Aardman
większe kawałki

Pixar, Dreamworks, Aardman – muszkieterowie animacji

W oczekiwaniu na „Uniwersytet potworny” czyli najnowszą animację ze studia Pixar, przygotowaliśmy mini przewodnik po najważniejszych studiach produkujących filmy animowane. Czytając ten tekst dowiecie się dlaczego rozwody nie popłacają, jak pszczoła nie spotkała pani Robinson i zdobędziecie wiedzę o tym jak trudno podróżuje się w ludzkim ciele.

 

Pisząc „Trzech muszkieterów” Aleksander Dumas stworzył uniwersalnych bohaterów, z których każdy prezentował zupełnie odmienny temperament i charakter. Aramis był bohaterski, prawy i szarmancki, Portos może i nie był zbyt inteligentny, ale za to silny a w walce pokonywał niemal wszystkich zaś Atos z nich trzech najbardziej nieokrzesany, dowcipny, by nie powiedzieć frywolny. Francuski pisarz zamarł na wiele lat zanim wymyślono kino, ale byłby dziś z siebie dumny bowiem okazuje się iż charakterystyka jego postaci idealnie określa zależności między trzema potentatami na rynku filmów animowanych. Dwa amerykańskie studia i jedno brytyjskie od lat wyznaczają trendy i mody we współczesnej animacji. Amerykanie bardziej nastawieni na zysk stawiają głównie na animację komputerową, artystyczni Europejczycy nie boją się zaś eksperymentować z formą stąd też pojawiają się u nich postacie z plasteliny umieszczane bardzo często w rzeczywistym świecie i pojawiają się w nich np. kadry z przechodniami. Przy okazji premiery „Uniwersytetu potwornego”  stworzyliśmy przewodnik po animowanym świecie kierując się cechami charakterystycznymi bohaterów Dumasa.

Pixar, czyli Aramis

Od co najmniej dekady przed każdym rozdaniem Oscarów pojawia się plotka, że tym razem po najważniejszą nagrodę amerykańskiej branży filmowej sięgnie animacja. Oczywiście animacja ze studia Pixar. I chociaż jeszcze to nie nastąpiło – póki co studio zgarnęło siedem statuetek za najlepszy film animowany – to i tak filmy Pixar wywołały w Hoolywood małą rewolucję. Przez lata filmy animowane traktowane były przez Akademię Filmową po macoszemu i poza „Piękną i bestią” z 1991 roku, nigdy nie były nominowane do Oscara za najlepszy film. Ten stan rzeczy zmienił Pixar, który ma już na koncie dwie takei nominacje za „Odlot” i „Toy Story 3”.  Czy kiedyś sięgną po najwyższy lur? W ich przypadku wszystko jest możliwe. Ale rewolucje dla nich to przecież żadna nowość.  Już w roku 1995 sprawili, że filmowy świat zadrżał w posadach gdy pokazali mu swoje pierworodne  pełnometrażowe dziecko „Toy Story” – pierwszą trójwymiarową animację komputerową w historii kina.

Dziś animacja komputerowa jest codziennością, dlatego też filmy Pixar stawiają nie tylko na technikę,  ale przede wszystkim na niecodzienną i ambitną rozrywkę jaką zaprezentowali już choćby w „Odlocie”. Bajce, która była niezwykłą mieszanką kina przygodowego w stylu „buddy movies” z lat 70. (czyli kino kumpelskie), miłosnej historii wyrwanej ze słynnego „Uwierz w ducha”, „Piotrusia Pana” z elementami epickiego rozmachu kina Wernera Herzoga. Dowodem na to że ambicjami nie przesadzamy, jest fakt że „Odlot”  był pierwszą w historii animacją otwierającą najbardziej prestiżową imprezę filmową na świecie – festiwal canneński.

John Lasseter – szef artystyczny studia i jego główny mózg, w każdym z wywiadów podkreśla iż nie interesuje go kręcenie filmów dla wszystkich. On chce robić filmy dla siebie. Takie jakich jeszcze nie oglądał i takie które go zaskoczą. I w tym ciągłym zmaganiu się z sobą i próbach się zaskoczenia kryje się fenomen studia.

I dzięki temu w Pixarze powstają tak zróżnicowane filmy jak choćby „Potwory i spółka” jedna z najlepszych bajek w historii tego gatunku a przy tym niegłupia opowieść o strachu. „Iniemamocni” niby opowieść o superbohaterach a w rzeczywistości współczesna bajka o kryzysie rodzinnym (reżyser tego film Brad Bird podkreśla zawsze, że przeniósł do niej sceny z własnych kłótni rodzinnych). Czy wreszcie „Gdzie jest Nemo?” opowieść o Marlinie rybie, szukającej swojego uprowadzonego syna, która bawiła dzieci do łez ucząc zarazem odpowiedzialności i wartości rodzinnych.

Dzięki swojej uczciwej (i szarmanckiej względem konkurencji) polityce „kręcenia dla siebie” i niezwykle dobrze wywarzonych proporcjach między kręceniem filmu dla dzieci i dla dorosłych Pixar odniósł gigantyczny  sukces. Studio ma na koncie 38 nominacji do Oscara i 11  statuetek, a ich filmy zarobiły na świecie ponad 5 miliardów dolarów. I nic nie wskazuje aby szczęśliwa passa wytwórni miała się skończyć (ani jeden z ich filmów nie poniósł finansowej klęski). Choć aby być uczciwym trzeba przyznać, że jedną artystyczną wtopę zaliczyli. „Auta 2” to bodaj najgorsza animacja jaka wyszła ze studia. Choć ponoć Pixar został do realizacji jej zmuszony przez swoich partnerów ze studia Disney.

Ale jedna pomyłka na całą filmografię to wynik wręcz porażający. I pomyśleć, że wszystko to zaczęło się od rozwodu. Twórca „Gwiezdnych wojen” George Lucas żeby spłacić żonę Marcię Griffin, musiał sprzedać jedną ze swoich firm. Jego wybór padł na małą pracownię animacji komputerowej. Nie ma się co dziwić. Wydajność grafików nie była oszałamiająca. W ciągu trzech lat zdołali zrobić tylko minutowy filmik „The Adventures of Wally and Andre B”, przedstawiający kukiełkę uciekającą przed pszczołą. Niestety Lucas nie chciał obejrzeć tej animację i bardzo szybko pragnął pozbyć się żony, co sprytnie wykorzystał Steve Jobs, płacąc za studio zaledwie dziesięć milionów dolarów. To był interes jego życia. Gdy w roku 2006 finalizował umowy ze studiem Walta Disney’a wartość Pixar wynosiła ponad siedem miliardów dolarów.

Dreamworks, czyli Portos

Jeśli istnieje na świecie jedna osoba, której bohaterowie z pixarowskich bajek jawią się w koszmarach jest nią prezes i współzałożyciel studia Dreamworks – Jeffery Katzenberg. Choć jest on dziś jedną z najbardziej wpływowych osób w branży filmowej na świecie, to wciąż nie może przeboleć faktu iż w 1994 roku Pixar odmówił mu współpracy przy zakładaniu Dreamworks. Wówczas Katzenberg był jeszcze szefem kreatywnym w studiu Disney’a i to on podpisał kontrakt na dystrybucję filmów Pixar przez legendarne studio. Gdy po kłótni z prezesem wytwórni odchodził w niesławie (panowie pokłócili się o posady, co skończyło się zwolnieniem Katzenberga) chciał aby jego nowe odkrycie odeszło wraz z nim. Tak się nie stało, dzięki czemu narodził się Dreamworks – jedyne studio animowane na świecie, które otwarcie walczy z produkcjami Pixar.

Katzenberg jest wizjonerem kina i tego odmówić mu nie sposób – to on wyprodukował „Króla lwa”, „Piękną i bestię” czy „Kto wrobił królika Rogera?” – jednak od założenia Dreamworks zrealizował tak naprawdę jeden film, który dorównywał poziomem produkcji bajkom Pixar. Był to „Shrek” (2001). Pixar są prekursorami umiejętnego łączenia w bajkach elementów dla dzieci i dla dorosłych, zaś Dreamworks ze swoim „Shrekiem” wprowadziło kino animowane w świat postmodernistycznych zabaw z formą i treścią. „Shrek” był pierwszym filmem dla dzieci, który całą swoją fabułę oparł na żonglerce odniesieniami do popkultury (cytaty począwszy od braci Grim, na „Matriksie” kończąc). Udało im się to realizować na tyle lekko i sprawnie iż film zachwycił zarówno dzieci jak ich opiekunów. Niestety był to także jedyny obraz, który swoim poziomem inteligencji zbliżył się do filmów Pixaru. Kolejne części „Shreka” nie odniosły artystycznego  sukcesu, podobnie rzecz ma się z innymi produkcjami animowanymi z tego studia.

Dlaczego Dreamworks nie jest wstanie dorównać swoim konkurentom? Otóż aby odpowiedzieć na to pytanie wystarczy przyjrzeć się bliżej jakiejkolwiek produkcji studia, tu weźmy „Potwory kontra obcy”. Animacja ta była jednym z największych amerykańskich hitów kinowych 2009 roku (zarobiła blisko 400 milionów dolarów) a także jednym z najbardziej niezrozumiałych.

Fabuła „Potworów kontra Obcy” jest pozornie prosta. Oto, gdy Ziemia zostanie zaatakowana przez występnych i złych kosmitów, jedyną nadzieją na ocalenie ludzkości okazują się ukrywane skrzętnie przez armię potwory. Konkretnie potworki, bo bać to się ich nie ma jak, za to są sympatyczne nieskończenie: m.in.: kobieta gigant Susan, głupiutki, ale bardzo uczuciowy, niebieski glut B.O.B, profesor Karaluch, Brakujące Ogniwo (pół małpa/pół ryba) oraz gigantyczna larwa Insectozaurus. Amerykanie, ludzie wychowani na starych filmach SF z lat 50. filmem czerpiącym garściami z tradycji starego kina fantastycznego się zachwycili, reszta świata już mniej.

Problem „Potworów kontra obcy” polega na tym, iż aby się na nich bawić trzeba wiedzieć co się ogląda. Bo każda pojawiająca się tutaj postać nawiązuje do jakiegoś starego filmu. Doktor Karaluch został żywcem wyrwany ze klasycznej „Muchy” (na dodatek w oryginalnej wersji przemawia głosem Doktora House’a czy Hugh Luriego), B.O.B. to udomowiana zabójcza maź z filmu „Blob”, Brakujące Ogniwo to nie, kto inny jak sam „Potwór z Czarnej Laguny”, Insectozaurus to „Mothra” zaś postać Susan to wariacja na temat klasyka SF „Atak kobiety o 50 stopach wzrostu”. Czy ktoś poza fanami i ludźmi wychowanymi na takich filmach jest wstanie się na „Potworach…” bawić? Nie zupełnie, bowiem umykają mu kluczowe żarty jak choćby ten, w którym okazuje się, że Susan ma 49 stóp wzrostu.

Podczas gdy ludzie w Pixar wymyślając swoje postacie tworzą filmy dla wszystkich, ekipa z Dreamworks, bazując na skarbnicy popkultury zbyt często zaciera granicę między rozrywką dla dorosłego fana a dziecka. Tak przecież było w przypadku „Kung Fu Pandy,” która była niczym innym jak wariacją na temat klasycznych filmów kung fu z „Pijanym mistrzem” na czele, czy „Filmu o pszczołach”, który był niczym innym jak animowaną wersją „Absolwenta” (bez pani Robinson). Choć aby być uczciwym trzeba przyznać że Dreamworks mimo iż stawia na siłę przebicia, czyli proste nawiązania, które czytelne są przede wszystkim dla Amerykanów i proste fabuły, odnosi niebywałe sukcesy frekwencyjne. I chociaż ich filmy często są miażdżone przez krytykę, to dyrekcja tym się nie przejmuje. Słupki pną się w górę, a to się liczy.

Zresztą Katzenberg zadowolony z wysokich wyników oglądalności swoich filmów w Stanach otwarcie mówi w wywiadach, że nie chce podejmować ryzyka i eksperymentować z bardziej ambitnymi produkcjami. Dlatego też producent nie przedłużył kontraktu Dreamworks z brytyjskim studiem Aardman. Ojcowie nierozgarniętego Wallace’a i Gromita mieli być czarnym koniem Dreamworks, jednak po tym jak zrealizowali dla amerykanów trzy filmy kinowe (w tym oscarowy „Wallace i Gromit: Klątwa królika”) Kaztenberg zrezygnował ze współpracy. Chociaż każdy z aardmanowskich filmów był perłą animacyjną i świetnie równoważył w sobie elementy dla dorosłych i dzieci w efekcie nie zarobił tyle ile zakładano.

Aardman, czyli Atos

Jedno z nielicznych studiów animacyjnych na świecie, które swoje produkcje opiera niemal w całości na plastelinowych modelach i staroświeckiej animacji poklatkowej. Początki Aardmana sięgają lat 70. To wtedy dwóch przyjaciół z dzieciństwa Peter Lord i David Sproxton postanowiło zrealizować marzenie i nakręcić film animowany. Tak narodził się Morph – plastelinowy ludek pokryty terakotą, który w stacji BBC pojawiał się w programach edukacyjnych dla dzieci. Zachęceni świetnym przyjęciem Morpha Lord i Sproxton założyli własne studio. To co odróżnia Aardmana od Pixaru i Dreamworks to dwutorowość działalności. Brytyjczycy z równą chęcią kręcą filmy dla dzieci („Baranek Shun”) jak dla dorosłych:  „Rex the Runt: Wakacje w głębi Vince’a”

Ta zrealizowana przez Anglika polskiego pochodzenia Richarda Goleszowskiego opowiastka o dziwnych plastelinowych ludkach, które żyjąc między ludźmi stwarzają same absurdalne problemy to jedna z najlepszych animowanych serii jakie powstały. Jej bohaterami jest czwórka przyjaciół (trzech plastelinowych mężczyzn i jedna pani, która nie lubi jak się jej gapi w biust), która choć nie jest ziemskiego pochodzenia przypomina postacie ze skeczów Monty Pythona. Podzielony na trzynaście krótkich odcinków cykl opiera się głównie na absurdalnym dowcipie. Jak choćby w tytułowym odcinku, w którym wiecznie głodny Vince (zjedzenie cziłały go nie zaspokaja) cierpi na dziwną przypadłość chorobę Pavarottiego, która sprawia, że nasz bohater w najmniej oczekiwanych momentach zaczyna zawodzić głosem operowego śpiewaka. Jakie jest na to lekarstwo? Ano trzeba znaleźć małą łódź podwodną i przez ucho dostać się do mózgu Vince’a. Dodajmy, że bohaterowie aby wyruszyć w tę podróż nie będą specjalnie zmniejszeni co wywoła masę komplikacji.

„Rex the Runt” to do tej pory jedyny film dla dorosłych zrealizowany w Aardman Studios, który trafił na nasz rynek. No i nie cieszy się u nas taką popularnością jak para Wallace i Gromit (których wymyślił Nick Park). Wspominamy o Reksie, aby pokazać czym dokładnie różni się od Pixaru i Dreamworks brytyjskie studio.  Otóż Aardman w przeciwieństwie do wytwórni amerykańskich to firma która nie boi się w swoich filmach podejmować tematów kontrowersyjnych i balansować na pograniczu sztuki wysokiej a zabawy dla dzieci.

W „Rex the Runt” mamy kolaże mieszające animację z prawdziwymi zdjęciami ulic, plastelinowe ludki wrzucone w świat wyrwany z „Żółtej łodzi podwodnej” The Beatles co sprawia, że prosta historia nabiera charakteru i przypomina chwilami artystyczne filmy, jakie mogłyby być pokazywane w którymś z muzeów sztuki współczesnej. W słynnych kinowych „Uciekających kurczakach” Nick Park i Petera Lorda kurza farma z której uciekali tytułowi bohaterowie przypominała… obóz koncentracyjny. W stronę Aardmana posypały się zarzuty o kpiny z holocaustu. Park jednak szybko i celnie je obalił twierdząc w wywiadach: „iż jeśli tworzymy bajkę dla dzieci, w której bohaterowie są wiezieni w miejscu w którym mają zginąć to dlaczego w subtelny sposób nie możemy nawiązać do najstraszniejszych miejsc masowej zagłady.  Dzieci nie muszą wiedzieć do czego nawiązujemy, za to kiedyś może zapytają o to rodziców”.  Historyczna edukacja przez bajkę o kurczakach? Dlaczego nie! Na taki pomysł mogli wpaść jedynie dowcipni, pewni siebie ale nigdy nie ordynarni  Brytyjczycy. Film zebrał euforyczne recenzje i był jednym z największych kasowych hitów Aardmana. Warto zaznaczyć iż o podobieństwa do obozów koncentracyjnych obrażali się nie Żydzi czy Europejczycy  a konserwatywni Amerykanie.

A że idealnym uzupełnieniem „Trzech muszkieterów” był uczciwy, staroświecki i lekko naiwny  D’Artagnan warto na koniec dodać…

Studio Ghibli, czyli D’Artagnan

Założone w 1985 roku  przez mistrza japońskiej animacji Hayao Miyazaki, Ghibli funkcjonuje spokojnie na obrzeżach głównego nurtu animacji. Co oczywiście nie znaczy, że się na rynku nie liczy. Realizowane tam filmy anime wyznaczają poziom tego gatunku i większość z nich uznawana jest za absolutne arcydzieła animacji. To co odróżnia je zarówno od Pixaru, Dreamworks jak Aardmana to przywiązanie do staroświeckiej animacji oraz zazwyczaj poważny ton i mocno zakorzeniony w buddyzmie przekaz (choć nie zawsze). Największym sukcesem studia był film „Spirited Away: W krainie bogów” który w 2000 roku został nagrodzony Oscarem. Założyciel wytwórni Miyazaki osobiście jest wielkim fanem filmów Aardmana, a w latach 2006-2007 w hołdzie dla Brytyjczyków zorganizował w Ghibli Museum specjalną wystawę poświęconą ich dokonaniom.

Kategorie
większe kawałki
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz