większe kawałki

Opowieści makabryczne, czyli wszystko co chcemy wiedzieć o „Creepshow”

Wznowione właśnie „Opowieści makabryczne” Stephena Kinga to nie tylko pierwszy komiks w bogatej filmografii mistrza grozy, który powstał na podstawie pierwszego samodzielnie napisanego przez niego scenariusza filmowego. To przede wszystkim pierwsza świadoma i w pełni zaplanowana wycieczka pisarza w czasy własnej młodości. Młodości, którą rządziły tanie komiksy i potwory. A wszystko zaczęło się od niesławnego senatora Josepha McCarty’ego.

Opowieści makabryczne, Stephen King, Bernie Wrightson; 1982.

Dziś mało kto pamięta (zwłaszcza w Polsce, która borykała się z zupełnie innymi problemami niż Stany) , że ofiarami szalejącego makkartyzmu i polowania na komunistyczne czarownice w Stanach, padali nie tylko hollywoodzcy artyści. Próby wytropienia zła infekującego umysły Amerykanów, nie ograniczały się tylko do szukania komunistów, ale każdego przejawu sztuki. Jednym z nich był komiks. I wydawnictwo EC Comics. Firma, którą amerykańscy cenzorzy z lat 50. kochali nienawidzić.

Historia EC sięga pierwszej połowy lat 40. ubiegłego wieku. Wtedy to Max Gaines założył wydawnictwo, które początkowo nosiło nazwę Educational Comics i jak łatwo się domyślić wydawało książeczki i zeszyty skierowane do młodych odbiorców. Na ich portfolio składały się publikacje dotyczące biblii (m.in. biblia w obrazkach), podstawy historii czy fizyki. Rozwój firmy przerwała śmierć Maxa. I tu na arenę wkracza pierworodny syn – William. Były żołnierz, chemik i człowiek, który chciał poświęcić karierę i życie nauce. Nigdy nie planował bycia, jak ojciec, wydawcą. A już na pewno nie planował wydawać nudnych komiksów o panu Bogu. Los bywa jednak okrutny. Gdy okazało się, że nikt inny rodzinnego interesu przejąć nie chce, William wkroczył do wydawnictwa. Tyle, że jego plan zakładał publikacje rzeczy drastycznie różnych od tego z czym do tej pory kojarzone było Educational Comics. W 1950 roku na rynek wypuszcza trzy nowe komiksowe magazyny:  „Tales from the Crypt”, „The Vault of Horror” i „The Haunt of Fear”. Każdy z nich ukazuje się niemal przez pięć lat. Educational Comics, zmienia nazwę na EC Comics, stając się rynkowym potentatem w obrębie tanich, fatalnie wydanych, ale za to strasznych, krwawych i zabawnych komiksów.

I tu na arenę wkraczają – tak cenzorzy od McCarthy’ego, jak młody Stephen King. Ci pierwsi martwiąc się o nieskalane złem umysły młodych Amerykanów, co chwila napuszczają na wydawnictwo kontrole, nakładają kary finansowe za publikacje treści uwłaczających dobremu smakowi, a na koniec, cenzurując zeszyty. Wojna cenzorów z EC Comics w finale doprowadziła do wycofania się wydawnictwa z segmentu grozy. Zmęczony walką o każdy kadr i słowo William Gaines zdecydował, że zacznie z cenzurą walczyć inaczej – wyśmiewając ją. Najpierw kpiąc publicznie z tego, że skoro cenzurze udało się doprowadzić do zamknięcia jego pism, to teraz będzie czekał aż spadnie w Stanach wskaźnik przestępczości. Kilka chwil potem zakładając legendarny magazyn „MAD”. Ale to już zupełnie inna historia. Zanim bowiem Gaines zaczął bawić Amerykanów i kpić z ich przywar, sprawił że mały Stephen King pokochał horror. Ze wzajemnością.

Bo to właśnie komiksy wydawane przez Gainesa sprawiły, że King zainteresował się strachami. Ponieważ pochodził z niezamożnej rodziny, na każdy zeszyt odkładał kieszonkowe, odmawiając sobie przyjemności. Miał wtedy siedem lat.

W 1982 roku w wywiedzie udzielonym Douglasowi Winterowi długo opowiadał o tym co dały mu choćby „Tales from the Crypt”. Druga wojna światowa zmieniła spojrzenie na świat całego pokolenia – do tej pory ludziom wydawało się, że rycerz w lśniącej zbroi uratuje dziewicę, a dobro zawsze zwycięża. Tak było do czasu, aż całe pokolenie spojrzało na trupy rzucone na froncie. Wtedy zrozumieli, że sprawiedliwość to fikcja. Gdy pojawiły się komiksy EC ludzie byli zawiedzeni i rozczarowani. Tymczasem te komiksy odwoływały się do ładu i podziału rzeczywistości, w którym po winie następuje kara. Przez pierwszą część historii czytałeś o tym jak bohater robi coś złego, a potem trup zamordowanego wracał i mścił się za krzywdy. I choć wiedzieliśmy że w rzeczywistości tak nie jest, to naprawdę chcieliśmy w to wierzyć. W tę romantyczną wizję horroru, w którym zło zostaje ukarane.

„Opowieści makabryczne” (które są nijako uzupełnieniem filmu) to z jednej strony zatem powrót do pierwszej literackiej miłości – komiksów. Z drugiej powrót do świata, w którym zło ponosi karę. Wszystko to zaś skąpane jest w czarnym jak smoła humorze, który rozładowuje napięcie w momentach najstraszniejszych. I który narzuca pewien rytm opowieści.

Świetnie w tych historiach i estetyce odnalazł się ilustrujący je Bernie Wrightson. Dzięki jego obrazkom komiksowe „Opowieści…” nie tylko nie odstają od estetyki komiksów z lat 50., ale dodatkowo mają w sobie pazur i energię. W wykonaniu innego grafika, „Opowieści…” mogłyby zamienić się w odtwórczy hołd dla lat minionych. Nie są. To po prostu dobry, zabawny i niebywale wciągający komiks.

Warto też zwrócić uwagę na jeszcze jeden element opowieści, silnie związany z postrzeganiem horroru przez pryzmat wieku. Tak w komiksie, jak w filmie głównym bohaterem jest chłopiec, który czyta komiks, dzięki czemu my widzowie/czytelnicy, przenosimy się w świat horroru. Tym, który utrudnia lekturę bohaterowi jest ojciec, określający te opowiastki mianem „śmieci”.

King w niemal całej swojej twórczości stawia wyraźną granicę między postrzeganiem i odbiorem horroru przez dzieci i dorosłych. Dziecięca ciekawość świata sprawia, że mali bohaterowie najczęściej z potyczek wychodzą obronną ręką. Dorośli konfrontowani z grozą zazwyczaj przegrywają. Jeśli zaś udaje im się zwyciężyć, to tylko dzięki ponownemu odkryciu w sobie dziecka. „Opowieści makabryczne” są dla Kinga takim odkrywaniem dziecka. I on z tej walki wychodzi zwycięsko. 

Koszmarne opowieści, reż. George A. Romero. USA 1982.

„Koszmarne opowieści” Stephena Kinga i George’a Romero mimo swoich lat wciąż bawią i straszą.

Ten film powstał przez przypadek. W 1979 roku George A. Romero wraz z producentem Richardem Rubinsteinem przyleciał do Kinga, aby przedyskutować ekranizację „Bastionu”. King uznawał wówczas tę powieść za swoje opus magnum (choć ukazała się, jak wiemy, dość poważnie okrojona przez wydawcę), zaś George A. Romero był bohaterem jego młodości („Noc żywych trupów”, czyli debiut Romero, według Kinga zmienił historię współczesnego kina grozy) i jedynym reżyserem, który jego zdaniem mógł sprostać temu wyzwaniu.

Podczas rozmowy w trójkę doszli jednak do wniosku, iż aby zdobyć niezbędny na tak ogromną produkcję budżet (przypominam, że „Bastion” to fantastyczna powieść, której akcja toczy się w Ameryce zdziesiątkowanej przez tajemniczą zarazę) najpierw nakręcą film mniejszy i skromniejszy… Takie maleństwo, które dzięki wyobraźni Kinga i talentowi Romero zarobi dla nich na Bastion, a przynajmniej otworzy drzwi do dużych budżetów.

Ponieważ obaj wychowali się na groszowych magazynach pulpowych i podrzędnych komiksach grozy, postanowili oddać hołd tamtej estetyce – tak narodziły się „Koszmarne opowieści” (lub „Show kreatury”, bo film jest u nas znany także pod takim tytułem) – antologia filmowych nowelek grozy. W karierze Kinga ważna nie tylko ze względu na współpracę z Romero, ale również przez to, iż po raz pierwszy napisał on historie specjalnie na użytek filmu. Z pięciu nowelek, które wchodziły w skład filmu, tylko dwie oparte były na istniejących wcześniej opowiadaniach („Skrzynia” i „Samotna śmierć Jordy Verrilla”).

