I to seks pokazany dosłownie.  Wagina w pełnym rozkwicie, (że tak ładnie napiszę), penis we wzwodzie. Penetracja, ejakulacja. Wszystko to jest tu obecna, tyle, że… No właśnie. Nie przypomina to klasycznego pornosa a raczej wysmakowane artystyczne kino dla dorosłych. Nie ma niechlujstwa, scen uwłaczających godności. Wszystko jest czyste i subtelne, mimo swojej dosłowności.

Założyciele X-Artu wychodzą bowiem z założenia, że ich filmy nie mają osiągnąć milionowej oglądalności, a dotrzeć do ludzi, których przeciętna pornografia odstręcza. Swoją ofertę kierują, więc przede wszystkim do zamożnych kobiet prowadzących domy. Tych samych, które kilka lat później serca podbije pan Grey. W skrócie „porno dla zamożnych kucharek i redaktorek z magazynów literackich”. X-art działa na podobnej zasadzie, co powieści Daniel Steel – trafia do czytelniczek, które mają dość harlequinowi papki, ale wciąż liczą na te same emocje. Tylko w ciut lepszym wykonaniu.

A wykonanie w filmach małżeństwa widać. Koszt jednego półgodzinnego filmu sięga miliona dolarów, występują w nim naturalne i piękne modelki i nie ma śladu po silikonie czy innych współczesnych ozdobnikach.

Postawienie, na jakość i mocne określenie grupy docelowej swoich filmów opłaciło się małżeństwu. Dziś w branży filmów dla dorosłych X-Art to marka, która może i nie przyciąga milionów widzów (subskrybentów czy raczej subskrybentek na stronie mają około 100 tys.) ale za to produkuje towar drogi i ekskluzywny (opłata na stronie to 50 dolarów). Oraz niebezpieczny dla piratów.

W czasach, kiedy Sony nie potrafi sobie poradzić z atakami hakerów, dystrybutorzy bezustannie narzekają na wyciekające do sieci filmy, założyciele X-Artu postanowili, że zamiast dołączać do grona wiecznie płaczących na piratów po prostu wyruszą z nimi na wojnę. Od 2013 roku Colette prowadzi w imieniu studia własną wojnę z piratami. Wynajęli zewnętrzną firmę, która ustala adresy IP ludzi, którzy nielegalnie pobrali z sieci ich film i… wraz z otrzymaniem numeru wytacza im proces. Dziś dziennie (!) X-Art wygrywa trzy sprawy z piratami. Odszkodowania wpływające na konta firmy są różne od kilkuset dolarów do kilkunastu tysięcy, zaś w filmowej branży X-Art złośliwie uznawany jest za firmę, która większe profity czerpie z walki z piractwem, niż z produkcji filmów. Być może. Nie mniej droga, jaką obrali wydaje się dziś być jedyną słuszną, (czyli cywilne oskarżenia o kradzież każdej namierzonej osoby). Oczywiście zdarzają się przykre pomyłki, jak oskarżenie o kradzież staruszki, z której komputera korzystał wnuczek, ale takie ryzyko jest wpisane w piractwo.

Póki co właściciele X-Artu nie mają zamiaru zwalniać na żadnej płaszczyźnie. Wciąż realizują swoje filmy i wciąż własnoręcznie wypełniają pozwy sądowe. Być może, dlatego właśnie dziś w branży erotyki dla dorosłych mają pozycję artystycznego lidera porno. Jakkolwiek to brzmi. Tylko w przeciwieństwie do serii o Greyu nie doczekali się serii następców. Na dobre porno dla kucharek trzeba jednak mieć wielki budżet i wielkie samozaparcie.

Kategorie
większe kawałki
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz