większe kawałki

Ośmiu pasażerów Nostromo – czyli wszystkie występy „Obcego” na wielkich ekranach

Do rodzimych kin w piątek zawitała wielce oczekiwana, najnowsza część serii o kosmicznym monstrum, a my prezentujemy całkowicie subiektywny ranking jego kinowych wcieleń. Jak ikoniczna saga odnajdywała się przez lata? I jak na jej tle wypada „Przymierze”? Zobaczcie sami.

Słowem wstępu. Jako wielki fan nie tylko uniwersum, ale i space-horrorowej tematyki, przygotowując się do seansu „Przymierza” nie mogłem odmówić sobie powtórnego obejrzenia wszystkich filmów wpisujących się czy to w fabularny kanon, czy stanowiących poboczne ścieżki fabularne (bądźmy szczerzy – AvP chciałoby się w uniwersum znaleźć, ale jednak doń nie należy) – w związku z tym, jest to w dużej mierze relacja „na gorąco” z miejsc wydarzeń. Sam ranking z kolei – to wydająca mi się najbardziej właściwą, kolejność chronologiczna. Miejsca jakie poszczególne filmy w nim zajmują macie wyróżnione pod opisami, podobnie jak moje oceny. Miłej lektury.

Obcy (1979)

O tym filmie napisano już wszystko. Prekursor niezliczonych ilości space horrorów, niekwestionowany król gatunku i jedno z tych dzieł, które we wszelakich popkulturalnych mediach odbija się szerokim echem aż do dziś. W momencie premiery opad szczęki powodowało tu praktycznie wszystko – niezwykła scenografia i wstrząsający, łącznie z cyklem życiowym, projekt tytułowej biomechanicznej maszkary H.R. Gigera, świetnie dobrana grupa bohaterów którzy nie zajmują się jedynie recytowaniem linii dialogowych, a zwyczajnie żyją na ekranie. Co ważniejsze, pomimo niemal czterdziestki na karku, „Ósmy pasażer Nostromo” niemal się nie zestarzał, wciąż oferując widzom to, za co tego typu kino ceni się najbardziej – niezwykły, przesiąknięty nadciągającą grozą klimat. Ridley Scott stworzył dzieło które nieodmiennie fascynuje, ustawiając poprzeczkę dla przyszłych kontynuacji na poziomie, którego przeskoczyć zwyczajnie się nie da.

Ocena 100%,  miejsce w rankingu: 2

Obcy: Decydujące starcie (1986)

Jeśli jednak miałbym kiedykolwiek z ręką na sercu wymienić jeden, jedyny sequel który pobił będący już i tak dziełem doskonałym pierwowzór, wybór mógłby paść tylko na film Jamesa Camerona. Amerykanin zrobił w swoim dziele wszystko dokładnie tak, jak być powinno: nie dość, że sprawnie poprowadził kontynuację zamkniętej historii, to jeszcze dołożył od siebie kilka(dziesiąt?) elementów które podobnie jak w przypadku oryginału, obecnie stanowią już kanon gatunku. Wystarczy wspomnieć choćby kultowe karabiny pulsacyjne i smartguny Vasquez i Drake’a, rewelacyjnie przedstawiony oddział zadziornych ale i podbijających serca już w pierwsze kilka minut kosmicznych marines (Hudson! Hicks! Vasquez!), koncept królowej Obcych, czy dziesiątki pamiętnych scen i cytatów którymi fani filmu potrafią przerzucać się do teraz, z pamiętnym „Get away from her, you bitch!” i finałowym pojedynkiem na czele, by zrozumieć, jaki wpływ na kształt późniejszych naśladowców kontynuacja Obcego w rzeczywistości wywarła. Fakt, że wydźwięk całości nieco zelżał, a z perfekcyjnej maszyny do zabijania uczyniono tak po prawdzie większą wersję mrówki, nie wpływa nijak na to, że „Decydujące starcie” to mocne, mroczne science fiction z militarnym zacięciem, które z wielką satysfakcją ogląda się do dziś. Przy całym tym urodzaju, naprawdę ciężko pierwszą i drugą część ze sobą porównywać – mimo wykorzystywania przezeń zupełnie różnego wachlarza elementów filmowego rzemiosła, pozostają integralną całością. Stąd też o decyzji który z filmów lubimy bardziej, przesądza nie tyle ich jakość, co indywidualne preferencje. Jeśli chodzi o mnie – „Decydujące starcie” górą.

Ocena: 100%, miejsce w rankingu: 1

Obcy 3 (1992)

Reżyserski debiut Davida Finchera całkiem trafnie opisuje jedno zdanie: film który powstał za późno. Sześć lat przerwy po przebojowym filmie Camerona wystarczyło, by zapomnieć o możliwości powrotu Newt. Idąc tym tropem, życia pozbawiono również ocalałych z poprzedniego pogromu Bishopa i Hicksa – co w połączeniu z odżegnaniem się od kilku już wtedy ikonicznych elementów jakie pozostawiło po sobie ‚Decydujące starcie”, fani uznali jako bezpardonowy policzek wymierzony w ich stronę. Dyskusyjne rozwiązania fabularne zaważyły na odbiorze z jakim film się spotkał. Czy słusznie? Niekoniecznie. I owszem, wprowadzenie nowych bohaterów jest słabe, akcja momentami zdaje się wlec w nieskończoność, jednak dzieło Finchera to ewidentny ukłon w stronę oryginału. Klimat beznadziei, zepsucia i wciskającego się zewsząd brudu jest tak efektywnie przedstawiony, że ociera się wręcz o regiony „Mad Maxowe”, podobnie jak kostiumy i charakteryzacja. Takie z góry założone łachmaniarstwo rzecz jasna nie każdemu musi się podobać, z perspektywy czasu widać jednak, że był w tym wszystkim jakiś konsekwentnie realizowany pomysł – dokładnie to zatem, czego zabrakło niemal każdemu z następców. Jako ciekawostkę dla wciąż niepocieszonych odstającym od dwójki znakomitych poprzedników poziomem trzeciej części, można dodać fakt, że za pisanie jednego z nigdy nie wcielonych w życie scenariuszy, wziął się również gigant science fiction, William Gibson – i cóż, jeśli uważacie, że w „Decydującym starciu” działo się wiele, w przypadku niedoszłej wersji skryptu ojca cyberpunku, musielibyście swój pogląd zweryfikować o sto osiemdziesiąt stopni. Scenariusz „Obcego III” można znaleźć pod TYM adresem.   

Ocena: 75%, miejsce w rankingu: 3

Obcy: Przebudzenie (1997)

Dziwny to film. Jeden z takich którego do niedawna broniłbym zaciekle, ale już po ponownym seansie swego stanowiska wcale nie jestem taki pewien. Po tym, jak „trójka” całkiem skutecznie domknęła historię niestrudzonej Ripley, wydawało się, że kolejna odsłona „Obcego” nie powinna mieć racji bytu. Stało się jednak jak się stało – i już od pierwszych minut czuje się podskórnie, że film Jeana-Pierre Jeuneta magii poprzedników zachował w sobie niewiele. Absurdów i dziur fabularnych jest w porównaniu do trylogii znacznie więcej, co widać na samym początku, kiedy scenarzyści dość nieudolnie starają się przekonać nas do związanej z klonowaniem logiki leżącej u podstaw historii. Próba uczynienia z Ripley rzucającej co chwilę czerstwymi one-linerami killerki również wypada nieco na siłę, a najbardziej cierpi na tym atmosfera. W efekcie całość to nietypowa hybryda horroru science fiction z (sic!) dość głupkowatymi elementami komediowymi, co dla wielu przyzwyczajonych do defetystycznego wydźwięku poprzednich części widzów będzie daniem raczej z tych ciężkostrawnych. Zamiast tego mamy kilka efektownych sekwencji (choćby ta podwodna), przyjemnie wyglądającą scenografię Aurigi i ciekawą rolę Winony Ryder. Daje się to mimo wszystko oglądać bez zgrzytania zębami – pod warunkiem, że z góry założy się poziom o klasę niższy od poprzedników.

Ocena: 60%, miejsce w rankingu: 5

Obcy kontra Predator (2004)

Hollywood dobrze wie co robi – taki oto będący truizmem pierwszej wody wniosek można wysnuć po zetknięciu się z dziełem Paula W.S. Andersona.  Dlaczego? Ano dlatego, że dając zielone światło projektowi będącemu crossoverem dwóch ikonicznych dla horroru science fiction uniwersów, producenci mogli być bardziej niż pewni, że niezależnie od tego jak mizerny ostatecznie okaże się rezultat, zarobi na siebie bez problemu. I niestety chciałoby się powiedzieć, w swych kalkulacjach się nie pomylili. Film Andersona kuleje w wielu elementach – począwszy od pretekstowej fabuły nawet nie usiłującej przekonać widza do faktu, że gdzieś w okolicach bieguna Predatorzy urządzają sobie polowania na Obcych, przez całkowity brak ekspozycji ludzkich bohaterów (no chyba, że za takowe uznamy kilkadziesiąt sekund poświęcone trzem, czterem ważniejszym bohaterom – resztę poznamy co najwyżej z nazwiska), na wyjątkowo marnemu tytułowemu starciu zredukowanych tu do roli przerośniętego robactwa Obcych z Łowcami skończywszy. O jakiejkolwiek grozie można zapomnieć, co gorsza jednak, mimo sporego, sięgającego sześćdziesięciu milionów dolarów budżetu,  przez cały seans dominuje charakterystyczne dla większości filmów reżysera (wyłączmy tu „Ukryty Wymiar”) poczucie przaśności i siermiężności całego przedsięwzięcia. Zarówno scenografia, kostiumy, a nawet sceny zgonów są tu zbyt sterylne, zbyt plastikowe i ugrzecznione (PG-13 kłania się w pas), co klimatu nie przydaje nijak, za to skutecznie leczy bezsenność. Innymi słowy: do obejrzenia i jak najszybszego wymazania z pamięci.

Ocena: 40%, miejsce w rankingu: 7

Obcy kontra Predator: Requiem (2007)

Jeśli część pierwszą crossovera nazywać słabą, to dla jej kontynuacji zwyczajnie braknie dolnych regionów skali. Akcja „Requiem” zaczyna się w chwilę po zakończeniu poprzednika – znaczy zainfekowany Ksenomorfem Predator dokonuje aktu narodzin, a będący hybrydą dwóch ras potomek zwany Predalienem z miejsca sieje zamęt, co ostatecznie doprowadza do rozbicia się statku Łowców gdzieś na ziemskiej prowincji. Tam rzecz jasna zaczyna się prawdziwa rzeź, okraszona małomiasteczkową atmosferą problemów rozchwianych emocjonalnie nastolatków rodem z Beverly Hills. Buzują hormony, buzuje też akcja – umówmy się jednak – mimo, że „Obcy” nigdy nie należał do najmądrzejszych filmów na świecie, to co wyprawia się u braci Strause, można przy odrobinie dobrej woli nazwać jedynie bezładną bieganiną ludzi na których kompletnie nam nie zależy. Takiego stanu rzeczy nie potrafi przykryć ani znacząco podkręcona w stosunku do pierwszej części brutalność, ani egipskie ciemności w jakich spora część akcji się odbywa – kiedy więc po finalnej eksplozji widzimy napisy końcowe, pozostaje nam jedynie odetchnąć z ulgą.

Ocena: 25%, miejsce w rankingu: 8

Prometeusz (2012)

To miał być wielki powrót Scotta do wykreowanego przezeń uniwersum – zamiast dzieła reklamowanego niemal jako wiekopomne, dostaliśmy jednak coś, co podzieliło fanów franczyzy na dwa aktywnie zwalczające się obozy. Przyczyn takiego stanu rzeczy upatrywać można już na etapie produkcji – kilkakrotne zmiany scenariusza nie wróżyły projektowi dobrze, czego efekt w postaci połatanego skryptu Damona Lindelofa oglądaliśmy na ekranach. O ile pomysł wyjściowy, inspirowany „Rydwanami Bogów” Danikena wyglądał na naprawdę zjadliwy, a egzystencjalne pytania jakie obraz miał zadawać przydawały mu jedynie głębi, tak zawiodło to, co z reguły zawodzi najczęściej – detale. Jako przedstawiciela grupy „anty”, najbardziej ubodła mnie w tym wszystkim pełna żenujących uproszczeń i oczywistości historia (prym wiodą powodujące chęć pacnięcia się w czoło sceny z Millburnem i Fifieldem) i absurdalnie przerysowana, na opak umotywowana banda stanowiących załogę półgłówków, którzy swym postępowaniem co rusz hołdują nieśmiertelnej horrorowej zasadzie pod tytułem: „rozdzielmy się”. Osobiście nie jestem również zwolennikiem tłumaczenia fanom rzeczy które wcześniej z powodzeniem broniły się jako niedopowiedzenia. W końcu na tym opierała się siła oryginału – choćby taki Space Jockey wzbudzał grozę i prowokował do snucia teorii, bo w wyobraźni widzów miast bycia ledwie kombinezonem przerośniętego albinosa, rzeczywiście funkcjonował jako olbrzymi stwór z rozerwaną klatką piersiową. Tym samym kierunek jaki obrał Scott z powodzeniem zniszczył fanowską mitologię jaka przez lata narosła wokół serii, zastępując ją – znacznie mniej atrakcyjnymi – wynurzeniami na temat dzieła stworzenia. Czy taki obrót spraw był serii potrzebny – oceniajcie według uznania, moim zdaniem jednak, „Prometeusz” mimo naprawdę bombowego wykonania, to film absolutnie dla uniwersum zbędny.

Ocena: 55% (w tym 10% za rewelacyjną stronę techniczną), miejsce w rankingu: 6

Obcy: Przymierze (2017)

Kiedy wychodziłem z sali kinowej po seansie „Prometeusza”, obiecałem sobie już nigdy więcej nie nabrać się na popisy speców od PR, toteż widząc co wyprawia się przed pierwszymi pokazami „Przymierza”, w głowie zapaliły mi się wszelkie lampki ostrzegawcze. Jak się okazało, pomyłki wielkiej nie było – miast sugerowanego wszem i wobec powrotu do horrorowych korzeni, dostaliśmy kolejną porcję „Prometeuszowej” filozofii w wykonaniu Pana Scotta. Agresywna kampania marketingowa okazała się picem na wodę (większość, jeśli nie wszystkie z klipów prezentowanych przed premierą w filmie się zwyczajnie nie znalazła), a sama fabuła znów wygląda na niebezpiecznie pośpieszną, z kulejącym przedstawieniem podejmujących durne decyzje bohaterów dramatu na czele. I owszem, poziom to niż „Prometeusz” wyższy, technicznie znów jest rewelacyjnie, a krew tym razem tryska po ścianach aż miło – tyle, że brak tu dramatyzmu i grozy sytuacji, a nad całością unosi się widmo kalki zużytych już po wielokroć pomysłów. Sam Obcy z kolei bezpowrotnie przestał być ucieleśnieniem naszych największych lęków, pełniąc rolę raczej upiornej maskotki napędzającej masy do kin. Szkoda w tym w wszystkim jedynie szarżującego na wszelkie możliwe sposoby Fassbendera i naprawdę starającą się wycisnąć ze swej niezbyt rozbudowanej postaci coś więcej niż przewidzianą przez scenarzystów „drugą Ripley” Katherine Waterston. Jako monster movie w kosmosie zatem – jest przyzwoicie, choć i tak sporo gorzej niż w przypadku tegorocznego „LIFE„. Jako Obcy jednak (przy założeniu, że nie jesteście fanami „Prometeusza”)  – mimo tego, że nie najgorszy w historii sagi – z całym szacunkiem, Blomkamp w swej niedoszłej kontynuacji zrobiłby to zdecydowanie lepiej.

Ocena: 60%, miejsce w rankingu: 4

Kategorie
większe kawałki
Maciej Bachorski

Rocznik '87. Z usposobienia choleryk-melancholik. Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i miodowego Jacka Danielsa. Pisze od 2011 roku, głównie opowiadania z szeroko pojętego nurtu fantastyki i publicystykę. Publikował w "Nowej Fantastyce", a także w serwisach "Horror Online", "Szortal" (audiobook "Reguła Rothmana"), "Niedobre Literki" i "film.org.pl". Z "Dziką Bandą" związany od października 2015 roku.

Dodaj komentarz