Oglądane dziś „Koszmarne opowieści” to przede wszystkim kawał świetnej zabawy. Być może wynikało to z faktu, iż obaj twórcy nie traktowali swojego filmu zbyt poważnie (w końcu miał być tylko tworem, który pozwoli im zebrać fundusze na prawdziwy film), a być może z miłości, jaką obaj darzyli krótkie horrorowe formy. W każdym razie „Koszmarne opowieści”, mimo iż pod względem technicznym bardzo się postarzały, wciąż uwodzą klimatem i lekkością. To taka blisko dwugodzinna, bezpretensjonalna żonglerka horrorowymi kliszami, tyle że z szelmowskim przymrużeniem oka. Zupełnie jakby twórcy zdawali się mówić do widzów: „Wydaje wam się, że nie pokażemy zombie-tatusia? To macie! Nie będzie potwora zjadającego jędzowatą żonę? A właśnie, że będzie!”.

Sam King nie ograniczył się tu tylko do funkcji scenarzysty, ale po raz pierwszy także wystąpił jako aktor (wcześniej co prawda zaliczył dwudziestosekundowe cameo na planie „Knightriders”, zapomnianym dziś, dość zabawnym filmie o motocyklistach i królu Arturze także w reżyserii Romero, ale trudno uznać to za rolę). I to w sporej roli, bo wcielił się w tytułowego Jordy Verrilla. Jak wypadł? Ujmę to tak – ta wiekopomna rola powinna raz na zawsze powstrzymać go przed wystąpieniami przed kamerą… Gdyby nie ironiczny wydźwięk nowelki, mistrz grozy zapewne pogrążyłby ją swoją kreacją.

Co ciekawe, na planie „Koszmarnych opowieści” debiutowało dwóch Kingów. Otóż w postać gnębionego przez ojca-tyrana chłopca wcielił się młodziutki Joe Hill, który towarzyszył ojcu na planie. W porównaniu do Kinga okazał się on lepszym aktorem, chociaż w dużej mierze wynikało to z tego, iż Stephen za bardzo się starał, zaś Joe był po prostu sobą, czyli małym, przestraszonym chłopcem, osaczonym przez wielki plan filmowy. Co ciekawe, obu Kingom ponoć zdarzało się schodzić z planu bez uprzedniego zdjęcia makijażu. Pewnego razu patrol policji zatrzymał pisarza i niemal oskarżył o znęcanie się nad dzieckiem, bo mały Joe… nie zmył z twarzy sztucznych siniaków.

Creepshow 2, reż. Michael Gornick, USA1987.

Gdy kurtyna idzie w górę, zaczyna się horror.

Jaki polski tytuł nosi ten film? Trudno zgadnąć. Na oficjalnym DVD widnieje Creepshow 2 i tej wersji  będziemy się trzymać. Jak łatwo się domyślić, Creepshow 2 to kontynuacja zrealizowanych w 1982 roku Koszmarnych opowieści. Na planie tamtego filmu Michael Gornick pełnił funkcję operatora. Kiedy okazało się, że George A. Romero nie stanie jednak za kamerą części drugiej, Gornick otrzymał oficjalne namaszczenie – tak ze strony Kinga, jak Romero. 

Kontynuacje filmów powstają zazwyczaj w chwili, gdy część pierwsza odnosi spory sukces kasowy. Tak było i w tym przypadku. Kontynuacje zazwyczaj są droższe od poprzedników, bowiem producenci wychodzą z prostego założenia, że film się sprzeda. No i tu niestety tak już nie było. Creepshow 2 to paradoksalny przykład sequela, którego producenci postanowili zarżnąć, zanim został ukończony. Zapewne stało się tak, ponieważ przy produkcji pierwszej części budżet w galopującym tempie rósł, niemal pogrążając projekt. W końcu początkowe pięć milionów zamieniło się w osiem. Aby uniknąć powtórki z rozrywki, producenci trzymali ręce na pieniądzach (kwocie w wysokości ponad trzech milionów) i… jednak skrzywdzili film. Creepshow 2 bowiem miało jak pierwszy film składać się z pięciu nowelek i historyjki przewijającej się miedzy nimi. W wyniku cięć dwa scenariusze jednak zostały odrzucone. Oparty na opowiadaniu The Cat from Hell trafił do kinowej wersji Opowieści z ciemnej strony zaś Pinfall nigdy nie został zrealizowany. Scenariusz do tej opowiastki został jednak dodany do amerykańskiego wydania DVD filmu oraz opublikowany w antologii Stephen King: Uncollected, Unpublished. A jak wypadł okrojony film?

Niestety o wiele słabiej niż część pierwsza. Owszem, „Creepshow 2” wciąga, ale nie ma w nim tego luzu, który sprawiał, że we wcześniejszym filmie uśmiechaliśmy się od ucha do ucha na widok taty-zombie.

Głównym problemem tego filmu jest jego gatunkowe rozedrganie. Reżyser „Creepshow 2” bowiem nie potrafił się zdecydować, czy kręci poważną antologię, czy gatunkowy żarcik. W efekcie powstał film niespójny i bardzo nierówny. Przewijająca się przez nowelki opowieść o chłopcu, którego prześladują szkolne osiłki, stara się być zabawna, ale swoim klimatem zupełnie nie pasuje do nowelek. Pierwsza z nich, napisana przez Kinga specjalnie na potrzeby filmu historia pewnego mściwego drewnianego Indianina („Wódz drewniana głowa”), to prosta, a przy tym zaskakująco poważna opowieść o zemście. Wręcz za poważna. Rasizm, kryzys, młodociany gang i przemoc… Owszem – dla horroru to idealna pożywka, ale raczej nie w chwili, gdy lekcję pokory i szacunku dla innych udziela złym chłopakom zupełnie na poważnie drewniana figurka. Trzeciej nowelce (także napisanej specjalnie na potrzeby produkcji) –„Autostopowiczowi”– o wiele bliżej już do poprzedniego filmu. Mamy tu kobietę bogatą i niewierną oraz pewnego upartego trupa. Jest czarno i straszno, w idealnych proporcjach. Niestety też i bez większych zaskoczeń.

Celowo pominąłem w wyliczance nowelkę drugą, bowiem zasługuje ona na ciut więcej uwagi. „Tratwa”, bo taki nosi tytuł (adaptacja opowiadania ze zbioru „Szkieletowa załoga”), jest powodem, dla którego ten film obejrzeć trzeba. Zaczyna się niewinnie. Grupka przyjaciół jedzie nad wodę. Mają zamiar pić piwo, palić, kąpać się i dobrze bawić. Znacie ten scenariusz, prawda? W horrorach sprowadza się on zazwyczaj do opowieści o szalonym zabójcy grasującym w pobliskim lesie. Tu także pojawia się zabójca, oj pojawia… Tyle że jest on czymś dziwnym, tajemniczym i irracjonalnym. Czarna maź pojawia się nagle na tafli jeziora, więżąc bohaterów na tytułowej tratwie. Próby dopłynięcia do brzegu z góry są skazane na porażkę, pozostaje czekanie.

„Tratwa” to horror na poważnie, bez mrugania okiem do widza i bez zabawy z żonglowaniem cytatami. Malutki film, który w swojej prostocie genialnie pokazuje siłę prozy Kinga; jego zdolność wynajdywania grozy w prozaicznych sytuacjach, wprowadzania do rzeczywistości elementów absurdalnych i tajemniczych, ale opisanych tak, że nikt nawet przez sekundę nie wątpi w ich prawdopodobieństwo. Tak, jeśli zatem oglądać „Creepshow 2” to dla tego filmu. I w ogóle – zapewne zabrzmi to jak świętokradztwo – jeśli chcecie zrozumieć fenomen Kinga, sięgnijcie po ten dwudziestominutowy film. Jeśli was uwiedzie – uwiedzie was również cała twórczość pisarza.

Mimo swoich niedoróbek „Creepshow 2” dobrze poradził sobie w kinach, zarabiając ponad czternaście milionów. Sam King współpracował z Gornickiem jeszcze kilka razy (m.in. przy serialu „Złote lata”), ale były operator niestety nigdy nie nakręcił filmu udanego w stu procentach – a do dziś „Creepshow 2” pozostaje jego najlepszym, choć nierównym dziełem. 

Ciekawostka:

W 2007 roku powstał film zatytułowany „Creepshow 3” – nie ma on, poza tytułem, nic wspólnego ani z Kingiem, ani z Romero. To bardzo tania i bardzo nieudana próba podszycia się pod znane produkcje. I tego filmu naprawdę wystrzegajcie się jak ognia. W 2009 roku próbowano stworzyć internetowy serial „Creepshow Raw”, ale z braku funduszy produkcję zawieszono. Za to w sieci możecie wygrzebać zrealizowany odcinek z Michaelem „zagram we wszystkim” Madsenem.

Premiera „Opowieści makabrycznych” – 25 październik 2017 r.

Kategorie
większe kawałki
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz