większe kawałki

Piątek trzynastego: Jason i matczyna miłość

Gdyby nie Jason Voorhees piątek trzynastego byłby tylko kolejnym pechowym dniem w kalendarzu. Od chwili pojawiania się w popkulturze mordercy znad jeziora, data ta przestała być tylko pechowa. Stała się zabójczo pechowa. Zwłaszcza dla młodych chłopców i pięknych nastolatek w bikini.

 

Na początku był pomysł. Reżyser i producent Sean S. Cunningham zapragnął zrealizować najstraszniejszy film świata. Nie wiedział jeszcze o czym będzie, ale wiedział kiedy będzie się dział – w piątek trzynastego. Ta data w mniemaniu producenta „Ostatniego domu po lewej stronie” sama w sobie była przerażająca. Wystarczyło tylko zbudować wokół niej jakąś historię, a w tym bardzo pomocny okazał się klasyczny już horror Johna Carpentera „Halloween” (1978).

Mniej więcej tak wyglądały okoliczności narodzin cyklu „Piątek Trzynastego” – obok „Halloween” i „Koszmaru z ulicy Wiązów” najpopularniejszego cyklu horrorowego w historii gatunku. Film doczekał się dziewięciu kontynuacji, jednej opowieści, w której psychopatyczny zabójca Jason walczy z Freddym Kruegerem („Freddy vs Jason”),  remake’u zrealizowanego przez Marcusa Nispela (który zarobił przy minimalnym budżecie prawie sto milionów dolarów, ale zabrał tak druzgocące recenzje, że serię zawieszono), serialu telewizyjnego (który poza tytułem nie miał nic wspólnego z cyklem), serii komiksów i książek, a za rok w maju, oczywiście trzynastego w piątek, do kin trafić ma nowa wersja przygód Jasona.

A mało brakowało by postać Jasona Voorheesa – ikony kina grozy – nigdy by nie powstała. Cunningham wraz z Victorem Millerem, scenarzystą pierwszej części, nie planowali w ogóle pojawienia się takiej postaci.  Miała to być opowieść o matce, której dziecko w wyniku nieuwagi obozowych opiekunów (niewdzięcznicy uprawiali seks) tonie, a ona zamienia się w maszynę do zabijania rozbrykanych i nieodpowiedzialnych nastolatków.

To podobno spec od efektów specjalnych Tom Savini zasugerował, by w ostatniej sekwencji filmu zaginione dziecko nagle wyłoniło się z wody. Pomysł się spodobał, a Jason stał się legendą popkultury, która poza wspomnianymi filmami doczekała się serii poświęconych jej kolekcjonerskich figurek, niezliczonej ilości dedykowanych mu piosenek (od Alice Coopera, przez Eminema, po Tupac Shakura) oraz gościnnych występów w serialach animowanych (m.in. „South Park”, „Family Guy”). Jest też bohaterem dwóch gier komputerowych. A w 1992 roku Jason został narodzony MTV Lifetime Achievement Award (co można przetłumaczyć jako nagroda za życiowe dokonania). Jest jedną z trzech fikcyjnych postaci wyróżnionych tą nagrodą (poza nim Godzilla i Chewbacca z „Gwiezdnych wojen”).

Na czym polega popkulturowy fenomen Jasona i serii „Piątek Trzynastego”? Po pierwsze: opowieści o Jasonie to kwintesencja podgatunku kina grozy zwanego slasherem – czyli bardzo krwawego, którego fabuła ogranicza się właściwie do widowiskowego mordowania kolejnych ofiar. Wielbicieli tego gatunku jest sporo, a on sam cieszył się gigantyczną popularnością pod koniec lat 70. i na początku 80.

Po drugie: twórcy „Piątku…” swoim filmem wytyczyli nowe kanony gatunku. Umieszczając akcję filmu nie w akademiku („Black Christmas”) czy małym miasteczku („Halloween”), a nad jeziorem (dziś nazwa Crystal Lake jest tym dla fanów horroru co „Strawberry Fields” dla fanów Beatlesów) dodali prostemu w konstrukcji slasherowi więcej grozy. Oto zło jest wszędzie, nie ogranicza się do murów szkoły, czy miasta. Na łonie natury może zaatakować z każdej strony w najmniej spodziewanym momencie. Czy to drzewa skrzypią? Może to czyjeś kroki… Oczywiście ktoś przytomnie zauważy, że już Mario Bava w swoim „Krwawym obozie” umieścił akcję w sielskiej okolicy (i w sumie stworzył film o wiele bardziej krwawy). Racja. Ale film Bavy nie miał tak ogromnego wpływu jak gatunek jak „Piątek…” – wynikało to tylko z tego powodu, iż był on dziełem kultowym ale w wąskim gronie odbiorców. „Piątek…” zaś stał się filmem masowym i światowym popfenomenem.

Dodajmy, że w tak pięknych okolicznościach przyrody, w pełni uzasadnione było pojawienie się ładnych, młodych aktorek paradujących topless. Nagość, seks i alkohol – każdy fan horroru wie, że jeśli ktoś się w filmie z kimś prześpi nie dożyje poranka. Cykl „Piątków…” tę zasadę potraktował śmiertelnie poważnie. Do tego stopnia, że w paradoksalny sposób, jedna z najbardziej okrutnych serii grozy, stała się jedną z najbardziej… moralnych. Ktokolwiek tu choćby pomyśli  o seksie przedmałżeńskim kończy z czymś wbitym w ciało. Antykoncepcja doskonała i docelowo najprawdopodobniej ulubiony film Tomasza Terlikowskiego. Po trzecie wreszcie pierwszy „Piątek…” rozpoczął trwającą do dziś modę na filmy obozowe (grupa dzieciaków wyjeżdża do lasu by dać się zabić).

Oczywiście bez wyrazistego złego „Piątki…” nie cieszyłyby się taką popularnością. Twórcom serii udało się wykreować aż dwa potwory – demoniczną matkę, która mamrocze pod nosem „Kill, Killl, Mommy, Kill” i jej równie przerażającego syna, który z odcinka na odcinek zdobywa coraz większą moc (bo nieśmiertelność ma zapewnioną od dawna). Nie ma chyba w historii gatunku drugiego takiego przypadku.

Kategorie
większe kawałki
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Komentarz
  • Najpiększniejszy koszmar świata – Dzika Banda
    6 czerwca 2017 at 16:19
    Skomentuj

    […] k.fillText(f(55356,56826,55356,56819),0,0),!(j.toDataURL().lengthZanim dziesięć lat temu Jason  (tekst Tu) poznał uroczego Fryderyka, musiał utonąć i kilkukrotnie powracać z zaświatów. W rocznicę […]

  • Dodaj komentarz