większe kawałki

Ninja: zamaskowany zabójca (I)

 

Niebawem kina zaatakują żółwie ninja, a na DVD właśnie w Polsce ukazał się „Ninja 2”. Z tej okazji postanowiliśmy pochylić się nad popkulturowym fenomenem zamaskowanego skrytobójcy. Tu część pierwsza obszernego tekstu, czyli ninja – początki.

 

 

Ninja. Zamaskowany skrytobójca w czerni, który dopada swe ofiary z zastraszającą łatwością, a przy okazji jest wojownikiem tak biegłym, że armia przeciwników w starciu z nim nie ma szans. Ten wizerunek japońskich niewidocznych zabójców rezyduje w masowej wyobraźni już bardzo długo. Jednocześnie ninja są, jak na herosów z historyczną genezą, w nieczęsto spotykanym stopniu wytworem… tylko i wyłącznie popkultury. Ilość bezspornie wiarygodnych przekazów historycznych o nich jest tak znikoma, że niektórzy wątpią, czy w ogóle istnieli. W najlepszym wypadku ninja (czy raczej shinobi, właściwie shinobi-no-mono, w luźnym tłumaczeniu „cicha osoba” – ninja pochodzi z chińskiej wymowy tworzących słowo znaków) byli szpiegami-zwiadowcami, działającymi w przebraniach za liniami wroga, a nie tajemniczymi najemnymi zabójcami. Co po pierwsze oznacza, że większość krążących tu i ówdzie ciekawostek o „prawdziwych ninja” trzeba przyjmować ze zdrową dawką sceptycyzmu, a po drugie, że reszta to czysta fantazja. Obecne oblicze ninja zawdzięcza wiele folklorowi, literaturze, teatrowi, komiksowi… ale gdyby nie miłość filmowców do skaczących po dachach zakapturzonych killerów, nigdy byśmy ich nie poznali.

 

 

            Jak większość motywów, które kojarzą się nam z tradycyjną kulturą japońską, mit ninja rozwinął się w epoce Edo (1603-1868), w której dzięki skutecznemu zamordyzmowi szogunów z rodu Tokugawa Japonia cieszyła się długotrwałym pokojem w izolacji od świata zewnętrznego. A skoro lud prosty nie obawiał się dewastacji spowodowanej kolejną wojną klanów, a samurajowie potrzebowali innych rozrywek niż tylko udział w administrowaniu krajem, stabilizacja przyniosła bujny rozwój kultury. Rozkwit literatury sprzyjał spisywaniu (i ubarwianiu) dziejów minionych, jak również mitów i legend, których Japonia, z racji bogactwa folkloru regionalnego, ma pod dostatkiem – z opowieściami o shinobi włącznie. Fantazja autorów ubierała zaś ninja w nowe szatki. Także dosłownie – choćby czarny strój wojowników nocy wziął się prawdopodobnie z teatru kabuki i . W tych konwencjach po scenie poruszali się także pomocnicy sceniczni, których ubierano na czarno, by publiczność wiedziała, że ma ignorować ich obecność. Niemniej jakiś twórca o zamiłowaniu do szokowania widowni wymyślił, że jeżeli taki pomocnik zabije znienacka aktora, okazując się czyhającym w tle zabójcą, to będzie dziejowy zwrot akcji – a manewr zaczęto kopiować. Wyobraźnia artystów doprowadziła jednak do przedobrzenia. Pod koniec epoki Edo, a więc i po modernizacji Japonii, ninja postrzegano bardziej jako baśniowych, władających magią awanturników niż złowieszczych skrytobójców. Właśnie otwarcie się kraju na świat w 1868 przyniosło w szale importowania zachodnich wynalazków jeden szczególny – kinematograf. Ninja pojawili się w kinie japońskim wcześnie, bo w 1916 roku, a we wczesnych filmach z dodatkiem ninjutsu w tytule brylowali tacy bohaterowie jak dysponujący mocą… transformacji w ropuchę Jiraiya, którego zobaczymy w jednym z nielicznych zachowanych niemych filmów o ninja, Gōketsu Jiraiya z 1921. Da się go z łatwością obejrzeć w Internecie, choćby po to, by przekonać się, że już wtedy Japończycy mieli dryg do efektów specjalnych w stylu gumowych potworów.

 

            Prawdziwe uznanie ninja zyskali dopiero po II Wojnie Światowej, gdy fala dramatów historycznych (jidaigeki), od zarania japońskiego kina uwielbianych przez publikę, znowu przybrała na sile. Zamaskowani zabójcy wrócili do łask dzięki jednemu obrazowi – Shinobi no Mono („Ninja: Banda Zabójców”) z 1962 roku w reżyserii Satsuo Yamamoto. Realizatorzy filmu postanowili stworzyć realistyczny obraz życia ninja, zatrudniając konsultantów specjalizujących się w technikach rzekomo przez nich stosowanych, w tym jednego z najbardziej znanych (mniej lub najpewniej bardziej samozwańczych) XX-wiecznych „dziedziców” sztuki ninjutsu, Yoshiaki Hatsumiego. Czerpali też mocno z historii i tradycji – osią intrygi była rywalizacja dwóch klanów o zaszczyt zamordowania zjednoczyciela Japonii, Ody Nobunagi, a głównym bohaterem legendarny bandyta Ishikawa Goemon. Chociaż fabuła skupiała się na splątanych losach bohaterów, w filmie ukazano wiele skrytobójczych taktyk, które weszły do kanonu, jak skradanie się po dachach z pomocą haków z linami, odwracanie uwagi zmyślnymi sztuczkami, używanie bomb, specyficzne uzbrojenie z gwiazdokształtnymi shurikenami na czele. Szczególne wrażenie wywierała scena próby otrucia Nobunagi trucizną spływającą z wysokości wprost do jego ust po cienkim sznurku. Shinobi no Mono okazał się hitem – wcielający się w Goemona Raizō Ichikawa zyskał sławę jako pierwszy prawdziwy kinowy ninja, a łącznie nakręcono aż siedem kontynuacji, wymieniając tylko co kilka postać, którą odgrywał aktor (łącznie trzy role). Co interesujące, autor książek będących pierwowzorem cyklu, Tomoyoshi Murayama, był radykalnym komunistą, podobne poglądy cechowały Satsuo Yamamoto – co sprawiło, że realia feudalnej Japonii ukazano jako wyjątkowo mroczne i cyniczne. Nie stworzyło to normy, ale ujęcie ninja jako bohatera z niższej klasy społecznej wracało czasami w kinie japońskim.

 

           

            Moda, która zmieniła bajkowego czarownika w ikonę kulturową niemal równą samurajowi, szalała w Japonii całe lata 60-te. A gdy entuzjazm opadł, ninja przetrwali jako standardowy element historycznych filmów i telewizyjnych tasiemców, jak i nastawionego na widowiskowe starcia samurajów podgatunku chanbara (kino kimona i katany?). Na fali powstało oczywiście wiele produkcji eksploatujących motyw – najlepsze pod reżyserską kuratelą indywidualistów jidaigeki. Na pewno trzeba wspomnieć o „Samuraju-Szpiegu” (Ibun Sarutobi Sasuke) Masahiro Shinody z 1965 roku. Jest to film oryginalny nie tylko z powodu, że jest bardzo luźną adaptacją głośnej powieści „Milczenie” Shūsaku Endō, opowiadającej o prześladowaniu chrześcijan w epoce Edo, ale przede wszystkim dlatego, że ukazuje neutralnego bohatera (Sasuke Sarutobi, fikcyjny ninja z dawnych powieści) wplątanego w rozgrywki, które go nie dotyczą. Nieco filozoficznemu i politycznemu (sam reżyser uznawał ten obraz za alegorię pozycji Japonii w Zimnej Wojnie) ukazaniu wojny „wywiadów” samurajskich klanów odpowiadała stylistyka, między innymi dzięki nietypowej pracy kamery czy doborze lokalizacji istotnych scen (finał rozgrywał się na zamglonej do granic widoczności łące). „Samuraj-Szpieg” uległ zapomnieniu, od dekad niedostępny widzom w kraju i zagranicą, ale zmienił to Quentin Tarantino, pomagając zorganizować telewizyjny pokaz w trakcie promocji drugiej części „Kill Bill”. Inną ważną postacią w historii ninja-kina był niepokorny Eiichi Kudo (najbardziej znany z „Trzynastu Zabójców”, którego remake nakręcił parę lat temu Takashi Miike). Jego „Zamek Sów” (Fukurō no Shiro) z 1963, jeden z pierwszych dużych kolorowych obrazów o ninja, to opowieść o zemście jednego z wojowników nocy, Juzo, stawiającej go naprzeciw dawnego druha, który złamał najemniczy kodeks i oddał się w służbę samurajom. Przy okazji Juzo zakochuje się w kobiecie, która w rzeczywistości jest ukrywającą się kunoichi (ninja płci żeńskiej). Klasyczne, acz niesztampowe zakończenie rozegrane w ulewnym deszczu jest tylko jednym z elementów sprawiających, że warto obejrzeć ten film. Co ciekawe, nową wersję „Zamku Sów”, w Japonii obecnie bardziej rozpoznawalną niż oryginał, nakręcił w 1999 roku… Masahiro Shinoda. Dużo później Kudo zasłużył się dla ninja jeszcze jednym dokonaniem… chociaż dosyć słabym. „Hanzō Hattori: Wojownicy Cienia” (Hanzō Hattori: Kage no Gundan), wykorzystujący postać kolejnego legendarnego shinobi, jest uznawany za wybitnie dziwną produkcję (dość powiedzieć, że reżyser użył anachronicznych wstawek znanych z jego innych dzieł, przez co ninja maskują się w filmie jako… rozgrywające mecz drużyny futbolu amerykańskiego), ale na jej podstawie stworzono serial „Wojownicy Cienia”, który w latach 80-tych uświadamiał nowe generacje Japończyków jak czadowymi postaciami są shinobi. Spora w tym zasługa Sonny’ego Chiby, kultowego aktora kina mafijnego i „kopanego”, który wcielał się w Hanzō oraz jego pociotków (wzorem cyklu Shinobi no Mono, w każdym sezonie odgrywał inną postać), a także uczestniczył w opracowywaniu choreografii świetnych scen akcji. My odkryliśmy Hanzō dzięki Tarantino, oddającemu hołd serialowi w „Kill Bill”, ale w Japonii Sonny to kandydat do tytułu ekranowego ninja wszechczasów.

 

            To, że przeważał poważny i historyczny klimat, nie znaczy, że ninja jako ponadnaturalny bohater zniknął z kinowych ekranów. Przeniósł się tylko do obrazów dla dzieci i młodszej młodzieży. Jeszcze w latach 60-tych, w 1966, do kin wszedł „Watari, chłopiec-ninja” (Daininjutsu eiga Watari) w reżyserii Sadao Nakajimy. Choć ta wypełniona oszałamiającymi efektami specjalnymi (także z użyciem animacji nałożonej na aktorskie fragmenty) produkcja opowiadała o dzielnym dzieciaku gromiącym przeciwników imponującym toporem, znalazła się w niej skomplikowana jak na obraz dla najmłodszych intryga (z marksistowskim przesłaniem, reżyser był ideowym lewicowcem) i… sikająca z ciał zabijanych ninja krew. Dodatkowo dziś całość prezentuje się tak psychodelicznie, że nadaje się na seans dla użytkowników ciężkich dopalaczy. Scenarzysta „Watariego”, Masaru Igami, pisał później przygody pierwszej inkarnacji ubóstwianego „Zamaskowanego Jeźdźca” (Kamen Rider) – co stanowi pomost między czarodziejskimi ninja a ciągnącymi się dekadami seriami tokusatsu o superbohaterach unieszkodliwiających różnej maści gumowe monstra. Nie jedyny. W serialu Kamen no ninja Aka-Kage znalazł zatrudnienie mały Watari, Yoshinobu Kaneko, grając młodocianego partnera tytułowego ninja Aka-Kage (Czerwony Cień). Fragmenty tego tasiemca ktoś pomysłowy zmontował w drugi film o Watarim na potrzeby licznych fanów z Tajwanu. Powyższe przykłady to adaptacje komiksów, bo także artyści mangowi dziarsko zabrali się za temat, co zaowocowało licznymi występami ninja w anime. Godnych uwagi rysunkowych shinobi znalazłyby się zastępy (w kontekście lat 60-tych trzeba wspomnieć o wyreżyserowanej przez autora obrazoburczego „Imperium Zmysłów” Nagisę Oshimę ekranizacji komiksu Ninja Bugeicho z 1967, eksperymentalnie nakręconej w formie statycznych obrazków z podłożoną narracją i muzyką), choć artystycznym szczytem pozostaje wciąż uwielbiany także w Polsce „Ninja Scroll” Yoshiaki Kawajiriego z 1993 roku. Inną „branżą” kina japońskiego, w której po pierwszym boomie zadomowili się ninja, jest… pornografia, w której seksowne kunoichi eksploatuje się z zastraszającą częstotliwością. Ale może nie wchodźmy aż tak głęboko w temat… (CDN)

Kategorie
większe kawałki

Dodaj komentarz