większe kawałki

Pitbull: Ostatni pies kontra Kobiety mafii

Wiedziała co robi opatrzność, skłócając między sobą Patryka Vegę i Emila Stępnia. Dzięki tej awanturze otrzymaliśmy bowiem dwa filmy, które mówią więcej o Polakach i Polsce, niż wszystkie debaty i spory jakie przetaczają się przez ten kraj.

„Pitbull: Ostatni pies” to film dobry. Pasikowski zmywa nim skazę na honorze jakim był „Reich” i udowadnia, że w Polsce da się kręcić klasyczne kino gatunkowe. A to wcale nie było tak oczywiste. Ale po kolei.

„Pitbull” był marką Patryka Vegi. To on wymyślił postać Despero (Marcin Dorociński), to on dał nam pierwszą odsłonę cyklu, serial, a potem dwa wielkie hity („Nowe porządki” i „Niebezpieczne kobiety”), w których Despera zabrakło. Po sukcesie „Niebezpiecznych…”, współpraca między Vegą a Emilem Stępniem kończy się z hukiem. A raczej tupnięciem obcasa. Ojciec „Pitbulla” odmawia obsadzenia w roli szefowej mafii Dody, a co za tym idzie ojciec chrzestny (czytaj: finansowy) zabiera zabawki. Patryk zostaje z „Botoksem”. Stępień z marką, z którą nie wie co za bardzo zrobić. Jedynym racjonalnym krokiem (jeśli chce się iść na noże z dawnym wspólnikiem) jest znalezienie twórcy, którego nazwisko i dorobek jest równie znaczący w historii rozwoju polskiej kinematografii gatunkowej.

Vega i Pasikowski –  dwaj rewolucjoniści

Oczywiście teraz może podnieść się lament – że niby Vega to twórca nieutalentowany i nie powinno mówić się o nim w kontekście zmian w kinie. Bzdura. Miarą wkładu w historię nie zawsze jest talent (o tej prawidłowości często zdajemy się zapominać) a często to, jak na dane dzieła zareagowała publiczność. I na tej płaszczyźnie paradoksalnie Vegę i Pasikowskiego łączy bardzo wiele. Obaj mają na koncie filmy, które zmieniły polskie kino („Pitbull” i „Psy”), obaj kochają kino gatunkowe, obaj porwali za sobą tłumy i obaj z tej miłości potrafią popełniać filmy tak złe, że pękają oczy („Botoks”, „Reich”). Następca mógł zatem być tylko jeden.

Kiedy Pasikowski pokazał światu „Psy”, krytycy i środowisko filmowe zbaraniało. Nikt takich filmów wcześniej nie kręcił (zderzających ważne, wręcz kluczowe momenty polskiej historii, tak z językiem ulicznym, jak zasadami rządzącymi gatunkiem). Za to publiczność „Psy” pokochała. Podobnie jak kolejne produkcje reżysera, które bazowały bezustannie na tych samych pomysłach. W obsadzie te same twarze, a fabuły odnosiły się do zdarzeń aktualnych, filtrowanych przez popwrażliwość twórcy. Takie były „Psy 2”, „Demony wojny…” czy „Operacja Samum”. Potem nadeszło wyczerpanie formuły i Pasikowski strzelił sobie w obie stopy kręcąc karykaturalnego „Reicha”. Musiało minąć wiele lat zanim wróci do kina z filmem udanym („Jack Strong” – który znów buduje sensacyjną fabułę na ważnym politycznie i społecznie zdarzeniu). Zanim jednak Pasikowski upadł, Polacy kochali jego filmy, szturmowali kina, a mistrz Wajda z rozbrajającą szczerością wyznał, że Pasikowski wie coś o Polakach, czego on nie wie. O filmach Vegi w podobnym tonie wypowie się kilkanaście lat później niemal całe środowisko filmowe. I podobnie jak na filmy Pasikowskiego – Polacy będą szturmować kina, aby zobaczyć co Patryk Vega dla nich przygotował.

Pojedynek na filmy

Ustawienie przez dystrybutora tuż obok siebie premier „Kobiet mafii” (nowy Vega) i „Pitbulla: Ostatniego psa” (Pasikowski) to nie tylko swoisty pojedynek między byłymi wspólnikami, ale przede wszystkim pojedynek twórców, z których jeden wie wszystko o Polakach dziś, drugi wiedział o nich dwadzieścia lat temu. Przez przypadek zatem udała się dystrybutorowi rzecz niezwykła – na terenie multipleksów bowiem stworzył arenę, na której zderzą się dwie Polski. Ta która tuż po 1989 roku odzyskała wolność i ta, która tą wolnością ćwierć wieku później się zadławiła. Filmowo ten pojedynek wygrywa Pasikowski.

„Pitbull: Ostatni pies” jest klasycznym czarnym kryminałem, w którym fabuła toczy się od punktu A do punktu Z. Despero (świetny Dorociński, którego kamera tu wręcz kocha) wraca po latach banicji do stolicy. Dawni koledzy, czyli Metyl (Stroiński, który rozsadza swoją energią ekran) i Nielat (bardzo dobrze odnajdujący się po latach w konwencji Mohr) proponują mu robotę – ma podszyć się pod groźnego gangstera i jako on wniknąć w szeregi mafii dowodzonej przez Pazurę i Woronowicza. Namówiony przez kumpli Despero wraca do gry. Szybko jednak okazuje się, że nie będzie to wcale prosta robota. Wojna między gangami eskaluje, a Despero lawirując między lojalnością wobec kumpli, a gangsterskim życiem, będzie musiał odkryć kto pociąga tu za sznurki.

Pasikowski odrobił lekcję tak ze światowego kina policyjnego („Ostatni pies” to w ogromnym stopniu ukłon w stronę filmów Johna Woo, a finałowy pojedynek jest niczym innym jak wariacją na temat strzelaniny w „Lepszym jutrze 2”), jak z filmów Vegi (mamy tu kilka zabawnych epizodów z Nosowską na czele). Jednak w przeciwieństwie do ojca Pitbulla, twórca „Psów” postawił na klasyczną narrację – i tym wygrał. „Ostatni pies” nie rozłazi się w szwach jak „Kobiety mafii”, jest spójny i wartki.

Oczywiście nie obyło się bez potknięć. Największym z nich jest główna kobieca rola. Pasikowski napisał ją dobrze, nawet bardzo dobrze. Jego Czarna wdowa to dziewczyna, która z barowej trzpiotki przemienia się w bezlitosną morderczynię. Każdy punkt zwrotny jest tu rozpisany, dramaturgia poprowadzona wręcz książkowo. Problem tkwi w Dodzie, która owszem stara się (i początkowo naprawdę nieźle jej to wychodzi), ale w finale nie potrafi mocno wyeksponować przemiany swojej bohaterki, przez co w zasadzie zmienia ona sukienki, ale nie zmienia się. Czy to przekreśla „Ostatniego psa”? Nie. Poza nią mamy tu świetne kreacje, a cała ekipa ewidentnie gra tu tak, aby swoim talentem odciągać uwagę od niedostatków warsztatowych piosenkarki. I poniekąd to się udaje.

W pojedynku na filmy między Pasikowskim a Vegą intryguje mnie coś innego. O ile twórca „Słodko gorzkiego” pokazał Vedze jak wygląda struktura filmu sensacyjnego, jak pisze się scenariusz i dba o narrację, tak zastanawiam się na ile Vega pokaże Pasikowskiemu jak się zarabia…

Bo w finale przecież chodzi o wynik kasowy. I tu już nie znam wyniku, ale po cichu obstawiam jednak Vegę. Nie przez to, że mu kibicuję. A przez to, co o nowym „Pitbullu” mówili ludzie, którzy nie pamiętają premiery „Psów”, a „Nowe porządki” były dla nich objawieniem. Otóż ci ludzie twierdzą, że Pasikowski sobie nie poradził, bo film nie jest śmieszny i za małą klną. Co więcej, trzeba się na nim koncentrować. Cytuję słowa osoby, która widziała oba. I być może na tym polega tajemnica Patryka. Tu nie chodzi o to, żeby było dobrze i zgodnie z filmowym rzemiosłem. Ma być tak, aby młody odbiorca się nie nudził. A koncentrowanie się dziś na mozolnie konstruowanej fabule oraz twist na koniec (stary jak czarny kryminał, ale jakże pięknie podany), jest wysiłkiem przekraczającym zdolność koncentracji młodszych odbiorców. Musi być szybko. Musi być dużo postaci. Musi być chaotycznie. Bo dziś młody Polak potrzebuje chaosu, mnogości postaci i szybkiego montażu. Wtedy może odpocząć. Mózg nie nadąża za bałaganem, a co za tym idzie wyłapuje tylko to, co jest najbardziej przejaskrawione. I myślę, że taka paradoksalnie jest dziś Polska. Powierzchowna, chaotyczna, w której dominuje narracja oparta na skandalu lub skrajnościach. Na chwile zadumy i koncentracji mało kto chce sobie pozwolić. Być może przez to, że wtedy musiałby – jak Despero – opowiedzieć się ostatecznie po którejś ze stron.

Kategorie
większe kawałki
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).
2 komentarze
  • Arko
    28 marca 2018 at 08:48
    Skomentuj

    Dzisiaj przypadkowo odkryłem Dziką Bandę i jestem bardzo zaskoczony. Pozytywnie 👍 Świetny artykuł. Chociaż i tak nic nie skłoni mnie do tego, żeby obejrzeć kolejne filmy Vegi. Nowe Porządki i Niebezpieczne Kobiety tak bardzo zaatakowały mnie chaosem i absurdem, że szkoda czasu na tego typu produkcje. A ten artykuł świetnie obrazuje dlaczego teraz ludzie lubią filmy Vegi – Polacy stali się tacy jak one.

  • rocks
    3 kwietnia 2018 at 10:33
    Skomentuj

    Spójność i intrygująca fabuła za którą da się nadążyć to coś co najbardziej mnie ucieszyło w nowym filmie. „Klasyczne kino gatunkowe”. Dobra recenzja 😉

  • Dodaj komentarz