większe kawałki

Pippi, polska kiełbasa, seks analny i poprawność polityczna

Co jakiś czas świat obiega kolejna informacja o tym, że dawne powieści czy filmy nie przystają do nowych standardów moralnych i należy je zmienić (książki i filmy, nie standardy). Przodują w tym trendzie Szwedzi. Kilka tygodni temu jedna z bibliotek zniszczyła egzemplarze „Pippi na Południowym Pacyfiku” bowiem zawierała rasistowskie wyrażenia. Co zrobić z tym fantem? Jako to co – przepisać powieść na nowo. Językiem na tyle bezpiecznym, aby przez przypadek nikt nie poczuł się urażony. A że ingerujemy w dzieło, że negujemy historię i jej świadectwo (przepraszam, ale nie da się zaprzeczyć faktowi, iż to literatura czy film popularny najlepiej oddaje „ducha czasów” w których powstały) – kto by się takimi drobiazgami przejmował. Ważne żeby dziś czuć się wygodnie. A co było a nie jest – wiadomo.

Tak się złożyło, że gdy dotarły do mnie informacje o zamieszaniu dookoła nieszczęsnej „Pippi…” (która niezmiernie bawi moją sześcioletnią córkę, dokładnie tak samo jak bawiła mnie gdy byłem w jej wieku), czytałem – po bodaj dwudziestu latach przerwy – jedną z moich ukochanych powieści noir „The Erection Set” Mickeya Spillane’a. W Polsce ukazała się tylko raz, w 1995 roku, nakładem wydawnictwa Rebis, pod przedziwnym tytułem „Powrót”.

Gwoli wyjaśnienia. Mickey Spillane, był jednym z najważniejszych amerykańskich pisarzy noir. Spośród piętnastu największych amerykańskich bestsellerów wszech czasów do 1980 roku, aż siedem wyszło spod ręki Spillane’a! Na świecie sprzedano około 250 mln egzemplarzy jego książek. W Polsce zawsze miał pecha, zresztą nie tylko on. Ale do rzeczy. Dziś taki „Powrót” po prostu nie mógłby się ukazać.

Zacznijmy od dedykacji. Dla Sherii (…) Laleczko, jesteś wspaniała! – określenie kobiety mianem laleczki?! Makabra. Ale nie wzywajmy jeszcze literackiej policji. Jeszcze poczytajmy.

– Dog – spytała – jak naprawdę masz na imię?

 – Dogeron. To stare irlandzkie imię.

– Bardziej podoba mi się Dog. Czy gryziesz?

– Tylko kiedy szczytuję.

To na początek.

Trzy lata kurewstwa i nie ma mężatki, która wiedziałby o życiu więcej ode mnie. Z wyjątkiem odpowiedzi na pytanie, po co w ogóle mieć męża. Jedno pchnięcie tłustego czterdziestopięcioletniego sklepikarza i moje dziewictwo stało się historią. Za milczenie dostałam batonik.

Seksizm. Apoteoza gwałtu. Pedofilia.

A to dopiero dwunasta strona.

Potem jest jeszcze lepiej.

Polkę poznajemy po tym, że tylko Polacy węchem potrafią poznać kiełbasę.

Bohater, Dog robi pani dobrze szczotką do włosów. A ona pada do jego stóp błagając o jeszcze.

Meksykanie są tępi. Włosi to idioci. A lekarstwem na traumę spowodowaną gwałtem, jest super seks i kilka orgazmów z prawdziwym facetem. A prawdziwy facet, to taki, co i przylać potrafi i wypalić z buta w tyłek, jak baba się nie słucha.

Literacka policja mile widziana. Już. Teraz. Natychmiast.

Tak. Jest „Powrót” powieścią seksistowską i szowinistyczną. Dodam, że jej ostatnie zdanie brzmi – A teraz zerżnij mnie jak pies. A wygłasza je kobieta, która nie dość, że patrzy na trupa gangstera zastrzelonego kilka sekund wcześniej, to jeszcze dziewica, która wcześniej uprawiała tylko seks analny. Spillane uwielbiał prowokować, droczyć się. Uwielbiał przerysowanych twardzieli i kobiety, które zachowują się jak mężczyźni (swoją drogą ciekaw jestem jak na zabieg przypisania męskiej narracji kobiecie, zareaguje dzisiejszy czytelnik, który niby domaga się równouprawnienia, ale jednak kobietom wciąż wolno mniej). Wszystko co pisał, pisał świadomie. Celowo opierał się na stereotypach dotyczących nacji, rasy, bo wtedy łatwiej budowało się mu napięcie, narrację i żarty stawały się bardziej dosadne, a przez co szybciej zapadające w pamięć.

Oczywiście – to nie jego wymysł. Kultura popularna zawsze bazowała na stereotypach, bo pozwalają budować świat czytelny i zrozumiały. Pozwalają także – przy wykorzystaniu minimum talentu, tworzyć nową jakość w gatunku, jeśli tylko wie się jak gatunek prowadzić. Kto zresztą interesuje się historią kultury popularnej o tym wie doskonale. Ale ja nie o tym. A o zmianach w książkach. Pisaniu na nowo, wykreślaniu zdań itp.

Oczywiście, że można. Nikt (nawet spadkobiercy) nie mogą takiego procederu zabronić, czego najlepszym dowodem była awantura dookoła legendarnej, wybitnej i jednej z najważniejszych w dorobku – powieści „Dziesięciu Murzynków” Agathy Christie. Amerykański wydawca odmówił publikacji powieści pod tak rasistowskim tytułem i zamieniono go na „I nie było już nikogo”. Najpierw tylko w Stanach, potem na całym świecie. Zabawne. Jeszcze zabawniejsze jest to, że rzecz miała miejsce w roku 1939 – jeśli pamięć mnie nie myli, ta sama Ameryka, która obawiała się rasistowskiego tytułu, nie wpuszczała czarnych do szkół, była przeciwna małżeństwom mieszanym, a Ku Klux Klan był jednym z najważniejszych ruchów społecznych. Ot paradoks.

Takich paradoksów jest więcej, zaś w naszych czasach nasilają się niezwykle mocno. Pytanie tylko, czy zmieniając treść książek, sprawimy, że rasizm i wszystkie izmy znikną z powierzchni? Raczej nie. Zresztą sytuacja polityczna jaką obserwujemy na świecie jest poniekąd pokłosiem radykalnej polityki poprawności. Tłum zmęczony bezustannymi nakazami kochania bezwarunkowo każdego, wybiera opcję prawą. Z poprawności skacze w skrajny nacjonalizm. Czy lekarstwem na tę sytuację byłoby odwalenie się od literatury i pozostawienie w niej całego ładunku rasizmu, złości i stereotypów? Niekoniecznie. Ale dla literatury wyszłoby to tylko na zdrowie. Nie można zmieniać przeszłości. Nie można na siłę poprawiać, tego co było kiedyś, bo niestety w finale obróci się to przeciwko nam. Nie raz tak było i nie dwa. Nie uczymy się na swoich błędach. Nie rozumiemy świata. Jedyne co nas interesuje to nasze ego i zamknięty kawałek podwórka w naszych głowach, który zastępuje cały świat. To w nim wydaje nam się, że wiemy lepiej, jakich słów powinno się używać, jak rzeczywistość powinna wyglądać. A potem, gdy puka ona do naszych drzwi, albo uciekamy z wrzaskiem, albo zamieniamy się w skretyniałych kabotynów, którzy domagają się równych praw, przezroczystego języka i nieobrażania każdej społecznej jednostki. A w domowym zaciszu oglądamy „Brudnego Harry’ego”, „Indianę Jonesa”, czytamy Iana Fleminga, zachwycając się ich ponadczasowością, nie zdając sobie sprawy, z prostego faktu, że nie byłoby jej, gdyby każde z tych dzieł nie było skrajnie szowinistyczne, bazujące na izmach i niepoprawne do bólu zębów mądrości. 

Kategorie
większe kawałki
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz

REKLAMA
Instagram
  • Grudzień to miesiąc sprawiania sobie i innym małych przyjemności. "Armstrong"  jest właśnie jedną z nich. Cudna książeczka dla małych i dużych.

#książka #czytam #czytambolubie #bookporn #booklover #instabook #instaread #bookstagrampl #bookstagram #bookaddict #bookworm #reading #bibliophile #bookcommunity #booknerd #dladzieci #kosmos #wydawnictwoWilga
  • Niech Was nie zawiedzie ta słodycz. To prawdziwy, soczysty thriller. Tak, chodzi o książkę. 😊

#książka #czytam #czytambolubie #bookporn #booklover #instabook #instaread #bookstagram #bookaddict #bookworm #reading #bibliophile #bookcommunity #booknerd #bookstagrampl #zaczytanegiry
  • Jak tam u Was? Mikołaj już był? 😉🎅✨ #dredd #judgedredd #actionfigure #threea #2000AD #toys #prezenty #mikołajki #popkultura #komiksy #dystryktzero