Lionsgate
większe kawałki

Paul Schrader, czyli ojciec Taksówkarza

W branży filmowej pojawił się znikąd i od razu narobił w niej fermentu. W latach 70. scenariusze podpisane nazwiskiem Schrader były synonimem najwyższej jakości, nawet jeśli filmy oparte na ich podstawie nie odnosiły finansowego sukcesu. W „Yakuzie” jako pierwszy Amerykanin opisał japońską mafię. W „Hardcore” zagłębił się w świat małoletniej pornografii. No i „Taksówkarz” – scenariusz od którego zaczęła się spektakularna kariera Martina Scorsese. [/imfobox]

5 grudnia na kanale VOD cineman.pl swoją polską premierę miał najnowszy film Paula Schradera „Zanim nadejdzie noc”. Jest to o tyle duże wydarzenie, że po raz pierwszy w historii VOD w Polsce, amerykański film ma swoją premierę równoczesną z premierą amerykańską. No i nie jest to film byle kogo. Nazwisko Scharder dziś może młodym kinomanom niewiele mówić, ale bez tego scenarzysty i reżysera trudno wyobrazić sobie dziś amerykańskie kino.

W 1975 roku Martin Scorsese wciąż był młodym obiecującym reżyserem, który czekał na swój wielki film, kiedy na jego biurku wylądował scenariusz o pewnym cierpiącym na bezsenność wietnamskim weteranie, który zatrudnia się jako nocny taksówkarz. Autorem tekstu był dwudziestodziewięcioletni Paul Schrader – określany mianem hollywoodzkiego pistoletu. Dwa lata wcześniej wspólnie z bratem napisał skrypt o japońskiej mafii „Yakuza” (wyreżyserowany przez Sidney’a Pollacka) a na ekranizację czekał jego mroczny scenariusz „Obsesja” (nakręcił go Brian DePalma tworząc jeden ze swoich najlepszych ale i najbardziej niedocenionych filmów). „Taksówkarz” był scenariuszem perfekcyjnym. Idealnie bowiem rozłożono w nim proporcje między kinem zaangażowanym politycznie, filmem akcji i dramatem społecznym. Zekranizowane przez Scorsese rok później losy Travisa Brickle zmienią kino, z reżysera uczynią gwiazdę, a Schrader z pistoletu zamieni się w najbardziej rozchwytywanego  hollywoodzkiego scenarzystę. I najbardziej nieprzewidywalnego.

Następny film, który napisze wywoła skandal zanim w ogóle trafi do kin (mowa o „Rolling Thunder”, które oskarżono w 1977 roku o pornografię a producent wycofał się z dystrybucji), zaś Schrader szybko uzna, że pozycja pisarza mu nie wystarcza. W 1978 roku do kin trafią jego „Niebieskie kołnierzyki” jeden z nielicznych filmów w których Richard Pryor zagrał poważną dramatyczną rolę i jeden z pierwszych filmów, który koncentrował się na mechanizmach działania korporacji i związków zawodowych. Film był finansową klapą, ale dziś otoczony jest słusznym kultem. Zaś opowiadana przez Schradera historia przeraża swoją celną, ponadczasową diagnozą społeczeństwa. Dwa lata później do kin trafia uznawany przez wielu za opus magnum Schradera – „Amerykański żigolak”. Rozerotyzowana opowieść o przystojnej męskiej prostytutce (rola życia Richarda Gere’a) i tym jak w kilka dni jego świat zamienia się w perzynę.

„Amerykański żigolak” to film, w którym jak w soczewce skupia się cała filmowa rzeczywistość kreowana przez Schradera. Oto opowieść o człowieku zarozumiałym, pewnym siebie, który uważa, że od życia należy mu się wszystko, zaś nic złego spotkać go nie może. On oczywiście wyrządzać krzywdę może jak najbardziej. Do czasu aż efekty jego poczynań odbiją się mu najgorszą życiową czkawką.

Tłem dla snutej przez Schardera opowieści jest – jak w każdym jego filmie – wielkie miasto. Anonimowe, obojętne, zimne. Podobnie jak świat, w którym czułość i delikatność to rzeczy które dawno straciły zdaniem reżysera na wartości. Tak było w „Taksówkarzu”, „Niebieskich kołnierzykach”, tak będzie w „Świetle dnia” (z rewelacyjną rolą zrywającego z graniem chłopczyków Michaelem J. Foxem), „Marginiesie życia” (z Willemem Dafoe) czy „Pociesze dla obcych” będącej ekranizacją wybitnej powieści Iana McEwana.

Poza kręceniem własnych filmów Schrader wciąż współpracował ze Scoresese („Ostatnie kuszenie Chrystusa”, „Ciemna strona miasta”), oraz pracował jako reżyser do wynajęcia dla wielkich wytwórni. Choć w tej formule odnajdywał się o wiele gorzej niż w kinie autorskim. Owszem remake „Ludzi-kotów” był filmem udanym, ale już romans z „Egzorcystą” („Dominion” 2005) zakończył się dla Schradera tragicznie (odsunięto go od filmu a całość na nowo nakręcił Renny Harlin). Nieudanym filmem był także zrealizowany dla HBO „Witch Hunt” – w założeniu intrygująca zabawa z mitologią Lovecrafta i opowieścią o „polowaniu na czarownice” urządzonym w Hollywood przez senatora McCarthyego. Schrader nie wyczuł proporcji, a w efekcie film ani nie bawi, ani nie straszy, a już na pewno nie zmusza do refleksji.

Zresztą od premiery „Affiction” (1997) z genialnymi rolami Nicka Nolte i Jamesa Coburna (za którą dostał zasłużonego Oscara) Schrader nie podpisał się pod filmem wybitnym. Bo trudno za takowy uznać „Autofocus”, „Kaniony” czy „Faceta do towarzystwa”.

Czy zatem „Zanim nadejdzie noc” jest powrotem do formy twórcy „Mishimy” (biograficznej opowieści o japońskim pisarzu Yukio Mishimie, który to sam Schrader uznaje za swoje najważniejsze dzieło)? Nie do końca. Pomysł wyjściowy jest tu świetny. Oto chorujący na demencję były agent CIA Evan Lake, dowiaduje się, że jego największy wróg sfingował własną śmierć i żyje. Tyle, że także nie ma się dobrze, umiera bowiem na tajemniczą chorobę krwi. To że dojdzie do konfrontacji umierających mężczyzn – wiemy. Jej puentę zaś… I tu pojawia się problem. O ile można jeszcze przymknąć oczy na cierpiącego na ekranie Nicholasa Cage’a, tak na prosty polityczny wydźwięk konstruowanej przez Schradera intrygi już nie. Kiedyś u twórcy „Amerykańskiego żigolaka” nic nie było oczywiste, w „Zanim zapadnie noc” oczywistości jest zbyt wiele.

Choć akurat to może nie być winą Schradera, a czasów w których przyszło mu tworzyć. Producenci bowiem odebrali mu film i przemontowali go bez wiedzy reżysera. Możemy tylko domniemywać, że Schrader chciał zaciemnić a nie rozjaśnić relacje między postaciami.

Ale nawet jeśli „Zanim…” nie jest najlepszym filmem Paula Schradera i tak warto go obejrzeć. Dziś już niewiele osób w kinie tak dba o relacje między postaciami. A jak już obejrzycie sobie ten film, szybko poszukajcie „Niebieskich kołnierzyków”, albo „Hardcore” z niezastąpionym Georgem C. Scottem. To filmy wybitne. A co najzabawniejsze nakręcone przez faceta, który nigdy nie chciał być filmowcem. Otóż wychowywany w religijnej, radykalnie chrześcijańskiej rodzinie Paul Schrader miał siedemnaście lat kiedy pierwszy raz w życiu obejrzał film. Był to disneyowski „Latający profesor” i nie zrobił on na przyszłym reżyserze wrażenia. Wtedy jednak Schraader chciał zostać duchownym. Kilka lat później uświadomił sobie, że prawdziwym kościołem współczesnego człowieka jest kino. I tam został arcybiskupem.

Kategorie
większe kawałki
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz