Miramax
większe kawałki

Piersi grzechu warte

I znów świat wyruszył na wojnę z biustem. Tym razem obiektem zaciekłych ataków Amerykańskiego Stowarzyszenia Filmowego  padły apetyczne piersi Evy Green, które podejrzeć możemy na plakacie do „Sin City. Damulka grzechu warta”.  Znaczy mogliśmy podejrzeć. Pełen seksapilu plakat, w którym aktorka pozowała w szlafroczku ucharakteryzowana na heroinę z lat 40. nie będzie promował filmu. Zbyt obsceniczny. Tak oto dożyliśmy czasów, w których estetyka noir i zabawy w cytaty z niewinnych lat 40. wywołują publiczne zgorszenie.  Ale nie tylko.

Ruch oburzonych piersiami protestuje przeciwko pokazywaniu ich w reklamach. Ruch oburzonych dopatruje się w biuście upadku Zachodniej cywilizacji (jakby jeszcze miało co upadać). W marcu oburzenie wywołała w Polsce naiwna reklama wielgaśnego i bardzo dobrego konwentu „Pyrkon”. Choć pierś w niej się nie pojawiała choćby na sekundę, to obrazek pokazujący panią, która rozbiera się i zanurza w wannie pełnej kostek do gry doprowadził do zawałów serca większą ilość osób niż pamiętny „Czarny Czwartek” na amerykańskiej giełdzie.

Pytanie dlaczego tak się stało? No cóż – odpowiedzi moglibyśmy mnożyć, ale nie ulega wątpliwości, że w rozwoju ludzkości dotarliśmy do zabawnego momentu: sześćdziesiąt lat po kontrrewolucji obyczajowej z całych sił jakie mamy w naszych małych móżdżkach próbujemy zanegować jej istnienie. Nie, nikt nigdy nie palił staników. Nie, nikt nigdy nie chciał i nie domagał się pokazywania piersi. Nigdy w kinie nie walczono z wyciemnieniami pocałunków, nigdy nie próbowano udowadniać, że ciało to nic złego ani zdrożnego. Nigdy, bo przecież biust jest paskudny. Trzeba go zakryć, albowiem odkryty uwłacza kobiecie i sprowadza ją do funkcji przedmiotu. W całym tym zamieszaniu nikt nie zwrócił uwagi, na drobny szczegół – współczesna cenzura filmowa zakazująca w filmach masowych (blockbusterach, czy jak tam je zwał – nie piszemy tu o kinie niszowym i festiwalowym, które nagości się nie boi) obecności nie tylko piersi, ale ogólnie negliżu, cofa X muzę do lat 50. ubiegłego wieku. Wówczas tak samo jak dziś nikt nie widział niczego zdrożnego w przemocy, strzelaninach, które odprężały widownię. Filmy wojenne, fantastyczne horrory z obcymi atakującymi Ziemię? Z rozkoszą. Sutek prześwitujący przez szlafroczek? Samo zło! Pamiętacie zamieszanie dookoła „Psychozy” Hitchcocka? Nikt z cenzorów wówczas nie zająknął się na temat scen śmierci, motywu seryjnego zabójcy. Za to amerykańscy cenzorzy nie mogli darować reżyserowi dwóch scen – tej w której pani siada na muszli klozetowej (bo ludzie nie mają potrzeb fizjologicznych) i kawałka sutka w scenie prysznicowej. Obejrzyjcie pod tym kątem najnowszą produkcję z Tomem Cruisem, czyli „Na skraju jutra”. Rozerwana czaszka bohatera nie wadzi nikomu, za to niewinny pocałunek został wycięty…

A wracając do meritum naszej sprawy – czy piersi rzeczywiście stanowią aż takie zagrożenie? Czy doprowadzą do zagłady i  rozpadu świata? Otóż gdyby tak miało być rasa ludzka przestałaby istnieć wieki temu. Wszak biust w kulturze zadomowił się na dobre wraz z jej narodzinami. Warto zatem zanim rzuci się weń kamieniem (tudzież cenzorską  ustawą) bliżej przyjrzeć się piersiom (bez dwuznaczności proszę) w popkulturze oraz kontekście, w jakim one się pojawiają.

Opowieść o piersiach można zacząć tak naprawdę już w starożytności, bo przecież czym była Wenus z Milo jeśli nie pomnikiem pięknych, kobiecych piersi (i chociaż nikt specjalistycznych badań na ten temat nie przeprowadzał, możemy domniemywać, że ona i jej podobne pomniki budziły wówczas odpowiednie skojarzenia i chęci zarówno u mężczyzn jak kobiet). Ale to było dawno temu, przeskoczmy zatem w czasie do początków XX wieku, kiedy tak naprawdę piersi ostatecznie uwolniły się o wszelakich boskich (czy to pogańskich czy chrześcijańskich) konotacji stając się źródłem i obiektem fascynacji.

Co ciekawe na dobrą sprawę nie było ich nawet widać. Bo poza pornograficznymi pisemkami i pierwszymi porno filmikami, piersi w rodzącej się popkulturze na dobrą sprawę do połowy lat 50. zakryte były starannie stanikami i wszelkiej maści wykwintnymi materiałami. A mimo to podbijały serca publiczności. Od biustu Mae West aktorki, która stała się jednym z pierwszych symboli seksu w Hollywood (to z jej ust padła słynna kwestia „Masz w kieszeni pistolet, czy po prostu cieszysz się na mój widok?”), nazwano pewien rodzaj spadochronu ( o kształcie piersi) a podczas drugiej wojny światowej żołnierze mianem „Mae West” określali specyficzne kurtki, które podobno układały się z przodu w kształt piersi (nazwa wzięła się z gry słów „Mae West”, „breasts” i „life vest).

Niezłe osiągnięcie jak na piersi, które na dobrą sprawę nie ujrzały jeszcze światła dziennego (choć dekolty West wywoływały skandale obyczajowe). Pisząc o latach 30. ubiegłego wieku nie można nie wspomnieć o innych (kto wie czy nie ważniejszych) piersiach, które zawładnęły masową wyobraźnią, choć na dobrą sprawę nigdy nie istniały. Mowa oczywiście o kobiecych atrybutach rysowanej bohaterki kreskówek Betty Boop. Jej pojawienie się w 1930 roku było szokiem dla amerykańskiej publiczności, Betty Boop była bowiem pierwszą rysunkową postacią, która w była seksowna i nie ukrywała swojej kobiecości (zapewne bez Betty nigdy nie powstała by Jassica Rabbit z „Kto wrobił Królika Rogera” i cała masa seksownych animowanych pań). I tak narysowana Boop z wypiętą piersią, powiewającą spódniczką i podwiązkami stała się symbolem seksu i wymarzonym biustem milionów Amerykanów (i nie tylko).

Listę fascynujących biustów, których nikt nigdy nie widział można by ciągnąć tu godzinami wspominając o wszystkich pin upach, czy słynnych modelkach na plażach ubranych w stroje kąpielowe, które więcej zasłaniały, niż odkrywały. Nie ulega wątpliwości, że siła oddziaływania na wyobraźnię zakrytej piersi (bo szerokim łukiem omijamy tu pornografię) była potężna ale w gruncie rzeczy niewinna. Niewinna w porównaniu z tym co stanie się gdy w połowie lat 50. piersi wyjdą z ukrycia.

Stanie się to za sprawą czterech pań – ikony kobiecości wszech czasów czyli Marilyn Monroe, jej naśladowczyni Jayne Mansfield oraz dwóch europejskich piękności Bridget Bardot i Sophii Loren.  Monore jako pierwsza z nich uczyniła swoje piersi (a zaraz po nich resztę ciała) atrybutem od którego uzależnili się mężczyźni na całym świecie (w tym jak wiemy i JFK). O ile jednak sztandarowa blondynka popkultury dojrzewając próbowała zmienić swój wizerunek z piersi na intelekt, tak Mansfield nawet do głowy to nie przyszło. Co więcej ta druga mając świadomość, że jej piersi to w zasadzie kwintesencja jej osobowości pokazywała je przy każdej nadarzającej się okazji. Najpierw w kinie („Promises! Promises!” z 1963 roku było pierwszym filmem wyprodukowanym przez wielką wytwórnię, w którym rozebrała się popularna aktorka) a później prywatnie (np. podczas wspólnej kolacji z Sophią Loren czy na festiwalu w Berlinie).

Niestety nie da się nie zauważyć faktu, że zarówno Monroe jak Mansfield padły ofiarami własnych wizerunków (czytaj piersi). Ta pierwsza czuła się coraz bardziej zagubiona w życiu (i traktowana przedmiotowo jako właścicielkę najpopularniejszych piersi na  świecie) najprawdopodobniej popełniła samobójstwo, druga zaś w wyniku swoich piersiastych ekscesów straciła pozycję w Hollywood a po tragicznej śmierci w wypadku samochodowym (w 1967 roku) w zasadzie została zupełnie zapomniana.

Podobny los spotkał Bardot, która jako jedna z pierwszych wyemancypowanych kobiet w Europie najpierw pokazywała swoje piękne piersi na plażach St. Tropez, potem w filmach Rogera Vadima (zwłaszcza w kontrowersyjnym „I Bóg stworzył kobietę” z 1956 r.). Problem Bardot polegał na tym ,że z racji promowania siebie jako zwykłej dziewczyny z plaży, nagle wszyscy na świecie zapragnęli poznać osobiście jej biust. Efekt? Obsesyjne zainteresowanie jej osobą, podupadająca kariera a w  puencie graniczące z paranoją odcięcie się od świata.

W tym piersiastym towarzystwie biust Sophii Loren był ostoją normalności. Bo tak naprawdę to jedyna posiadaczka biustu, który w szaleństwie przemian społecznych w latach 60. w ciszy i spokoju ewoluował. I  tak Loren udało się jako jednej z nielicznych kobiet ograć własny wizerunek piersiastej i gorącej Włoszki, zmieniając go na ciepłą i kochającą mamę (a pierś matki wywołuje przecież duży szacunek nawet pośród najbardziej napalonych przedstawicieli męskiej części społeczeństwa), a potem babcię.  Dziś jej drogą podąża Monica Belluci i chyba dobrze jej to robi.

Uwolnienie z niewoli stanika kobiecych piersi wcale nie uczyniło świata lepszym, paradoksalnie zmieniło go na gorsze. To co do tej pory było bowiem obiektem potajemnych fantazji i pozostawało w sferze domysłów, ukazane światu stało się własnością wszystkich za co za tym idzie nikogo. Odsłonięte piersi rozpoczęły zatem trwająca do dziś epokę erotycznych obsesji i kompleksów. Jedni za wszelką cenę pragną je posiąść (rekord pobił chyba John Hinckley Jr., który pragnąc udowodnić swoje oddanie dla ciała Jodie Foster postrzelił trzy razy prezydenta Regana – nieszczęsny nie wiedział, że jego poświęcenie na nic, bo Jodie nie lubi facetów) inni z obawy przed nimi oddalili się w świat seksualnych obsesji (tu chyba najlepszym przykładem jest mikro powieść Philipa Rotha „Pierś” oraz biusty tak Mii Farrow jak Diane Keaton muz Woody Allena, dzięki którym wygłosił on słynną sentencje „gdybym miał piersi nie wychodziłbym z domu, tylko ciągle się nimi bawił).

Fakt, że nagie piersi stały się obiektem czasami niezdrowych fascynacji musiał jakoś na nie wpłynąć. I wpłynął. Piersi postanowiły bronić siebie i własnej godności. Jedną z pierwszych kobiet, które postanowiły postawić się męskim obsesjom była Tura Satana aktorka, która pojawiła się we wstrząsającym filmie Russa Meyera „Faster Pussycat, Kill, Kill!” (1965). Satana nie ulegała mężczyznom, a nawet więcej to ona dawała im wycisk a jej biust choć imponujący ukrywała za czarną obcisłą bluzką. Dziś zapewne nikt o jednym z najlepszych filmów Meyera by nie pamiętał (w zasadzie cała filmografia nieżyjącego reżysera poświęcona jest piersiom), gdyby nie Quentin Tarantino, który kręcąc swoje „Death Proof” oddał w nim hołd zarówno Satanie, jak jej piersiom.

 

Wspominając o piersiach, które przeciwstawiły się męskiej dominacji i próbowały przetrwać w świecie, w którym każdy chce ich dotknąć, nie można pominąć biustu Chesty Morgan. Kim ona jest ktoś zapyta? Ano Polką. Chesty Morgan tancerka i aktorka popularna w Stanach w latach 70. naprawdę nazywała się Liliana Wilczkowska i była posiadaczką (w zasadzie jest, bo żyje) największego biustu jaki do tej pory pojawił się w kinie (185.42 centymetry). Jej piersi były bohaterkami filmu „Deadly Weapons”  Doris Wishman (1974) w którym zgodnie z tytułem („Zabójcze bronie” – jeśli można odmieniać) bohaterka mordowała nimi wstępnych i złych mężczyzn (dusiła, żeby była jasność).

Jak widać piersi potrafią się same świetnie się bronić przed męskimi obsesjami. Spójrzmy choćby na tańczącą w „Sprzedawcach II” Rosario Dawson. Niby ubrana, piersi nie pokazuje ale patrząc na to jak się rusza (ruszają) i na jej uśmiechniętą twarz człowiek ma pewność, że jeśli coś uratuje świat to może nie goła pierś ale umiejętnie prezentowany seksapil. A jeśli ktoś będzie chciał na siłę Dawson rozebrać niech najpierw obejrzy sobie „Death Proof”. Ta dziewczyna wie jak zadbać o siebie i własny biust. I niech to będzie przestrogą dla obsesyjnie-kompulsywnych osobników płci obojga. Otóż szanowni obrońcy moralności piersi naprawdę potrafią obronić się same. A jeśli pamiętacie słynną scenę z biustem Renaty Dancewicz w „Pułkowniku Kwiatkowskim” Kazimierza Kutza to wiecie, że częściej widok biustu prowadzi do wzruszeń, niż zbrodni. Do tych ostatnich, najlepszą drogą są zakazy.

 

Kategorie
większe kawałki
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz