większe kawałki

Opowieść podręcznej – ostatni przystanek przed końcem świata

Pomyśleć, że „Opowieść podręcznej” ukazała się na Zachodzie już ponad trzydzieści lat temu. Dzięki serialowi platformy Hulu, książka właśnie powraca na listy bestsellerów. I aż kłuje w oczy swą aktualnością.

Bo jest to książka w metaforyczny sposób opowiadająca o wydawało by się zamkniętej, coraz bardziej odległej przeszłości. U jej podstawy stały dwie, mroczne dla autorki inspiracje – po pierwsze czasy reaganowskiej polityki (i końcówka wyścigu zbrojeń), które my w Polsce zazwyczaj odczytujemy inaczej niż Zachód. Ale Margaret Atwood poznawała również grozę zamykających się na wszystko co postępowe (nie tylko) komunistycznych krajów, celebrujących wszelakich rodzajów opresje, grozę, wydającą się niemal surrealistyczną w odbiorze, a jednak w każdym aspekcie znajdującą odzwierciedlenie w rzeczywistości naszego swata. Grozę tę, chyba jak nikt inny przed nią przeniosła na karty swej powieści, która mimo że można ją porównywać do wielu podobnych w duchu antyutopii, jest też inna niż wszystkie.

Prostym jest powiedzieć, że z jednej strony dostaliśmy studium indywidualnego zniewolenia kobiety, której odebrano nawet imię, z drugiej studium totalitarnych mechanizmów. To oczywiście uzupełniające się dwa światy, w których żyje narratorka powieści. Dwa światy, bo przecież z jednej strony jest to najczystsza antyutopia,  z innej perspektywy mogąca być opowieścią o próbie stworzenia świata (i społeczeństwa) idealnego. Taką wizję – i to jest tu chyba kwestia najważniejsza – ma, miało i będzie mieć każde z nas. Ludzie nie przestaną próbować, obdarzając innych własną wizją wolności, ze wszystkimi konsekwencjami każdej takiej, podjętej na serio próby wprowadzenie jej w życie. Jak mówi ciotka Lidia w powieści: „Jest więcej niż jeden rodzaj wolności. Wolność  czegoś i wolność od czegoś”. Na czym polega ta druga?  Och, jakże proste jest wyjaśnienie padające z ust Fredy: „Teraz chodzimy tą samą ulicą, czerwonymi parami, żaden mężczyzna nie wykrzykuje za nami świństw, nie zaczepia, nie dotyka. Nikt nie gwiżdże”.

Ironią pobrzmiewa fakt, że gdyby wyjąć ów cytat z kontekstu, wyszłoby na to, iż rzeczywiście w ten sposób spełniły się postulaty wielu kobiet. Jest jednak druga strona medalu, która chyba bardziej porusza na małym ekranie, niż w książce – towarzyszące spacerującym niespiesznie kobietom obrazy wisielców, państwowych wrogów z workami na głowach. Same spacery z reguły przebiegają też w milczeniu, oprócz zdawkowych i pożądanych pozdrowień w duchu nowego prawa. Oto prawdziwy obraz wolności od czegoś.

Prawdziwy horror, prawdziwa groza zaczyna się jednak w miejscu, które w ciężkich czasach pozostawało z reguły azylem. W przypadku tej antyutopii nie można jednak mówić o domu – rezydencja Waterfordów to po prostu miejsce zamieszkania podręcznej. To w niej, zazwyczaj samotnie, oprócz okazjonalnych spacerów i ceremonii toczy się jej życie. Monotonia przerywana jest nagłymi, rytualnymi wydarzeniami, które całkiem odwracają pojęcie bliskości, pojęcie intymności. Jednym jest przykładowo Wybawienie, rodzaj szokującego w swej formie wentylu bezpieczeństwa, który pozwala podręcznym – czy tego chcą czy nie, dać ekstremalny w swym charakterze upust emocjom.

Drugie wydarzenie to kluczowy rytuał tego społeczeństwa, nadający nowe znaczenie czynności, która każdej kobiecie winna się wydawać odrażająca. Tak zwana Ceremonia, w której bierze udział  podręczna, komendant i jego żona nie jest bowiem niczym innym jak usankcjonowanym gwałtem, za którym stoją jednakowoż szczytne cele. Choć Freda wcale tak tego nie nazywa, określając dosadnie tę czynność mianem zwykłego pieprzenia. To wszystko ma miejsce (choć nie powinno przecież mieć), bowiem świat stworzony przez Margaret Atwood cierpi  z różnych powodów (głownie ze źle ukierunkowanego postępu w czasach przed przewrotem) – na niedostatek dzieci. Kobiety płodne są czymś niezwykle cennym, są reproduktorkami mającymi dać dzieci bezpłodnym żonom oficjeli reżimu. Bezpłodnym żonom, bo niemożliwym jest by to właśnie oficjel – w książce i serialu komendant Fred Waterford – posiadał tę przypadłość. Mężczyźni w świecie „Opowieści podręcznej” na coś takiego nie cierpią. Z usankcjonowanego i powszechnie przyjętego założenia.

Jak przetrwać w tym świecie? Zgadzając się na wszystko lub stwarzając pozory, że zgadzasz się na wszystko. Bo przecież nikt nie zajrzy Ci do głowy i to w niej pojawiają się pierwsze przebłyski oporu, przebłyski buntu. Te komentarze, te opisy rzeczywistości dokonywane przez podręczną znacznie mocniej wybrzmiewają w serialu, każąc Elizabeth Moss bez pardonu przeklinać i nazywać rzeczy takimi, jakie są. Stąd serial wydaje się nierzadko bardziej dosadny i bezpośredni – twórcy po prostu musieli w jakiś sposób przełożyć subtelną, przenikliwą, pełną dygresyjnych wtrętów i opisów wewnętrznych stanów narrację bohaterki – żeby po prostu dla filmowego widza było to strawne. W powieści dostajemy bowiem literaturę naprawdę najwyższych lotów, studium wewnętrznego, kobiecego świata, rodzaj bastionu, który w jakiś niemal niemożliwy sposób pozwala cierpliwie czekać w nieprzyjaznym otoczeniu i mieć nadzieję na lepszą przyszłość.

Bunt zatem rodzi się w głowie, potem w najprostszych gestach albo próbach nawiązania dialogu. Jest w dotyku opuszków palców sięgających ku sobie przez dziurę w ścianie dzielącej dwie toalety, objawia się także poprzez czynność wyplucia niewątpliwie przepysznego ciasta podarowanego podręcznej przez jedną z żon. Bunt, który w „V jak Vendetta” (jakże zresztą podobnym w tonie dziele do „Opowieści podręcznej), skończyć się może iluminacją, skończyć wariackim powiewem szaleństwa ożenionego z pragnieniem wolności, jak w scenie rozjeżdżającej samochodem sługusów systemu, wydawałoby się zniszczonej już przez ten system,  psychicznie i fizycznie okaleczonej, dawnej Gleny ( a właściwie Emily). Bunt, który mimo że skończy się dla niej z pewnością tragicznie, wywołuje uśmiech szczęścia na twarzach jej towarzyszek niedoli. W tej chwili nikt ich bowiem nie określa,  w tej chwili zakosztowały smaku wolności.

Ta myśl – o określaniu przybierającym formę opresyjną – prowadzi do istotnej konkluzji. Skąd bowiem słowa o aktualności „Opowieści podręcznej”, odwołującej się do mroków świata sprzed trzydziestu lat i jeszcze dawniej? Rzeczywistość, dzisiejsza rzeczywistość zdążyła już nam pokazać, że mrok nie znika ot tak, wyłania się znikąd, dusi i mami  oparami o różnych formach, do jednych się umilając, innymi gardząc. To czas, kiedy ma się poczucie życia w latach przesilenia, kiedy wahadło historii może przechylić się nagle bardzo mocno w jedną stronę, a tym, którzy zostaną wraz z nim pociągnięci, może w efekcie w ramach przyszłego buntu pozostać ledwie wyskrobywanie na ścianach napisów po łacinie. Świat, który wydaje się (i to dla wielu stron dzielących różne światopoglądy) – zmierzać ku nieuchronnej katastrofie, przykrywanej pozorami przeróżnych -izmów. Mówiąc prościej, mówiąc słowami narratorki książki przytaczającej histerycznie natchnione opowieści ciotek systemu: „A my siedząc przed nią w rzędach, słuchamy tych jej morałów. To ona nas określa, musimy znosić jej przymiotniki”.

Bo w zasadzie – czy to jedynie właściwość światów opresyjnych, światów uprzykrzających nam życie? Gdzie jest granica między poczuciem samostanowienia, a jednoznacznym określaniem nas, wraz z próbą odbierania nam tegoż samostanowienia przez innych? W powieści Atwood dokonuje się jedyna w swoim rodzaju synteza, łącząca indywidualny (a wręcz intymny) obraz człowieka na tle historycznych zmian. Nie jakiegoś bojownika walczącego o wolność, tylko penetrowanej co miesiąc kobiety, która nie może z nikim podzielić się swoją udręką. Dręczeni są tu tak naprawdę wszyscy – i ci którzy stoją u szczytu władzy i ci, którzy musieli jej ulec, każde z nich zadając sobie pytanie: w jaki sposób ludzie ludziom zgotowali taki los? No, może jednak nie wszyscy dręczeni – bo przecież zostają jeszcze sukinsyny, którym nie wolno dać sie zgnębić.

Świat kręci się dalej, a my, na całe szczęście, znajdujemy czas na czytanie bądź oglądanie „Opowieści podręcznej” – wolno nam. Aż dziw bierze, że to właśnie Amerykanom tak perfekcyjnie udało się odtworzyć obraz i przemożną atmosferę strachu charakteryzującą totalitarne systemy. Rzecz w tym, że nie chodzi tu jedynie o totalitaryzm, ani o piekielną pieśń przeszłości. Chodzi o ludzką ignorancję bądź  zapiekłość ( w jakich sprawach, w jakich kwestiach, to już niech sobie każdy indywidualnie dopowie), które często stoi za przyzwoleniem na to, by inni wzięli nasz los w swoje ręce.

 Ignorancję – bo przecież zazwyczaj sobie mówimy, że wszystko jakoś się ułoży, dopóki pewnego dnia nie obudzimy się z ręką w nocniku. Ale tak działają młyny historii, mielą bez litości i obce są im pojęcia wolności, intymności i samostanowienia. Jak im uciec? Tak naprawdę nie ma jak. To co nam pozostaje – usiąść z założonymi rękoma i puścić „Road to Nowhere” Talking Heads? Gdy już nadejdzie mrok, wdać się w grę z komendantem i pozwolić, by pieprzył Cię co miesiąc? Czy może jednak rozejrzeć się wokół i spróbować nadać, rozprzestrzenić ogólnie znany, międzynarodowy sygnał – „Mayday, mayday!” (nazwa ruchu oporu w powieści).

Z francuskiego oznacza on wołanie o pomoc. Samemu można się buntować, ale samemu się nie wygra. Wołanie o pomoc jest także rodzajem zaproszenia do rozmowy, do współpracy. Gdy jeszcze nie trzeba wołać o pomoc, gdy okoliczności tego nie wymagają, to zawsze najlepsze, co możemy zrobić, kiedy tylko czujemy, że coś jest nie tak z naszym światem. I chyba tylko dlatego jeszcze nam się ów świat nie skończył – jakież mamy szczęście, że na naszym poletku wciąż nie musimy (jeszcze) brać udziału w odrażających, nieludzkich ceremoniach.

Kategorie
większe kawałki

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Dodaj komentarz