większe kawałki

Oscar, Grammy i ponure żarty

 

 

 

W listopadzie został wyróżniony honorowym Oscarem. W grudniu najnowsza płyta Steve’a Martina z muzyką bluegrass zatytułowana „Love Has Come For You” oraz promujący ją utwór tytułowy zostały nominowane do nagrody Grammy. Czyżby zatem aktor specjalizujący się w zwariowanych komediach zakończył wraz z Oscarem karierę filmową i  nagrywając płyty, walczy teraz o najbardziej prestiżowe nagrody w przemyśle muzycznym? Fakt, w swoich komediowych skeczach Martin od zawsze przygrywał sobie na banjo, ale też nie ukrywał, że wybrał ten instrument wyłącznie dlatego, że nie trzeba jakiegoś wielkiego muzycznego talentu, aby nauczyć się na nim grać.

 

 

Aby odpowiedzieć sobie na to pytanie prześwietlmy dotychczasowy dorobek Steve’a Martina. W latach 70. nadał on sobie przydomek „dzikiego, szalonego gościa” i robił wszystko aby uczciwie nań zapracować. Podczas solowych występów na żywo tańczył, śpiewał, pokazywał sztuczki magiczne, przebijał sobie głowę strzałą albo… próbował wessać drewniane krzesełko przez rurkę do napojów. Później dołączył do ekipy superpopularnego (w Stanach Zjednoczonych, nie w Polsce) programu telewizyjnego „Saturday Night Live”, gdzie stworzył kilka niezapomnianych skeczy razem z Danem Aykroydem, Chevy Chase’em, Billem Murrayem i Johnem Belushim. W autobiografii opisującej ten okres jego kariery, aktor zdradził sekret swojego sukcesu: „Nie miałem żadnego konkretnego talentu – nie umiałem śpiewać, tańczyć ani grać – i dzięki determinacji aby pomimo tej drobnej usterki zaistnieć w showbiznesie, musiałem stać się bardziej pomysłowy”.

 

 

Po sukcesie telewizyjnym czekał na Martina sukces na dużym ekranie. Jego zwariowana debiutancka komedia pt. „Szajbus” wykorzystywała sporo dowcipów, które aktor jeszcze niedawno opowiadał na żywo w klubach i knajpach. Kolejne udane tytuły – „Umarli nie potrzebują pledu”, „Człowiek o dwóch mózgach” czy „Dwoje we mnie” – były już starannie zaplanowanymi komediowymi przebojami, w czym zasługa nie tylko samego Martina, ale także mającego świetne wyczucie gatunku reżysera Carla Reinera. W latach 80. aktor wystąpił w kilku filmach, dzięki którym mogli go wreszcie poznać polscy widzowie, szturmujący wówczas pierwsze wypożyczalnie wideo. W „Trzech amigos” grał u boku Chevy Chase’a i Martina Shorta, w „Krwiożerczej roślinie” spotkał się na planie z Rickiem Moranisem i Billem Murrayem, w „Samolotach, pociągach i samochodach” występował z Johnem Candym, a w niedocenionych „Parszywych draniach” – z Michaelem Caine’em.

 

 

Choć po dekadzie spędzonej w przemyśle filmowym Martin zawdzięczał swoim komediom światową sławę i pokaźną fortunę, coraz częściej flirtował też z innymi gatunkami. Przezabawną „Roxanne” (współczesną wersję historii o Cyrano de Bergeracu) docenili już nie tylko fani komedii, jednak jeszcze większa niespodzianka czekała na wielbicieli aktora, którzy przymierzali się do oglądania jego całkowicie poważnych występów w „Wielkim Kanionie”, „Cudotwórcy” czy „Hiszpańskim więźniu”. Zaczęto obawiać się, że Martin zupełnie odpuści sobie role komediowe, zwłaszcza, że krytycy bardzo niechętnie przyjęli kilka jego filmów tego gatunku powstałych w połowie lat 90.

 

 

Po raz kolejny aktorowi udało się jednak wszystkich zaskoczyć i w 1999 roku powrócił z udaną „Wielką hecą Bowfingera”, przywracając wszystkim wiarę nie tylko w swój komediowy talent, ale także w talent partnerującego mu Eddiego Murphy’ego. Choć nie był to film równie zabawny jak najlepsze dokonania Martina z początków kariery, to dawał nadzieję, że aktor wciąż będzie miał ochotę próbować czegoś nowego w gatunku, dzięki któremu zaistniał w Hollywood. Okazało się jednak, że „Wielka heca Bowfingera” była fałszywym sygnałem: od jej powstania Martin zaczął grywać głównie w błahych komediach familijnych albo w przeróbkach komediowych klasyków. Wciąż przynosiło mu to ogromne pieniądze, ale było rozczarowaniem dla najwierniejszych fanów aktora, którzy pamiętali, że kiedyś ich idol dbał przede wszystkim o to, aby nie powtarzać cudzych dowcipów.

 

 

Szczególnie boleśnie wypadały w tym kontekście filmy z cyklu „Różowa pantera”, gdzie Martin próbował odtworzyć postać fajtłapowatego inspektora Clouseau, wykreowaną przez genialnego Petera Sellersa. Co prawda nie można zarzucić Martinowi, że nie był zabawny jako Clouseau – już sam jego zabójczy wąsik i karykaturalny francuski akcent zmuszały przecież do uśmiechu – ale widać od razu, że nie była to rola, z którą mógłby się identyfikować. Podczas gdy Sellers dosłownie był inspektorem Clouseau, Martin z mniejszym lub większym sukcesem próbował pokazać, że potrafi go udawać.

 

 

Do najciekawszych występów aktora w nowym wieku należałoby zaliczyć te w zaskakująco mrocznej „Nowokainie”, gdzie wcielił się w dentystę zauroczonego pacjentką oraz w ekranizacji własnej powieści zatytułowanej „Troje do pary”, gdzie musiał walczyć z Jasonem Schwartzmanem o serce Claire Danes. Z typowych komedii najlepsze okazało się natomiast dzieło Nancy Meyers „To skomplikowane”, w której swoimi zalotami skutecznie przywracał młodość Meryl Streep. Jak na niegdysiejszego mistrza komedii, któremu do rozbawienia publiczności wystarczała plastikowa rurka i krzesło, to jednak niewiele. No ale też właśnie w ostatnich latach Martin zdecydowanie bardziej postawił na pisarstwo oraz muzykowanie, w stosunkowo krótkim czasie publikując swoje wspomnienia, kilka powieści, sztuk oraz książeczek dla dzieci, a także nagrywające trzy nowe, znacznie poważniejsze niż w przeszłości płyty z muzyką bluegrass, z których statuetką Grammy nagrodzono już wcześniej świetną „The Crow: New Songs for the 5-String Banjo” z 2009 r. Tegoroczna, bardziej tradycyjna „Love Has Come For You” nagrana wspólnie z Edie Brickell również ma spore szanse na zdobycie tej nagrody. A do tego w bieżącym roku 68-letniego artystę nagrodzono honorowym Oscarem za „nadzwyczajne osiągnięcia w dziedzinie komedii, muzyki oraz działalności producenckiej”.

 

 

Nawet jeśli Martin zaniedbał ostatnimi czasy komedię, to powiedzmy sobie szczerze: jak na faceta bez żadnego talentu, osiągnął całkiem sporo.

 

Kategorie
większe kawałki

Bartłomiej Paszylk jest autorem przekrojowej książki na temat kina grozy pt. „Leksykon filmowego horroru”, a także anglojęzycznej pozycji dotyczącej horrorów kultowych pt. „The Pleasure and Pain of Cult Horror Films”. Zajmował się również redagowaniem takich antologii grozy, jak: „City 1″, „City 2″ oraz „Najlepsze horrory A.D. 2012″. Jego artykuły, recenzje i wywiady publikowano w popularnych czasopismach oraz portalach internetowych zarówno w Polsce, jak i zagranicą. Obecnie pełni funkcję redaktora magazynu Grabarz Polski i pisze teksty oraz recenzje dla Dzikiej Bandy, Nowej Fantastyki i Drivera.

Dodaj komentarz