większe kawałki

Mgła kontra Mgła, czyli potwory Stephena Kinga

Z wszystkich opowiadań Kinga Mgła zdaje się być jednym z najważniejszych i najlepszych. A już na pewno – jest opowiadaniem, które w niebywały wręcz (jak na tę formę literacką) sposób odcisnęło swoje piętno na współczesnej kulturze masowej.

Bez tego tekstu nie powstałyby dwie wybitne i dziś absolutnie kultowe gry komputerowe – Half Life i Silent Hill. Pierwsza całą swoją fabułę pożyczyła z tekstu Kinga (a co byłoby gdyby wojskowy eksperyment poszedł źle i z równoległej rzeczywistości przybyły zamieszkujące ją potwory), druga swój niezwykły mglisty klimat zawdzięcza właśnie tej noweli. Podobnie jak atakujące bohaterów pterodaktyle.

To resztą nie jedyne gry komputerowe, które inspirowały się Mgłą. W 1985 roku komputerowa adaptacja opowiadania. W 2009 r. powstało Vorago,  w 2012 r. po tekst sięgnęli twórcy The Secret World, a pięć lat później programiści nowej odsłony Fallouta oddali hołd Kingowi pożyczając sobie elementy z Mgły. Fakt, że opowiadanie to tak mocno funkcjonuje w świecie wirtualnej rozrywki, udowadnia też tezę, że Mgła o wiele lepiej sprawdza się jako podstawa dla opowieści opartej na niedopowiedzeniach, niż opowieść filmowa.

Opowiadanie:

A wszystko zaczęło się od burzy. Małego tornada i wycieczki do supermarketu.

W 1976 roku King wraz z rodziną mieszkał w letniskowym domku nad Long Lake w Bridgton. Pewnej nocy zerwała się gigantyczna burza, której finałem było małe tornado. Jak pisał w posłowiu do zbioru Szkieletowa załoga (do którego opowiadanie zostało włączone), King, ta noc, podczas której na zewnątrz szalała burza, a on tulił żonę w sypialni na parterze, dała początek Mgle. Ona i poranek nazajutrz, gdy pisarz pojechał z synem do lokalnego supermarketu. Stojąc przy kasie nagle wyobraził sobie gigantycznego pterodaktyla, atakującego klientów. Tyle wystarczyło. Reszta to Mgła.

W 1976 roku King wspinał się na szczyt. W kinach szalała już Carrie, a Miasteczko Salem trafiało do księgarni. To jeszcze nie był moment, w którym mógł odrzucać zlecenia (zresztą tak naprawdę nie odrzuca ich do dziś), ale mógł już pozwolić sobie na małe pisarskie wakacje. I pewnie te by nastąpiły, gdyby dziury w brzuchu nie wiercił mu agent – Kirby McCauley. W 1976 roku odpowiedzialny był on za redakcję antologii Dark Forces i wszystkimi siłami natury (i nie tylko) zmuszał swojego podopiecznego do napisania tekstu, który byłby ozdobą książki. I w końcu King je napisał. Dziś o wydanej finalnie w 1980 roku antologii pamięta się tylko przez to, że w niej debiutowała Mgła.

Dlaczego ten tekst jest tak ważny? Poza wspomnianym już wpływem na kulturę, poza adaptacjami o których przeczytacie poniżej, Mgła jest także wybitnym dowodem na to jak gigantyczna rzeka rwącego talentu płynęła w żyłach Kinga. I jak czasami znajdowała upust na kartkach papieru.

Zaczyna się od niemal dokładnego opisu tego co przydarzyło się Kingowi i jego rodzinie podczas burzy (nie, moje książki nigdy nie są autobiograficzne…). Kilka stron później zaczyna się horror. Główny bohater David wraz z synem wyrusza na zakupy do supermarketu. A tam zaledwie w kilka minut ich życie zamienia się w koszmar. Bohaterowie zostają odcięci od świata przez gęstą mgłę w której ukrywają się tajemnicze i krwiożercze stwory. Wraz z upływem czasu David zaczyna zastanawiać się – gdzie jest bezpieczniej. W sklepie, w którym ludzie zaczynają okazywać najgorsze instynkty, czy pośród potworów we mgle.

Kiedy King pisał Mgłę, był już po ukończeniu Miasteczka Salem i to się czuje. Ten tekst bowiem, podobnie jak słynna powieść o wampirach, oparty jest nie tyle na lęku przed potworami, a tym jak ludzie w obliczu zła, sami zamieniają się w potwory. Zamknięta sklepowa społeczność jest wręcz idealną areną do snucia opowieści o tym do czego jesteśmy zdolni. A wtedy nawet demoniczne istotny przybyłe do naszego świata w wyniku wojskowego eksperymentu zdają się być bardziej przyjazne. A już na pewno jest jasne jaki los może spotkać nas z ich łap. Bo z ludźmi sprawy nie mają się tak lekko.

Poza kapitalnym oddaniu klimatu osaczenia i ludzkiego upodlenia, wielkie brawa należą się tu także Kingowi za umiejętną, w zasadzie już postmodernistyczną zabawę z horrorem. Bo przecież to co dybie na naszych bohaterów we mgle, równie dobrze mogłoby pojawić się na kartach opowieści H.P. Lovecrafta. Z tą różnicą, że Howard Philips nie poradziłby sobie tak dobrze z ludzką psychiką.

Czytana po latach Mgła wciąż zaskakuje swoją intensywnością i klimatem beznadziei. Przy okazji także dobitnie pokazuje, że od napisania tego tekstu, motyw izolacji bohaterów stanie się pisarską obsesją Kinga. W wersji mikro (rodzina i dom) powróci do niego w Lśnieniu, w wersji makro (całe miasteczka) choćby w Sztormie stulecia czy Pod kopułą.

Kino:

Mgła (The Mist), reż. Frank Darabont, wyk. Thomas Jane, Marcia Gay Harden, Samuel Witwer; USA 2007.

Strach zmienia wszystko.

Mam związane z tym filmem dwa wspomnienia. Kiedy oglądaliśmy go z Lechem Kurpiewskim na pokazie prasowym, po pół godzinie nie wytrzymaliśmy i, rycząc ze śmiechu, wyszliśmy z sali. Za nami ruszył wianuszek innych dziennikarzy, których do łez doprowadziły macki atakujące bohaterów. Drugie wspomnienie sięga jeszcze czasów dzieciństwa i dotyczy nie tyle ekranizacji, co opowiadania, na podstawie którego powstał film. Otóż pewien starszy ode mnie o rok kolega (fan muzyki metalowej, który chodził po szkole z wielkim, ciężkim, odwróconym krzyżem na szyi, przez co cały czas wyglądał tak, jakby bił pokłony rogatemu) chciał mnie pobić za to, iż śmiałem publicznie powiedzieć, iż opowiadanie Kinga zatytułowane Mgła nie ma nic wspólnego z filmem Mgła Johna Carpentera. Dla niego było oczywiste, że Carpenter adaptował Kinga. I chociaż wiedziałem, że się myli (kurcze, kiedy Carpenter kręcił Mgłę, King nawet nie zabrał się za pisanie swojej), dla świętego (nomen omen) spokoju przyznałem mu rację. Z bijącymi pokłony rogatemu lepiej nie dyskutować. Co ciekawe, ów mój kolega nie czytał wówczas jeszcze tekstu Kinga, ukazał się on u nas pierwszy raz już po tym, jak skończyliśmy liceum.

Ale wracając do filmu – Mgła to trzecie kinowe spotkanie Franka Darabonta i Kinga. Dwa poprzednie zaowocowały powstaniem „niedzielnych fanów” pisarza i dwoma filmami, które uznawane są w niektórych kręgach za arcydzieła. Mgła nie podzieliła ich losu. Nie zarobiła wielkich pieniędzy (przy budżecie 17 milionów zarobiła 66) i nie cieszy się dziś tak wielką popularnością jak Zielona mila czy Skazani na Shawshank. Oczywiście wynika to w dużej mierze z faktu, iż w przeciwieństwie do tamtych filmów, tu mamy do czynienia z horrorem w stanie czystym.

