większe kawałki

Marvel Comics – Nawrót choroby sprzed lat

W internecie larum grają. Że Marvelowi sprzedaż siadła. Że to wina złych czytelników, którzy nie chcą kupować komiksów wypełnionych równością i różnorodnością. Tymczasem Dom Pomysłów zwyczajnie odwraca uwagę od faktu, że zapadł na chorobę, którą już raz przechodził – wtedy o mało go nie wykończyła. Poczuł się zbyt pewnie.

Do niedawna wszystko układało się dobrze. Widzowie pożerali filmy Marvela w hurtowych ilościach, co przekładało się na sprzedaż komiksów i ogólną popularność wydawnictwa. Wielką, jak nigdy dotąd. Jeśli nawet ktoś parę lat temu nie wiedział, kim jest Iron Man, Hulk czy Kapitan Ameryka – teraz od nich nie ucieknie. Po prostu nie da się, a do Avengersów dołączają kolejni bohaterowie działający solo: w kinie, serialach, różnych studiach. Są wszędzie.

Dlatego ktoś w Marvelu uznał, że – mimo iż sprzedaż zeszytów nie sięga rekordów z dawnych lat – jest tak stabilnie, że można zaszaleć. Zobaczmy, co się stało na przestrzeni ostatnich kilku lat.

Objawy

Wydawnictwo zasypało sklepy crossoverami. Nie ma sześciu miesięcy bez wielkiego wydarzenia, które anektuje co większe serie, zmienia bieg historii – i wyraźnie wpływa na opowieści, które projektowali dla siebie poszczególni scenarzyści. Secret Wars, Inhumans vs. X-men czy nadchodzące Secret Empire. Podobne podejście spowodowało, że komiksy zaczęły tworzyć wielką sieć naczyń połączonych i praktycznie nie da się czytać pojedynczych serii i czerpać z nich pełnię opowieści – bo strzępy, dopowiedzenia i wątki rozstrzelone są po czterech innych tytułach.

Mimo wszystko do niedawna ta strategia działała i maksymalizowała sprzedaż. Tyle, że koniec końców zaowocowała hermetyzacją opowieści. Nie zapobiegły temu nawet ostatnie restarty w postaci wspomnianego Secret Wars, które okazało się wielkim oszustwem. Wydarzenie miało wyzerować komiksowe uniwersum, a tymczasem zadziałało jak mały przerywnik w rzeczywistości, po którym sprawy wróciły na dawne tory, dorzucono tylko parę kosmetycznych zmian.

Największy problem, jaki pojawiał się przy okazji natłoku Wielkich Wydarzeń zmieniających wszystko był brak możliwości, by solowe serie bohaterów rozwinęły skrzydła. Postaci nie miały już miejsca na swoją opowieść.

Tym, co najbardziej zabolało czytelników – i do czego piło w wypowiedziach szefostwo Marvela – były wszelkie podmianki flagowych bohaterów. Thora, Wolverine’a i Iron Mana zastąpiły kobiece odpowiedniki, tarczę Kapitana Ameryki nosi teraz czarnoskóry Falcon, a w Hulka zmienia się młody Amadeus Cho – Azjata. Niektóre z tych pomysłów zaowocowały ciekawymi historiami – jak Thor, ale inne działały bardzo tak sobie.

Wbrew słowom wierchuszki wydawnictwa, czytelnicy nie obrazili się za różnorodność, za reprezentowanie mniejszości etnicznych czy seksualnych. Nie. Wściekli się za to, że, by osadzić nowe postacie w starych rolach, ośmieszano i zmieniano w karykatury bohaterów, których znali, kochali – i kupowali. Oraz za to, że Marvel nie miał dość odwagi, by w ramach nowej polityki, stworzyć świeżych bohaterów z odmiennymi mocami, symbolami i historiami, zamiast wciskać ich w dawno obsadzone role.

Tak naprawdę nikt – z wyjątkiem może paru internetowych frustratów – nie ma problemów z postaciami kobiecymi czy czarnoskórymi (chyba, że są koszmarnie napisane). Przypomnę, że jednym z najsłynniejszych trykociarzy, jacy pojawili się w ostatnich trzydziestu latach jest Spawn, znany też jako Al Simmons, czarnoskóry rządowy zabójca. Czytelnicy byliby tak samo źli za podmienienie np. Black Panthera na białoskórego lub Hindusa, albo zmianę Midnightera, z którym się zżyli – na kogoś innego.

Choroba, której obraz wyłania się powyżej, wygląda jak rota-wirus, nawrót paskudztwa, które już raz trawiło wydawnictwo.

Akta medyczne

W połowie lat ’90 Marvel się o mało nie przekręcił na własnych błędach. Sprzedaż największych tytułów leciała na łeb na szyję, wierni czytelnicy odwracali się od wydawnictwa, a jakość komiksów spadała.

Początek dekady nie zwiastował katastrofy, był okresem prosperity. Kolejne zeszyty z przygodami Spider-mana czy X-menów schodziły jak ciepłe bułeczki, w milionowych nakładach. Jeśli na okładkach pojawiały się takie nazwiska jak Todd McFarlane, Rob Liefeld, Chris Claremont czy Jim Lee, to szefostwo mogło już w myślach odliczać ciężarówki z pieniędzmi. Sklepowe półki zalewały wydania z alternatywnymi, odblaskowymi okładkami. Interes się kręcił.

Ostatnia dekada ubiegłego wieku to czas wielkich eventów, które wstrząsnęły branżą. DC zaserwowało dwie potężne historie – Death of Superman i Knightfall. Oba opowiadały o upadku ikonicznych herosów i ich – tymczasowych, jak się później okazało – następcach. Miały doskonałe wyniki sprzedaży, łamały serca czytelników, prezentowały ikoniczne kadry i sprzedały się na pniu. Nic dziwnego, że Marvel pozazdrościł konkurencji.

Niedługo później wyciągnęli klona Spider-mana z szafy, w której tkwił od ponad dwudziestu lat. Tak zaczęła się historia znana dziś jako niesławna Saga Klanów. Początkowo obiecująca, zakrojona najwyżej na pół roku fabuła rozrosła się do trwającego dwa lata potwora, który przejął cztery wiodące serie o Pająku. To, co zaczynało się jako dramatyczna i przejmująca opowieść z paroma ciekawymi postaciami przerodziło się w przeciągniętą groteskę, tak poplątaną, że sami twórcy przez długi czas nie wiedzieli, jak to zakończyć. Saga zaczynała jako bestseller, a skończyła jako jeden z kamieni ciągnących Marvela na dno.

Obok perypetii Pająka nastał też czas przeróbek, tuningów i zastępstw związanych z wielkimi wydarzeniami, takimi jak Onslaught i następujące po nim Heroes Reborn. Naturalnie, nawet w tym bałaganie znajdowało się miejsce na dobre pomysły w stylu Thunderbolts – serii o złoczyńcach, którzy wypełniają pustkę po nieobecnych bohaterach. Czytelnicy i tak mieli dość bałaganu. Zmęczyli się też mrocznym, testosteronowym i przedobrzonym stylem, jaki dominował dzięki pracom takich grafików jak Liefeld, Lee czy McFarlane.

Mniej więcej w tym czasie bańka pompowana eksluzywnymi wydaniami komiksów wybuchła Marvelowi w twarz. Odpicowane, błyszczące zeszyty kolekcjonerskie zaczęły zalegać na półkach sklepów – te ostatnie zaczęły się zresztą zwijać.

Wszystko to do kupy trzepnęło wydawnictwo po kieszeni na tyle, że otrzeźwiało i wezwało lekarza – Joe’go Quesadę.

Poprzednia terapia

Joe Quesada, zdolny rysownik i energiczny organizator, szybko wziął Marvela w obroty. Postawił na swoją eskadrę orłów, zaprawionych w bojach scenarzystów, wśród których prym wiedli fachowcy pokroju J. Michaela Straczynskiego czy Briana Michaela Bendisa.

Przytemperowane, zresetowane serie koncentrowały się na cofnięciu bohaterów do korzeni – bez pomijania poprzednich wydarzeń – i pozwalały na rzeczywisty rozwój postaci. Były też ładniej i klarowniej rysowane, odrzucały zmanierowany mrok poprzedniej dekady. Nowe wcielenie Avengersów, X-menów czy Amazing Spider-mana przyczyniło się do odbudowania pozycji Marvela na rynku. Nie osiągano już tak oszałamiających wyników jak w dniach chwały, ale też nie pikowały depresyjnie w dół.

Twórcy mieli większą wolność – zwłaszcza w imprincie Marvel Knights – i dostarczali solidnych, przyjemnych w odbiorze pozycji rozrywkowych z przebłyskami geniuszu i niesamowitej wyobraźni.

Sytuacja trwała do mniej więcej 2007 roku i sukcesu Civil War. Wydarzenia, które samo w sobie było ciekawą historią, ale zapoczątkowało plagę potężnych crossoverów zaprzęgających do opowiadania wszystkie serie, które się da. Wszystkie te wielkie opowieści, lepsze i gorsze sprawiały, że nowym czytelnikom ciężko było wskoczyć w nurt ogromnych, wielozeszytowych narracji i połapać się w chaosie. Oczywiście o jakimkolwiek sensownym rozwoju postaci nie mogło być mowy. Co gorsza, niemal żadne z tych wydarzeń nie dawało katharsis, ani porządnego rozładowania napięcia czy czytelniczej satysfakcji. Ot, kolejne większe i bardziej spektakularne odcinki superbohaterskiej epopei.

Kilku prominentnych pisarzy zrezygnowało ze współpracy i trzasnęło drzwiami, jak Straczynski, któremu Quesada kazał opowiedzieć kuriozalną historię One More Day o pakcie z diabłem na łamach The Amazing Spider-man. Na dokładkę wszystkie pomysły, jakie scenarzysta zawarł w Thorze zostały przekreślone przez Siege.

Doszło do tego, że hasło „event, po którym nic już nie będzie takie samo” zaczął wywoływać pusty śmiech u czytelników. A od czasu lawiny spowodowanej przez Wojnę Domową nie ma sezonu bez przynajmniej jednego takiego wydarzenia. Alex Alonso, który przyszedł po Quesadzie, zamiast zmienić kierunek, zabrnął w te problemy głębiej. Pewnie, że zdarzały się potem świetne serie i historie, jak niewydany w Polsce Scarlet Spider Chrisa Yosta, Moon Knight Warrena Ellisa, Thor Aarona, mini-seria Vision czy ostatnia faza runu Jonathana Hickmana w Avengers i New Avengers, ale to były wyjątki potwierdzające regułę.

Leczenie objawowe

W sytuacji z lat ’90 i okresie trwającym od wypuszczenia Civil War do dziś można dostrzec podobne symptomy. Przy nawrocie choroby doszły nowe objawy, czyli wspomniane zastępstwa oraz arogancja kilku twórców wobec fanów.

Marvel już zapowiedział zmiany, próbuje udobruchać czytelników obietnicami, że stara gwardia bohaterów powróci w Generations i będzie współistnieć z nowymi wersjami. Nadchodzące Secret Empire z hailującym Hydrze Kapitanem Ameryką będzie ostatnim crossoverem/eventem przez najbliższe 1,5 roku. To całkiem dobry kierunek zmian, ale wypowiedzi Alonso i innych sił zwierzchnich świadczą o tym, że Marvel dostrzega tylko jedną warstwę problemu.

Nie wiemy, czy za powierzchownymi zmianami pójdzie dużo głębsza refleksja, czy twórcy dostaną większą swobodę, pozwoli im się na konsekwentne rozwijanie prowadzonych bohaterów – oraz czy przyjdzie paru nowych, dobrych autorów, jak za kadencji Quesady, czy też dalej dominować będą wypaleni scenarzyści pokroju niegdyś wielkiego Bendisa i Dana Slotta. Pod swoimi skrzydłami Marvel zgromadził plejadę nośnych postaci, które w odpowiednich rękach zmieniłyby się w czyste złoto, błyszczące szalonymi pomysłami i szkoda, żeby się marnowali.

Póki co katastrofa nie nastąpiła, a sojusz z Disneyem i kinowe przeboje zapewniają wygodną, podpartą górami dolarów amortyzację. Tyle, że boom prędzej czy później się skończy. Jeśli Marvel nie wyciągnie do tego czasu właściwych wniosków – może się okazać, że sytuacja nie jest taka bezpieczna.

Kategorie
większe kawałki
Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który potrafi płynnie przejść od słodkiego lenistwa do nadaktywności – i z powrotem. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, rozmaitych hobby, a czasem nawet w otchłań studiów. Publikował, w „Science Fiction Fantasy i Horror”, „LiteRacjach” oraz w portalach internetowych – GRY-Online, Kawernie, Szortalu, Onecie. Od 2014 regularnie pisuje do Dzikiej Bandy.

Dodaj komentarz

REKLAMA
Instagram
  • Grudzień to miesiąc sprawiania sobie i innym małych przyjemności. "Armstrong"  jest właśnie jedną z nich. Cudna książeczka dla małych i dużych.

#książka #czytam #czytambolubie #bookporn #booklover #instabook #instaread #bookstagrampl #bookstagram #bookaddict #bookworm #reading #bibliophile #bookcommunity #booknerd #dladzieci #kosmos #wydawnictwoWilga
  • Niech Was nie zawiedzie ta słodycz. To prawdziwy, soczysty thriller. Tak, chodzi o książkę. 😊

#książka #czytam #czytambolubie #bookporn #booklover #instabook #instaread #bookstagram #bookaddict #bookworm #reading #bibliophile #bookcommunity #booknerd #bookstagrampl #zaczytanegiry
  • Jak tam u Was? Mikołaj już był? 😉🎅✨ #dredd #judgedredd #actionfigure #threea #2000AD #toys #prezenty #mikołajki #popkultura #komiksy #dystryktzero