większe kawałki

Najgorsze filmy fantastyczne 2000-2013

Ponieważ do kin trafił “W ciemności. Star Trek” niebawem czeka nas istna inwazja filmów SF, postanowiliśmy przygotować podsumowanie najgorszych filmów fantastycznych, jakimi uraczyli nas w ostatnich latach producenci filmowi. Wybór oczywiście autorski i subiektywny, ale zawsze możecie dopisać swoje do listy. Albo z nami polemizować. Kilka filmów wpadło nam do głów w chwili gdy zawieszaliśmy ten tekst („Skyline”, „Nostalgia anioła”, „Battleship”, „Bitwa o Los Angeles”), ale już ich nie dopisujemy. Ważne, że pamiętamy.

 

Prometeusz, reż. Ridley Scott. USA 2012

Trzy lata scenarzyści pisali scenariusz do filmu, który miał nie tylko odświeżyć sagę Obcy, ale być arcydziełem kina SF. I tak pisali, pisali, że w końcu napisali – coś, co jest skrzyżowaniem tez Ericha von Däniekna z czwartą częścią przygód Indiany Jonesa i tanim filmem fantastycznym o misji wyruszającej w nieznane. Tanim, bo mimo wielkiego budżetu ten film jest zwyczajną kolbą z próżnią. Scott udowadnia wybitnie, iż zapomniał, jak kręci się fantastykę, która przeraża. Opowieść o grupie naukowców, którzy szukając kolebki ludzkości, trafiają na planetę pełną złych obcych, rządzi się natrętnymi schematami i kompletnym brakiem postaci, z którymi widz mógłby się identyfikować. Ani android myślący, że jest Peterem O’Toolem, ani pani naukowiec z misją nie posiadają charyzmy Ripley, czyli bohaterki oryginalnego cyklu. Brak bohatera można nawet wybaczyć, reszty jednak już się nie da. Prometeusz tylko udaje, że jest filmem przełomowym, mówiącym coś nowego w fantastyce. To produkcja zrodzona z czystej kalkulacji Scotta i scenarzystów, którzy wiedzieli, że publiczność tak kocha cykl o Obcych, że jego nową odsłonę zobaczy na pewno. Zobaczyła. Ale czy pójdzie na drugą zapowiadaną przez Scotta część Prometeusza, wątpię. Trzeba być naprawdę dużym frajerem, żeby dać się dwa razy nabić w butelkę.

 

Melancholia Reż. Lars von Trier. Dania, Francja, Niemcy, Szwecja, Włochy 2011

Nie wiem dlaczego, ale nie ufam, nie wierzę i nie jestem w stanie polubić filmów Larsa von Triera. Choć może wiem – oglądając je, zawsze czuję się oszukany. Nigdy zbulwersowany, nigdy zszokowany, lecz zwyczajnie zniesmaczony i oszukany. Choć przecież tak nie powinno być. Od Przełamując fale von Trier uprawia ten sam rodzaj kina, polegający na oszukiwaniu widzów, bawieniu się z ich emocjami i uczuciami. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie drobny szczegół – nie ma w tej zabawie spontaniczności, jest za to chłodna kalkulacja. Tak też zdarzyło się w przypadku Melancholii pseudofantastycznego filmu o zagładzie Ziemi. Pseudo, bo fantastyka apokaliptyczna jest dla reżysera tylko pretekstem do zabawy w psychoterapię dla ubogich. Bohaterkami są tu dwie siostry, jedna samobójczyni, druga pełna życia, obie niebawem zginą – podobnie jak cała ludzkość – ale zanim do tego dojdzie, reżyser zafunduje nam wiwisekcję ich relacji. Nudną i bardzo naciąganą. Bo wbrew temu, co sam von Trier sądzi o sobie, tak naprawdę nie ma on nic do powiedzenia ani o stosunkach międzyludzkich, ani o cierpieniu. Ogranicza się jedynie do banałów, jakich pełno w psychologicznych podręcznikach w stylu Jak żyć. Jedno jest pewne: nie warto żyć jak von Trier – chyba że się lubi rasistowskie skandale. Po premierze filmu na festiwalu w Cannes duński reżyser ogłosił wszystkim, iż rozumie Hitlera i że kiedyś był nazistą. Nie pomogły przeprosiny – za te wypowiedzi wyrzucono go z Cannes. Biedaczek znów został przez wszystkich niezrozumiany.

 

Transformers: Zemsta upadłych. Reż. Michael Bay, USA 2009

Kiedyś w ramach złośliwości pewna firma dystrybucyjna publicznie oskarżała mnie o to, że nie umiem bawić się na filmach gatunkowych, przywołując to, co napisałem o filmie „Transformers. Zemsta upadłych”. Na swoją obronę mogę stwierdzić jedynie, iż to absolutna nieprawda. Ponieważ sen jest jedną z moich ulubionych form rozrywki i rzeczą, która absolutnie mnie relaksuje przyznaję się – trzy raz przespałem ten film. Raz w kinie (był to mój drugi raz w życiu, pierwszy raz zasnąłem na nomen omen „Niedokończonym życiu”), dwa razy w domu. Ta mieszanina pozbawionych sensu wybuchów, trzasków i krzyku zamiast mnie pobudzać zwyczajnie uśpiła. Rewelacyjny wręcz przykład na to, że kino rozrywkowe to nie tylko nudne wybuchy. Na boga jakby kręcenie filmów rozrywkowych było tak proste nazywałbyby się po prostu: pornograficzne.

 

Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia, reż. Scott Derrickson, USA 2008

Powód, dla którego powstał ten film jest bliżej nieznany, niestety. Klasyczny a przy tym świetny film SF Roberta Wise’a w zasadzie nie wymagał retuszu (dobra efekty owszem tak). Ale stało się. Niestety to, co otrzymaliśmy to dziewięćdziesięciominutowy filmowy pustostan. Znaczy to tyle, że: nic tu się nie dzieje, wizyta (obcego, który generalnie nie jest obcym) Klaatu jest absurdalna, a cały film dryfuje na mieliznach scenariusza wprost do piekła bram.

Zdarzenie, reż. M. Night Shyamalan, USA 2008

Ostateczny dowód na to, iż twórca „Szóstego zmysłu” nie jest wstanie nakręcić dobrego filmu. Pomysł był niezły. A co jeśli pewnego dnia ludzie nagle zaczną jak lemingi popełniać grupowe samobójstwa? No cóż po nakręceniu tego czegoś samobójstwo powinien popełnić Shyamalan. Niestety nie wybrał tej opcji, za to nakręcił „Ostatniego pana wiatru” (równie zły, ale wymienianie go tu przypominałoby kopanie leżącego). Dlaczego „Zdarzenie” jest tak niedobre? Otóż – aktorzy miotają się po planie wygłaszając durne przemowy, ich motywacje psychologiczne są tak nieprzekonywujące jak to tylko możliwe (rekord reżyser pobił w motywie zdrady małżeńskiej). Dorzućmy do tego chaos, nudę, banał a wyjdzie nam „Zdarzenie” w stanie czystym. Film bez fabuły i ze zmarnowanym pomysłem. Bo trzeba przyznać, że punkt wyjściowy, czyli coś zmusza ludzi do odbierania sobie życia, był intrygujący. Na DVD ukazał się on opatrzony wielką naklejka z napisem – sceny których nie pokazano w kinie. Zachęcające prawda? Otóż te sceny są tyle warte ile moje zalane olejem jeansy.

 

Babilon AD, Mathieu Kassovitz, Francja/USA 2008

Po obejrzeniu „Babilonu AD” postanowiłem dać ogłoszenie w prasie: „przez miesiąc będę świadczył usługi seksualne kobiecie, która wytłumaczy mi o co w tym czymś chodziło”. Starłem się obejrzeć ten film drugi raz, ale nie dałem rady. Pewien najemnik wiezie pewną dziewczynkę. Wiezie ją, wiezie i wiezie, dowozi, ona rodzi mesjasza. Koniec. A do tego jeszcze dochodzi masa religijnego bełkotu, trochę efektów i Vin Diesel. Dla bardzo zdesperowanych. Choć może się mylę, może to głębokie kino moralnego niepokoju, tylko ja zbyt głupi, żeby zrozumieć. W każdym razie na Berlinale też nie doceniono tego kunsztownego dzieła.

 

Obcy kontra Predator 2 Reż. Colin Strause i Greg Strause USA 2007

Pierwsza część była okropna, ale w drugiej udało się nie tyle sięgnąć dna, co wbić głęboko w muł. Dosłownie. W sumie po takim filmie wiadomo, czego się spodziewać – trochę potworów, trochę strzelanin i kilka prostych postaci snujących się gdzieś między wybuchami. Wszystkie elementy są na swoim miejscu, ale przykrył je rzeczony muł. Autentycznie. „Obcy kontra Predator 2” to jeden z nielicznych Hollywoodzkich filmów, w którym nic nie widać. Akcja toczy się w nocy, bohaterowie uciekają, potwory biegają a całość spowiła ciemność. Szczytowy popis poprawności politycznej, (czyli film który nie krzywdzi niewidomych a widzowie solidaryzują się z nimi w ciemności) albo jedna z największych fuszerek w historii kina. Obstawiam tę drugą opcję.

 

Jestem legendą, reż. Francis Lawrence, USA 2007

Najgorsza filmowa adaptacja genialnej powieści Richarda Mathesona. Oryginał opowiadał o życiu ostatniego człowieka na Ziemi (reszta zamieniła się w stwory będące skrzyżowaniem wampirów z zombie). Była w tym głębia, nerw i niezwykła atmosfera osamotnienia. Mógł z tego powstać film genialny, mroczny i transowy. Niestety trzy adaptacje nie zbliżyły się do siły oryginału. O ile jednak stare filmy oparte na tekście Mathesona da się oglądać (najlepiej paradoksalnie broni się pierwsza i najstarsza TU) tak dzieła Lawrence’a już nie. Reżyser zniszczył w nim wszystko to, co stanowiło siłę oryginału. Dopisał koszmarną puentę, z bohatera (samotnika, który nie radzi sobie z samotnością) uczynił herosa, a potwory nagle stały się bardziej ludzkie. Koronny dowód na to, że czytanie ze zrozumieniem to dziś rzadkość.

 

Gwiezdne wojny: Atak Klonów Reż. George Lucas. USA 2002

Blisko dwie i pół godziny chaosu przeplatanego absolutnie nieprawdopodobnymi scenami romansowymi. To, co młody Anakin wygaduje do księżniczki Amidali, to nie tylko bełkot, ale stek banałów, po których usłyszeniu każda kobieta powinna wiać od faceta, gdzie pieprz rośnie. Będąc fanem, można próbować obrony tego filmu, ale wystarczy obejrzeć go sobie po dłuższej przerwie, aby się przekonać, że ma się mniej więcej takie same szanse jak Juliusz Ordon broniący Warszawy przed Rosjanami. George’u Lucasie czy ty kiedykolwiek rozmawiałeś z dziewczyną?

 

Bitwa o Ziemię, reż. Roger Christian, USA 2000

Dzieło Christina słusznie uznawane jest za jeden z najgorszych filmów w historii kina. Oparta na prozie Rona Hubbarda (założyciel kościoła scjentologicznego) „Bitwa o Ziemię” opowiada o inwazji występnych Psyklopów. Ludzie stają się ich niewolnikami. Na szczęście jest przecież podziemna baza US Army, kopia Deklaracji Niepodległości i bohaterski Jonnie. Bzdura podniesiona do potęgi entej plus John Travolta w roli, która ośmieszyła go na całe lata. Niezamierzona komedia dla wybranych, chociaż niestety nie ma takiej siły rażenia jak wiekopomny „Plan 9 z kosmosu”.

Kategorie
większe kawałki
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz