większe kawałki

Obcy – inwazja na skraju jutra

Najeźdźcy spoza Ziemi. Obcy, kosmici, Marsjanie – od dekad w mroku kinowej sali przybierają kształt naszych lęków. Podobnie jest w przypadku „Na skraju jutra” – najnowszej produkcji fantastycznej o najeźdźcach z gwiazd.  

W trudnych sytuacjach jesteśmy zdolni do zbrodni. Bo jak inaczej nazwać wysłanie na linię frontu faceta, który nigdy w ręce nie trzymał karabinu? A tak postępuje właśnie pewien generał ze sfrustrowanym specem od promocji. W postać owego speca wciela się Tom Cruise, a od takiej sceny zaczyna się najnowszy film Douga Limana („Tożsamość Bourne’a”) „Na skraju jutra”. William Cage jest co prawda majorem w amerykańskiej armii, ale należy do tych wojskowych co to nie strzelają a myślą. Kiedy wybuchła wielka wojna z obcymi William Cage został specjalistą od promocji w armii i jego hasła ją reklamujące  powodowały, że do służby zaciągali się młodzi, spragnieni wrażeń ludzie. Ponieważ zbliża się kluczowa bitwa z kosmitami armia potrzebuje dać żołnierzom przykład. Pokazać na froncie prawdziwego oficera… I wybór pada na naszego bohatera.

Chociaż „Na skraju jutra” to adaptacja japońskiej powieści młodzieżowej (w oryginale bohaterem był młody kadet a nie stary wyga) to film tak naprawdę przypomina wybuchowe połączenie klasycznej fantastyki militarnej spod znaku „Żołnierzy kosmosu” z motywem pętli czasowej znanej choćby z „Dnia świstaka”. Cage trafia na front, ginie, ale w chwili wybuchu jego DNA miesza się z DNA wielkiego kosmity, który posiadał pewien specyficzny talent. Potrafił zapętlać czas. Teraz major będzie przeżywał w kółko ten sam dzień, próbując odkryć sposób na pozbycie się obcych. Pomocna okaże się niebywale seksowna i waleczna żołnierka Rita Vrataski.

Zabawne –  film ten reklamowany jest jako nowoczesna i przełomowa opowieść o walce człowieka z obcymi, a tak naprawdę jedyne co jest w nim nowoczesne to efekty specjalne. Reszta to ukłon w pas w stronę klasycznej opowieść o inwazji jakie rządziły masową wyobraźnią choćby w latach 50. ubiegłego wieku. A zatem mamy tu i gloryfikację wojny, i jednostkę, która jest w stanie uratować ludzkość, niebywale subtelnie poprowadzony wątek zauroczenia bohaterów (wszak miłość w czasie wojny nie przystoi) i kosmitów, którzy przybyli na Ziemię aby siać zniszczenie. Tak było w „Ziemi kontra latające spodki”, „Wojnie światów” i całej masie innych produkcji, które czasami możecie zobaczyć nocą na TCM.

Podobnie jak w tamtych filmach także tym co ratuje nas przed zagładą to (mimo zapatrzenia w armię i jej wielkość) przede wszystkim zdolności do empatii. Gdyby nie rodzące się miedzy Cagem a Vrataski uczucie nasz bohater nie zdobyłby się na ostateczne poświęcenie, a jego koledzy nie pomogliby mu w tajnej misji. Przyjaźń, miłość, dobro – oto co odróżnia nas od złych i aroganckich kosmitów.

Stawiając taką tezę „Na skraju jutra” idealnie wpisuje się w bogatą fantastyczną tradycję czynienia z inwazji obcych metafory czasów w których przyszło nam żyć. Niszczący wszystko na swojej drodze kosmici to przecież nic innego jak galopująca głupota i bezmyślność międzynarodowych korporacji i rozgrywki polityczne między USA, Rosją a Chinami. Walczyć z takim wrogiem można nie tyle co siłą, a emocjami (oczywiście wspartymi C4 i karabinami).

Najlepiej metaforę obcy kontra ludzie widać na przykładzie serii remakeów „Inwazji porywaczy ciał”.  W ostatniej z 2007 roku mieliśmy elementy krytyki administracji Busha. Zagrożeniem dla świata był tam  bowiem rząd wspierany przez globalne korporacje – pozaziemskie siły tylko przyspieszyły eskalację tlących się już wcześniej konfliktów.

W pierwszej  zrealizowanej przez Dona Siegela (późniejszego twórcę „Brudnego Harry’ego”) w 1956 roku, wyrażała strach amerykańskiego społeczeństwa przed komunistami. Druga, Philipa Kaufmana (1978), powstała po aferze Watergate i jawnie odnosiła się do przekrętów administracji Nixona oraz wojny w Wietnamie. W końcu trzecia  – Abla Ferrary (1993) – działa się w amerykańskiej bazie wojskowej i była przestrogą przed pokładaniem zbyt wielkiej wiary w moc amerykańskiej armii, opromienionej wówczas sukcesem operacji „Pustynna burza”.

Obcy, którzy zabijają…

Przybysze z kosmosu stali się w światowym (zwłaszcza amerykańskim) kinie symbolem tego, co nas przeraża. Nikt nie wie, jak wyglądają, nikt nie wie, czy istnieją, co lubią, jak się zachowują. A to, co niezbadane, daje wyobraźni największe pole do popisu. Dzięki temu kosmici nadają się idealnie na metaforę zbiorowych lęków.

Inwazja obcych w kulturze masowej zaczęła się jeszcze w XIX wieku za sprawą Brytyjczyka Herberta George’a Wellsa i jego prekursorskiej powieści „Wojna światów” (1898). Historię najazdu Marsjan na Londyn napisał pod wpływem obserwacji brytyjskiej polityki kolonialnej. Zapewne nigdy nie przypuszczał, że z niechęci do własnego rządu stworzył sugestywny i uniwersalny plan obcej inwazji na Ziemię. Do tego stopnia przekonujący, że kiedy aktor i reżyser Orson Welles wraz ze scenarzystą Howardem Kochem zrealizowali w 1938 roku na podstawie powieści słuchowisko radiowe, Wschodnie Wybrzeże przeżyło zbiorowy wybuch paniki. Radiowa inwazja rozpoczęła się w miasteczku Grovers Mill w New Jersey, niedaleko Nowego Jorku. Poważny ton głosu prowadzącego audycję sprawił, że mieszkańcy okolic Wielkiego Jabłka uwierzyli w najazd Marsjan. Przysłużyły się temu złe warunki atmosferyczne, ludzie próbujący dodzwonić się do krewnych z okolic New Jersey nie mogli uzyskać połączenia, burza zerwała bowiem linie telefoniczne. Farmerzy z okolicznych wsi przesiadywali na gankach ze strzelbami w oczekiwaniu na kosmitów. Tuż po zakończeniu audycji policja skonfiskowała jej scenariusz, uznając go za zagrażający porządkowi społecznemu. Dodajmy, że dziś jeden z nielicznych ocalałych oryginalnych skryptów posiada sam Steven Spielberg, zakochany zarówno w powieści, jak i w słuchowisku Wellesa. W 2005 roku zrealizował własną wersję „Wojny światów”.

Zaznaczyć trzeba wyraźnie, że na gorący odbiór słuchowiska ogromny wpływ miały również panujące nastroje społeczne. O zbliżającej się II wojnie światowej mówiło się coraz głośniej i ludzie z coraz większym lękiem zerkali ku niebu, czy nie pojawiają się na nim wrogie samoloty. Jednocześnie słuchowisko Wellesa pokazało specom od rozrywki komercyjny potencjał, jaki ma straszenie kosmitami. Kino zaczęło więc błyskawicznie reagować na kolejne rzeczywiste lub urojone zagrożenia.

Kiedy zaczęła się zimna wojna, spece z Hollywood sięgnęli do najprostszego skojarzenia: nic lepiej nie symbolizuje komunistów niż Mars – Czerwona Planeta. To wtedy właśnie powstała pierwsza wersja „Inwazji”, ale też i uznawany za arcydzieło kina fantastycznego tamtych lat „Przybysz z innego świata” (1951) Christiana Nyby’ego i Howarda Hawksa. Oto w położonej za kołem polarnym amerykańskiej stacji naukowo-badawczej odkryto statek obcych. Ocalałego, zamrożonego kosmitę naukowcy przewożą do laboratorium, gdzie stwór ożywa i zaczyna mordować. Na szczęście bohaterscy Amerykanie z oddaniem ratują świat przed ufoludem. Abstrahując od politycznego kontekstu, w jakim „Przybysz” był osadzony, jest to też film ważny z tego powodu, że po raz pierwszy pokazano w nim obcych przybywających nie z kosmicznej otchłani, ale osiadłych już tu na Ziemi – są między nami już od dawna, tylko dobrze się ukrywają. Tak jak tropieni przez McCarthy’ego komuniści. Co ciekawe, klasyk kina grozy, John Carpenter, który 30 lat później zrealizował remake obrazu Hawksa, miał odmienną opinię na temat przyczyn zła.

W filmie „Oni żyją” (1988) kosmici wyglądają jak ludzie i żyją między nimi, a władzę nad światem zdobywają dzięki telewizji. Przy okazji Carpenter (również w „Coś” z 1982) pokazywał nie tylko zagrożenia wynikające ze zbyt wielkiej władzy mediów, ale także z wyścigu szczurów. Jego filmy o kosmitach były jednocześnie zjadliwą satyrą na yuppies, tak zajętych dorabianiem się, że niezauważających niebezpieczeństwa.

Kosmici z duszą…

Oczywiście kosmici są w kinie nie tylko projekcją naszych lęków i ucieleśnieniem zła. Jednak do połowy lat 70. rzadko pokazywano ich z dobrej strony. Najbardziej spektakularnym i ważnym przykładem opowieści o obcych, którzy nie mają ochoty Ziemi podbijać a czegoś nas nauczyć był „Dzień w którym zatrzymała się Ziemia” (1951) Roberta Wise’a. To tu pojawił się kosmita Klaatu (po latach jego imię odegra kluczową rolę w „Armii ciemności” Sama Ramiego), ale był to jeden z nielicznych pozytywnych przykładów filmów o inwazji (bardziej kontakcie) obcych pochodzących z czasów sprzed rewolucji obyczajowej. Aby podejście filmowców do kosmitów zmieniło się na dobre, do głosu musiało dojść pokolenie reżyserów związanych z kontrkulturą, czyli takich, dla których obcość nie była tożsama z wrogością.

Czołowym przykładem dobrego obcego jest oczywiście „Człowiek, który spadł na Ziemię” (1976) Nicholasa Roega, gdzie w postać kosmity wcielił się, ucharakteryzowany na obupłciową istotę, piosenkarz David Bowie. Łagodnego kosmitę, podobnie jak pokolenie dzieci kwiatów, do zguby doprowadzają łatwy seks, alkohol i narkotyki. Przybysz z kosmosu w ujęciu Roega nie pragnie zniszczyć ludzkości, ale z jej pomocą uratować własną rasę. Niestety, to człowiek okazuje się zdradziecki i zły. Pokojowo nastawieni byli również kosmici z „Bliskich spotkań trzeciego stopnia” (1977) Stevena Spielberga. To ludzie nie potrafili sobie poradzić z wyzwaniem, jakim było dla nich pojawienie się kosmitów. Kino przełomu lat 70. i 80. dowodziło bowiem, że to nie w obcych tkwi zagrożenie. Problemem jest nasz brak zrozumienia inności. Ludzie bez powodu ścigają sympatycznego, spielbergowskiego „E.T.” (1982) czy kosmitę o aparycji Jeffa Bridgesa, bohatera „Przybysza z gwiazd” (1984). Ostatnio zaś dobrotliwego i zagubionego na Ziemi obcego pokazywał J.J. Abrams w „Super 8”, które było hołdem reżysera dla kina przygodowego i fantastycznego przełomu lat 70. i 80.

„Na skraju jutra”, podobnie jak „Bitwa o Los Angeles” (2011), „Skyline” (2010), „Wojna światów” (2005) Spielberga czy „Znaki” (2002) M. Nighta Shyamalana, to powrót do wizji obcych jako agresywnych najeźdźców. Podłych, złych i podstępnych, którzy nie liczą się z ludzkością i mają nas z nic… Ale czy w czasach wojen i zagrożenia zamachami terrorystycznymi to jeszcze kogoś dziwi? Wszak nie można przecież w kółko pokazywać złych Arabów. W stosunku do kosmitów zasady poprawności politycznej na razie nie obowiązują, Hollywood może więc robić z nich takie potwory, na jakie tylko pozwoli wyobraźnia scenarzystów.

Kategorie
większe kawałki
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz