Monolith Fimls
większe kawałki

Podróż sentymentalna, czyli klasyczne musicalowe nawiązania w „La la land”

Damiene Chazelle w „La la land” oczarował widzów nostalgią i przywołał na nowo zapomnianą magię dawnych musicali. Pięknie pokłonił się klasyce, nie tylko zresztą muzycznej. Bo nie ograniczył się do pokrewieństwa stylistycznego. Film jest przebogatą kopalnią cytatów i nawiązań. Po seansie warto wybrać się w sentymentalną podróż w przeszłość, przypominając kilka tytułów, które dla twórców stanowiły inspirację.

Choć w najbardziej oczywisty sposób „La La Land” wskrzesza złote lata hollywoodzkiego musicalu, to nie można pominąć nowofalowego francuskiego klasyka Jacques’a Demy’ego z Catherine Deneuve jako młodą zakochaną Geneviève. W „Parasolkach z Cherbourga” (Les Parapluies de Cherbourg, 1964) Demy porzucił co prawda inscenizacyjną wystawność, ale scenografią i wyrazistymi kolorami (które na negatywie przygasił upływ czasu) oddał hołd twórcom z amerykańskich studiów. Inaczej niż poprzednicy podszedł do kwestii wokalnych. Bo w „Parasolkach…” nie ma klasycznych piosenek i numerów tanecznych. Są… recytatywy. Każdą zatem, nawet najbłahszą kwestię, bohaterowie wyśpiewują. Film Chazella łączą z „Parasolkami…” melancholia, obraz życia, które weryfikuje romantyczne plany nie zawsze tak, jak byśmy chcieli, a także konstrukcja – podział akcji na „rozdziały” i epilog ukazujący, jak czas obszedł się z postaciami. Pamiętacie okno z „Casablanki” przed kafejką, w której pracuje Mia? Pod nim wypatrzycie szyld z napisem „Parapluies”, czyli „parasolki”. A właśnie sklep z parasolkami prowadziła z matką Geneviève.

 

Parasolki z Cherbourga

 

Ale nie tylko do tego filmu Demy’ego nawiązuje Chazelle. Są jeszcze późniejsze „Panienki z Rochefort” (Les Demoiselles de Rochefort, 1967) – dla odmiany przesycone lekkością oraz żywiołowością. Muzykę, tak jak w przypadku „Parasolek…”, napisał Michele Legrand, a rozbrzmiewają tu big bandy i jazz. A w role sióstr bliźniaczek wcieliły się Catherine Deneuve… i jej starsza siostra Françoise Dorléac. Warto zwrócić uwagę na rozpoczynającą film sekwencję – z unieruchomionych na promowym pokładzie samochodów wysiadają pasażerowie i zaczynają… tańczyć. Chazelle kapitalnie się takim otwarciem zabawił, uzupełniając je o rozmach choreograficzny w stylu Jerome’a Robbinsa (perfekcjonisty, który tak przeciągał cyzelowanie scen w „West Side Story”, że w połowie zdjęć podziękowano mu za współpracę). Pobrzmiewają tu echa i innych słynnych musicalowych uwertur, w tym widowiskowego otwarcia „Facetów i laleczek” Mankiewicza.

 

Panienki z Rochefort, uwertura

 

W „Panienkach…” pojawia się bardzo znaczący aktorski epizod… W amerykańskiego artystę, który przyjeżdża do Francji, wcielił się tu Gene Kelly (twórcy ponoć musieli na niego poczekać dwa lata z realizacją). A skoro o Kellym mowa – zważywszy na jego wkład w historię musicalowego kina, u Chazella nie mogło zabraknąć jego ducha. Gdy Sebastian wskakuje na latarnię podczas „A Lovely Night” – skojarzenia z tytułowym numerem z „Deszczowej piosenki” Stanleya Donena są jak najbardziej na miejscu.

 

Nie sposób też nie wspomnieć o „Amerykaninie w Paryżu” (An American in Paris, 1951) Vincenta Minnellego. Bo brawurowa finałowa wariacja Chazella „Co by było gdyby…” kojarzy się z kilkunastominutową cudownie surrealistyczną dream sequence zamykającą tamten film – nie tylko za sprawą wykorzystania „malowanych” planów. Jest w niej też coś z „Broadway Melody” z „Deszczowej piosenki”. Oto fragment z Minnellego:

 

Amerykanin w Paryżu

 

Kinofilskich niespodzianek zresztą w finałowej wariacji o wiele więcej. Bo gdy Mia i Sebastian tańczą w malarskiej scenerii na brzegu Sekwany, przypomina się inna scena z „Amerykanina w Paryżu”: Gene Kelly i Leslie Caron w romantycznej odsłonie z „Our Love Is Here To Stay”. A po drodze czeka urokliwe nawiązanie do francuskiego „Czerwonego balonika” Alberta Lamorisse’a z 1956 r., jedynego krótkometrażowego filmu nagrodzonego Oscarem za scenariusz. Mia z balonikami przed Łukiem Triumfalnym jest z kolei niczym Audrey Hepburn w scenie sesji fotograficznej z „Zabawnej buzi” Stanleya Donena.

 

Amerykanin w Paryżu, Our Love Is Here To Stay

 

Rozgwieżdżone tło sekwencji tanecznej może nasuwać skojarzenia z tym numerem Freda Astaire’a i Eleanor Powell z „The Broadway Melody Of 1940”.

 

The Broadway Melody Of 1940

 

Na wspominanej już latarni z „Deszczowej piosenki” nie kończy się zabawa w cytaty z „A Lovely Night”. Bo taniec bohaterów – w nocnym parku, pośród latarni, wykorzystujący w choreografii ławkę, przypomina o tym lirycznym kawałku w wykonaniu Freda Astaire’a i Cyd Charisse z „Wszyscy na scenę” (The Band Wagon, 1953):

 

Wszyscy na scenę, Dancing In The Dark, At The Central Park

 

Tekst „A Lovely Night” czaruje kpiarską atmosferą – gdy bohaterowie rozwodzą się nad tym, jak to marnuje się piękna noc, bo między nimi nic a nic nie iskrzy. Podobna formuła nie do końca miłosnego duetu również wpisuje się w musicalową tradycję. Tak oto Ginger Rogers zżymała się na Freda Astaire’a w „Fine Romance” z „Lekkoducha” (Swing Time, 1936):

 

Lekkoduch, A Fine Romance

 

A choreograficznie można się jeszcze w „A Lovely Night” doszukać nawiązań do „Lets Call The Whole Thing Off” z „Zatańczymy?” (Shall we Dance?, 1937) – acz tam Ginger i Fred stepowali na wrotkach – oraz „Isn’t This A Lovely Day” z „Panów w cylindrach” (Top Hat, 1935). W obu tych kawałkach zresztą bohaterowie się, podobnie jak w „A Fine Romance”, rozkosznie przekomarzają.

 

Zatańczymy?, Lets Call The Whole Thing Off

 

Panowie w cylindrach, Isn’t This A Lovely Day

 

Nastrój – jak też magnetyzm – duetów Ginger Rogers i Freda Astaire’a zdecydowanie udziela się Emmie Stone i Ryanowi Goslingowi (choć brak im doskonałej techniki charyzmatycznych poprzedników). Tak jest choćby w magicznej scenie walca, którego Sebastian i Mia tańczą w Obserwatorium Griffitha (swoją drogą istotnego miejsca wydarzeń w „Buntowniku bez powodu”).

Przywołajmy jeszcze jeden kawałek z „Lekkoducha” (uznawanego za jeden z lepszych wspólnych występów Ginger i Freda).

 

Lekkoduch, Never Gonna Dance

 

„Someone In The Crowd” – z dziewczynami przygotowującymi się do przyjęcia – kojarzy się naturalnie z „ I Feel Pretty” z „West Side Story”. Ale za sprawą zestawienia kolorów sukienek, ruchów rąk i wymachów spódnicami przypomina o innym numerze z innego musicalu – „There’s Gotta Be Something Better Than This” ze „Słodkiej Charity” (Sweet Charity, 1969) Boba Fosse’a, twórcy pamiętnego „Kabaretu”.

 

Słodka Charity, There’s Gotta Be Something Better Than This

 

Choreografka „La La Land”, Mandy Moore, w wywiadzie dla „The Verge” zdradziła zresztą, że „The Rich Man’s Frug” z tego samego filmu reżyser wskazał jako wyznacznik nastroju, jakim emanować ma scena samego przyjęcia. A to kapitalnie odjechany kawałek:

 

Słodka Charity, The Rich Man’s Frug

 

I na zakończenie scena niemusicalowa. Ale z filmu, któremu Chazelle również w oczywisty sposób oddaje hołd. Bo „La La Land” łączy z „Casablancą” nie tylko pamiętne okno i ogromny plakat Ingrid Bergman w pokoju Mii. Mia, podobnie jak Ilsa, ze wszystkich knajp w mieście musiała wybrać akurat tę…

 

Casablanca

 

 

Kategorie
większe kawałki

Z wykształcenia psycholog stosunków międzykulturowych, z zawodu (głównie) redaktor. Pracuje w wydawnictwie specjalizującym się w książce dziecięcej i młodzieżowej, dzięki czemu maskuje, że nie udało jej się dorosnąć. Publikowała w „Nowej Fantastyce” oraz różnych portalach internetowych. Z równym prawdopodobieństwem można ją spotkać na śmiertelnie poważnych pokazach festiwalowych, jak i przeglądach najgorszych filmów świata. Specjalizuje się w kinie indyjskim, w wolnych chwilach włóczy po Azji, i wie, o co chodzi w krykiecie.

Dodaj komentarz