Pewnego dnia nad małym miasteczkiem przechodzi gigantyczna burza. Nad ranem ojciec i syn jadą do sklepu na zakupy. Gdy stają w markecie w kolejce do kas, nagle na miasto opada gigantyczna mgła – z mgły zaś wychodzą tajemnicze, mordercze stwory…

Owe stwory były rzeczą, na którą fani Skazanych… przygotowani nie byli. Gumowate macki, wielgachne insekty – to, co w Mgle miało budzić przerażenie u osób, które nie miały pojęcia o czym opowiada ta historia, budziło śmiech. Ci zaś, którzy wiedzieli, co niesie ze sobą mgła, też wybuchali śmiechem, bowiem w wyniku mikrobudżetu potwory wyglądają tu jak wielkie gumowe żelki atakujące ludzi. Poziom The Blob to co prawda nie jest, ale niestety, Mgle niebezpiecznie do niego blisko.

Oczywiście reszta historii, czyli opowieść o rodzących się w sklepie sojuszach, złych instynktach, które wychodzą z ludzi itp. jest absolutnie po kingowsku sprawna. Cóż jednak z tego, skoro lateksowe stwory burzą klimat opowieści. To właśnie przez nie ponure i mroczne zakończenie (dopisane przez Darabonta i pochwalone przez Kinga), zamiast wybrzmieć apokaliptycznie, niezamierzenie bawi.

Osobiście do Mgły jako tako się przekonałem dopiero w chwili, gdy obejrzałem reżyserską, czarno-białą wersję filmu dodaną do edycji DVD. Pozbawione kolorów potwory bawią mniej, ale i tak irytują. Poza tym miał rację King pisząc w posłowiu do Mgły, że jeśli adaptować ten tekst, to tylko jako czarno-biały film. Jest w nim coś ze starych opowieści o potworach i równie dobrze powstać mogło jako jedno z wielu opowiadań napisanych w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku, dajmy na to przez Ray’a Bradbury’ego.  

Problem irytacji, powtarza się zresztą w większości filmów o potworach, które próbują być czymś więcej niż klasycznym monster movies. Albo kręcimy Godzillę i pokazujemy widzom od początku o co chodzi, albo pojawienie się stworów próbujemy tak ograć, aby publiczność bała się na samą myśl, że w mroku może się coś kryć. Film Darabonta próbuje połączyć w sobie dosłowność i tajemnicę, ale w efekcie zamiast grozy wyszła z tego breja, w której, co ciekawe, zakochał się sam King, uznając Mgłę za jedną z najlepszych adaptacji jego prozy. Jego prawo. Tak samo jak moim jest to, żeby powiedzieć – nie.  

Telewizja

Mgła (The Mist) pomysłodawca: Christian Trope, wyst.: Morgan Spector, Alyssa Sutherland, Gus Birney. USA (Spike TV) 2017

Strach. Człowiek. Natura.

Dekadę po kinowej premierze Mgły, tekst Kinga trafił do telewizji. Abstrahując od wspomnianych założeń pisarza, że tekst najlepiej wyglądałby jako czarno biały film, serial wydawał się naturalnym środowiskiem dla opowieści o mrocznych instynktach, budzących się w duszach uwięzionych przez potwory ludzi.

Dlaczego idealnym? Choćby z tego powodu, że Mgła jest tekstem, który można dowolnie rozbudowywać. Wystarczy odrobina wyobraźni i znajomości ludzkiej natury. Zamykając w supermarkecie osaczonych bohaterów, King stworzył mikro środowisko, którego nie rozpisał, tylko z jednego powodu – objętości antologii do jakiej zamówiono opowiadanie. A postaci tam nagromadzone aż prosiły się o jeszcze bardziej barwne życiorysy. Zresztą swoistą powtórką Mgły była powieść Pod kopułą, która bazowała przecież na tym samym pomyśle (odcięte od świata postaci, których jestestwo ogranicza nadprzyrodzony byt) i miała blisko tysiąc stron.

Wspominam Pod kopułą nie przez przypadek. Twórcy serialu bowiem ewidentnie zapatrzyli się tu w ten tekst, rozbudowując fabułę serialu. Serialowa Mgła zatem nie opowiada o grupce ludzi zamkniętych w supermarkecie, a całym miasteczku odciętym od świata (jak w Pod kopułą). Mamy tu kilka ośrodków, w których ukrywają się bohaterowie (kościół, supermarket, warsztat samochodowy), ci zaś o wiele częściej wychodzą w tytułową mgłę niż w opowiadaniu i filmie.

Czy to źle? Nie. Ten zabieg wydawał się dla serialu naturalny. Podobnie jak naturalne zdaje się dzielenie na podgrupy uwięzionych i tworzenie nowych, radykalnych mikrospołeczności.

Wszystkie zatargi, wszystkie plotki i małomiasteczkowe pretensje w zetknięciu z mgłą i stworami z niech wychodzącymi urastają do rangi greckiej tragedii, co oczywiście dla nikogo dobrze skończyć się nie może.

Żeby zbudować całą miasteczkową społeczność siłą rzeczy scenarzyści musieli, dodać postaci i dramatów.

Mamy tu więc skonfliktowaną z radą rodziców nauczycielkę, która w młodości prowadziła dość rozwiązły tryb życia. Jej męża i córkę, która pada ofiarą gwałtu. W kontrze do rodziny mamy potencjalnego gwałciciela – syna policjanta, który wykorzystuje daną mu władzę. Podstarzałą hippiskę, widzącą w mgle zemstę sił natury. Żołnierzy (tu wątek prowadzony jest dość zbieżnie z oryginałem), narkomankę, księdza, lokalnego geja… Twórcy Mgły wpisali w fabułę niemal każdy możliwy model ludzkiego charakteru, bo bez tego bowiem nie mieliby szans prowadzić wciągającej narracji przez cały sezon. Pytanie – czy zrobili to na tyle sprawnie, by zaintrygować widzów?

I tu pojawia się pierwszy problem.

Owszem siła prozy Kinga tkwi w zderzeniu zwyczajności z bytem nie z tego świata. Tu jednak zwyczajność zbyt często popada w banalność, a ta zamiast intrygować i budować napięcie – zaczyna irytować i to o wiele bardziej niż gumowe potwory z filmu Darabonta.

Schematyczność konstrukcji postaci to pierwszy grzech serialowej Mgły. Drugi o wiele cięższy – polega na schematycznym budowaniu napięcia. O ile w filmowej Mgle, potwory wywołały śmiech części widzów, ale też i sporą konsternację (poziomu zaskoczenia jakie wypracował duet Tarantino/Rodriguez w Od zmierzchu do świtu może nie osiągnięto, ale było blisko) tak tu, mamy do czynienia z najbardziej przewidywalnymi horrorowymi zagrywkami jaki tylko można wymyślić. A zatem – jeśli, ktoś robi głupi żart: zostanie ukarany. Jeśli ktoś zdaje się być zły, okaże się dobry. Tchórz staje się religijnym neofitą, a mgła starszy mniej więcej tak samo, jak wyskakujący spod łóżka psychopata. Nie budzi grozy swoją majestatycznością i tajemnicą, bo wiemy, że zaraz zdarzy się coś złego, zanim zdąży zaakcentować to posępna muzyka.

Czy zatem serialowa Mgła jest porażką? Na to pytanie trudno jednoznacznie odpowiedzieć. Jest schematyczna, do bólu przewidywalna. Choć należy twórcom oddać honor – do czwartego odcinka ukrywają fizis demonicznych postaci. Ich powściągliwość w epatowaniu bytami z innego wymiaru, to największy plus tej opowieści. I niestety – z perspektywy widza, który oglądał wszystkie adaptacje prozy Kinga – jedyny. Nie znaczy to, że Mgła nie może się podobać. Może, bo zbudowana jest z elementów, które zachwycały inżyniera Mamonia. Taka piosenka, co tą ją już słyszeliśmy. Ale słuchamy, bo lubimy.

Ciekawostka:

Za najlepszą adaptację Mgły uchodzi zrealizowany w technice binauralnej audiobook, który ukazał się w 1988 roku. Jego twórcom udało się stworzyć coś na kształt trójwymiarowego słuchowiska radiowego, które przeraża o wiele mocniej i przemawia do wyobraźni niż dosłowność filmowych potworów.

Kategorie
większe kawałki
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz