Paramount Pictures
większe kawałki

Michael Bay – przez ogień do zbawienia

Michael Bay. Nienawiść i skrajnie negatywne oceny. To pierwsze co przychodzi do głów gdy słyszymy to imię i nazwisko. Czy słusznie? Otóż nie. Kpiny z filmów Baya to tak naprawdę kpiny ze współczesnego świata i obawa przed konfrontacją z naszą podłą, złą naturą

Bo czyż „Transformers: Wiek zagłady” nie jest dziełem głęboko egzystencjalnym? Czyż ten film nie obnaża naszej paranoi i lęku przed tym co nienazwane. Inne. Holokaust (nie bójmy się tego określenia, wszak ten film to głęboka metafora zbrodni do jakich ludzie już się dopuszczali) robotów, współpraca władzy w zacieraniu śladów po eksterminacji rasy, która budzi lęk swoją odmiennością, to wszystko w niezwykle dobitny sposób pokazuje wrażliwość Baya ukształtowaną zarówno przez francuską Nową Falę, jak i dzieła naszych twórców takich jak Wajda, Munk czy Kawalerowicz. Zresztą odniesienia do filmów tego ostatniego widać u Baya często i nie tylko w fenomenalnej serii „Transformers”. „Bad Boys” w którym najważniejszym z motywów był związek niemożliwego, w którym każda strona rani drugą, zaś skrywane traumy uniemożliwiają drogę do szczęścia, przypomina relacje bohaterów „Prawdziwego końca wielkiej wojny”. Zaś motyw niemożności porozumienia i ludzkich gier pozorów który dominował w takich filmach Kawalerowicza jak „Pociąg” czy „Gra” (którą inspirował się również David Fincher) u Baya swoje odbicie znajduje w „Armageddonie” i „Twierdzy”.

Człowiek bowiem i jego niezdolność do uczuć, zadufanie w sobie i potrzeba krzywdzenia innych zdają się być motywami dla Baya najważniejszymi, kluczowymi. O ile jednak nasi mistrzowie nie dawali nadziei bohaterom, tak Bay jest większym optymistą. Choć odkupienie luldzkości wiąże się u niego bezustannie ze śmiercią. Umiera bohater „Armageddonu”, umiera także bohater „Pearl Harbor”. Ten ostatni niczym współczesny Chrystus oddaje życie za miłość i spełnienie. Bay bowiem zdaje się nam mówić – świat ogarnął chaos, zmierzamy donikąd, ale póki miłość w sercach, puty jest nadzieja.

Ten przekaz najmocniej zresztą widać w finale „Transformers: Wiek zagłady” gdy ci którzy mieli zginąć, niczym szkieletów ludy powstają i prężąc swe metalowe piersi dumnie stają w obronie swych oprawców. Jeśli bowiem chować w sercach będziemy wiecznie urazę i gniew ludzkość zginie – mówi Bay. Tyle że my ludzie jesteśmy mali i miałcy w swych uprzedzeniach. O prawdzie i wartościach zatem przypomnieć muszą nam ci, których się boimy. Stalowi nadludzie i metalowy mesjasz Optimus Prime. To nie pomyłka – Bay postaci Autobota nadaje cech boskich, a Optimus jak Chrystus musi przetrwać piekło na Ziemi, poświęcić się dla ludzkości, aby zmartwychwstać i oświecić nas swoją dobrocią. Dobroć bowiem, tylko ona może ocalić ludzi przed nimi samymi.

Zresztą wiara w człowieka stanowi najważniejszy trzon w filmie „Wyspa” – kto wie czy nie najważniejszym filmie ostatnich dekad. Opowieści o okrucieństwie bogaczy, którzy wykorzystując technikę tworzą klony, służące im do utrzymywania starczych ciał, idealnie wpisuje się w myśl Tomasza Terlikowskiego. Bay broni życia. Podobnie jak Terlikowski uważa, że ciało i dusza jest nierozerwalna i winny czczone być jak świątynia. Świątynia, której faryzeusze i sprzedawczycy depcząc okazują dysrespekt. Nie tędy droga do zbawienia mówi Bay. Nie tędy. Ogień, tylko ogień zdaniem wizjonerskiego twórcy może oczyścić skalaną złem planetę i rasę. Dlatego też pierwotna siła ognia jest tak wszechobecna w jego kinie. Ogień oczyszcza. Zniszczenie jest tylko okresem przejściowym. Przemianą. Ludzkość w jego filmach często pokazywana jako obrzydliwa poczwarka. Dopiero pożoga, pożary i eskalacja eksplozji powodują, że poczwarka zrzuca skórę i przemienia się w pięknego motyla – człowieka czystego i pełnego miłości.

Nie, Bay nie jest naiwnym optymistą. Najlepiej widać to w czterech częściach „Transformers”. Złośliwi twierdzą, że kolejne filmy powstają dla pieniędzy. Nic z tych rzeczy. Bay celowo wydłuża cykl, aby jeszcze dobitniej pokazać, że zbawienie dla człowieka nie jest stanem łatwym. Każda odsłona cyklu kończy się teoretycznie zakończeniem pozytywnym, ale tylko teoretycznie. Sceptycznie nastawiony umysł reżysera wie, że pokój to tylko cisza przed burzą, a ludzkość, po osiągnieciu spokoju zburzy go, aby znów budować. Zgliszcza, nowy świat i kolejne zgliszcza. Cykl życia i śmierci trwa nieprzerwalnie. Póki istniejemy, puty Bay będzie nam o tym przypominał.

Niedocenienie na festiwalach w Wenecji czy Cannes filmów Baya bierze się zatem nie ze złej jakości tych filmów, co próbują nam wmówić pisma specjalizujące się w spłycaniu kultury popularnej, a z głębokiego niezrozumienia. Krytycy i jury czekając na kino rozrywkowe otrzymuje zamiast tego egzystencjalny dramat o sile zbawczej ognia, Bogu, zagładzie i odrodzeniu ludzkiego ducha. A nie tego spodziewają się uprzedzeni do Baya krytykanci. Nie widzą oni iż w w przeciwieństwie do takiego Tarantino Michael Bay to twórca dojrzały, który nie tylko nawiązuje celowo do najlepszych reżyserów, ale twórczo rozwija motywy porzucone przez mistrzów. Dlatego dziś wzgardzone „Transformers: Wiek zagłady” swoją głębią, pioniersko skonstruowanymi postaciami i niezwykłą biblijną dramaturgią jest filmem, który przeszedł już do historii kina. Na aplauz i przeprosiny przyjdzie czas.

Kategorie
większe kawałki
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz