większe kawałki

Liga Sprawiedliwości – Jedna z najstarszych superbohaterskich grup wsparcia

DC przegrało wyścig o uwielbienie widzów z Marvelem, ale powoli i systematycznie nadrabia straty. „Liga Sprawiedliwości” może okazać się punktem zwrotnym. Z okazji premiery filmu warto prześledzić historię materiału źródłowego i jego mozolną drogę na srebrny ekran.

Każdy potrzebuje czasem innych ludzi o podobnych doświadczeniach. Nawet samotnik-miliarder ze skłonnością do przebierania się za nietoperza. Nawet przenoszący góry kosmita ze słabością do dziennikarek i peleryn. Potrzebują takiej grupy wsparcia, w której raźniej będzie im ratować Gotham, Metropolis i w ogóle cały świat. Bo to jednak ciężki kawałek chleba jest i czasem nawet tacy mocarze się nie rozdwoją.

Owocem tej filozofii stała się Liga Sprawiedliwości, jedna z najstarszych drużyn superbohaterskich, zrzeszająca najpotężniejszych (a przynajmniej najpopularniejszych), takich jak Wonder Woman, Martian Manhunter, Flash, Green Lantern, Cyborg, Aquaman czy dwaj wspomnieni wcześniej dżentelmeni. Od 1960 roku stawiają czoła rozmaitym zagrożeniom właśnie pod tym szyldem, ale tak naprawdę ich historia zaczęła się niemal dwie dekady wcześniej.

Ligi Sprawiedliwości prapoczątki

Superbohaterskie duety i starcia to koncepcje stare jak sam gatunek. Robiło to zarówno DC, jak i Timely Comics (później znane pod nazwą Marvel), ale w pewnym momencie trzeba było podbić stawkę, zwłaszcza, że sytuacja dziejowa temu sprzyjała. Wielu z najsłynniejszych bohaterów tego wydawnictwa zadebiutowało praktycznie w przededniu wybuchu i przyłączenia się Stanów do II Wojny Światowej (Superman – 1935, Batman – 1939, Flash – 1939, Green Lantern – 1940, Wonder Woman – 1941).

Pracownicy DC, między innymi redaktor Sheldon Mayer i scenarzysta Gardner Fox, musieli wyczuć nastroje panujące w amerykańskim społeczeństwie. USA w ten czy inny sposób popierało Aliantów już od początku konfliktu, a to musiało wpływać na nastroje obywateli. Nic tak nie podbija morale, jak mity o zjednoczeniu, choćby pulpowe. Właśnie to dostarczyli czytelnikom twórcy komiksów.

Tak powstało Justice Society of America, pierwsza superbohaterska drużyna w historii medium. JSA zadebiutowała w trzecim numerze magazynu „All-Star Comics”. Herosi na początku walczyli z czysto fikcyjnymi zagrożeniami, ale zostali włączeni w poczet przystępującej do wojny armii superbohaterów All-Star Squadron, która na kartach komiksów powstała w wyniku ataku na Pearl Harbour. Wojna dobiegła końca, a pod koniec lat ’40 popularność superbohaterów zaczęła spadać. Dlatego podjęto decyzję o rozwiązaniu drużyny. Ta inkarnacja ostatni raz pojawiła się w numerze 57 magazynu, gdzie zakończono jej przygody. Potem pismo przemianowano na „All-Star Western” i nie poświęcano w nim już miejsca na superherosów.

Powrót

Dokładnie w 1960 roku ideę potężnej superbohaterskiej drużyny ze Złotej Ery komiksu przywrócono do życia. Właśnie wtedy Gardner Fox i Julius Schwartz uznali, że czas najwyższy na podobne przedsięwzięcie. Zamiast Justice Society of America dostaliśmy jednak Justice League of America, nową, bardziej przebojową ekipę, nawiązującą do chlubnej tradycji. Przez jej skład przewijali się wtedy Wonder Woman, Flash, Aquaman, Superman, Batman, Martian Manhunter czy Green Lantern (czyli generalnie – rdzeń zespołu do dziś). Jako tacy zaznaczyli swoją obecność po raz pierwszy w 28 numerze „Brave and the Bold”.

Od tego czasu drużyna zmagała się z rozmaitymi potęgami zagrażającymi Ziemi. Członkowie Ligi toczyli walkę z zagrożeniami na skalę światową, kosmiczną i międzywymiarową, a wśród ich przeciwników można wymieniać niemal boskie byty takie jak Darkseid stworzony przez legendę branży, Jacka Kirbiego.

Mijały lata, Ligę współtworzyli kolejni giganci komiksu (tacy jak Gerry Conway, który niegdyś uśmiercił Gwen Stacy w Amazing Spider-Man), którzy prześcigali się w kolejnych pomysłach na zwiększenie epickości wydarzeń, a pod koniec lat 7.0 próbowano nawet stworzyć crossover z konkurencyjną drużyną Marvela – Avengers. Pomysł doszedł ostatecznie do skutku w 2003 roku. W międzyczasie sama Liga rozrastała się o kolejne filie i wariacje – Justice League International czy Justice League Europe. Bohaterów stawiano zaś w obliczu rozmaitych kataklizmów i problemów, także w opozycji do siebie. Na wiele lat przed słynną „Wojną Domową” Marvela, DC miało własne wojny domowe.

Przełom i droga do współczesności

Momentem przełomowym było gigantyczne wydarzenie wydawnicze angażujące Ligę, crossover „Kryzys na nieskończonych Ziemiach„, zapoczątkowany w 1985. Wielu uważa tę historię za jedną z najważniejszych w dziejach komiksu. Opowiadała o starciu z potężną istotą, Anti-Monitorem. Wielu znanych i lubianych bohaterów posłano wtedy do piachu, m.in. Supergirl czy Flasha (Barry’ego Allena), ale nie to było najważniejsze. Przedsięwzięcie DC miało przede wszystkim uporządkować i uprościć poplątane, międzywymiarowe historie, które stawały się coraz bardziej hermetyczne i nieprzystępne.

Post-kryzysowe uniwersum DC to właśnie to, które wielu czytelników najlepiej kojarzy. To właśnie jego obraz utrwalił nam się najbardziej. Jego start odbywał się w wyjątkowej dla komiksu dekadzie i zbiegał z premierami kamieni milowych, które zmieniły reguły gry – „Strażnikami” Alana Moore’a i „Powrotu Mrocznego Rycerza” Franka Millera. Te dzieła rzuciły potężny, mroczny cień na cały przemysł, także na Ligę, której przygody stały się cięższe, bardziej przygnębiające i przeplatały się z innymi wydarzeniami wpisanymi w ten gorzki klimat, jak choćby śmierć Supermana.

Przez ten czas przygody Ligi Sprawiedliwości pisali tacy twórcy jak Mark Waid czy Fabian Nicieza (współtworca Deadpoola), którzy przyczynili się do ponownego zjednoczenia „pierwszej siódemki” herosów. Pewne ożywienie wprowadził scenarzysta Grant Morrison, który w 1997 zasiadł za sterami serii „JLA” i zbombardował kadry szalonymi pomysłami, pośród których starcia z greckimi bogami nie wyróżniały się aż tak bardzo.

Kolejne lata upływały w rytm coraz bardziej dramatycznych i spektakularnych crossoverów angażujących członków Ligi, jak np. „Kryzys tożsamości„, aż nastał rok 2011, który przyniósł czytelnikom „Flashpoint: Punkt krytyczny” zaprojektowany przez Geoffa Johnsa, obecnie jednego z najbardziej wpływowych ludzi w DC. Jego opowieść o Flashu, który cofa się w czasie, by powstrzymać morderstwo matki i powoduje jednocześnie paradoks – była podwaliną pod kolejny restart uniwersum.

New 52 (u nas znane jako Nowe DC Comics) wystartowało właśnie z 52 seriami i prezentowało odmłodzonych bohaterów. Opowiadano ich genezę na nowo i zmieniano sporo szczegółów, np. Superman nie był już z Lois Lane. Inaczej wyglądały też starcia z Darkseidem czy Anti-Monitorem.

DC postawiło sobie za cel – podobnie jak w przypadku „Kryzysu na nieskończonych Ziemiach” – obniżenie progu wejścia dla nowego pokolenia czytelników. Udało się połowicznie, bowiem poszczególne serie natrafiły na bardzo różny odbiór. Nawet Scott Snyder, początkowo chwalony za przygody Batman, do których wprowadził Trybunał Sów, zaczął powoli obniżać loty i zbierać za to cięgi. Wielu starszych fanów też kręciło nosem na zmiany.

Dlatego w 2016 roku postanowiono, znowu z inicjatywy Geoffa Johnsa, upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Nastąpił kolejny, tym razem miękki, restart, firmowany szyldem „Odrodzenie„. Jego głównym założeniem jest przywrócenie „nadziei” i zespolenie najlepszych elementów z New 52 oraz uniwersum sprzed Flashpointu. Jednocześnie zaś być swoistym rozliczeniem z mrocznym dziedzictwem „Strażników”. Odniesienia do słynnej powieści graficznej i jej bohaterowie stanowią zresztą istotny element nowych historii DC.

Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę i sprzedaż wielu wiodących serii poszybowała w górę i spotkał się z aprobatą czytelników. Zainspirowany sukcesem DC Marvel spróbował podobnego manewru ze swoim Legacy, ale nie wywołało to aż takiego aplauzu jak próba przywrócenia blasku Lidze Sprawiedliwości.

Droga na ekran

Drużynę najpierw poznali widzowie telewizyjni za sprawą serialu „Super Friends” wyprodukowanego w studiu Hanna-Barbera. Występ gościnny Scooby-Doo był więc nieunikniony. Serial trwał przez blisko trzynaście lat.

Swoistą rewolucją, pomagającą zjednać dojrzalszego odbiorcę była linia animacji zapoczątkowana przez „Batman: The Animated Series” Bruce’a Timma, po której pojawił się „Superman: The Animated Series”, a w konsekwencji, w 2001 roku doczekaliśmy się zrealizowanego z podobną starannością serialu „Justice League” (później: „Justice League Unlimited”), który zadebiutował na Cartoon Network. Produkcja była śliczna i traktowała widzów oraz historie bohaterów z należytym szacunkiem. Oczywiście, okazała się sporym sukcesem i przypieczętowała dominację DC na polu filmów i seriali rysunkowych.

DC wyprzedziło na tym polu Marvela i zasypało rynek bardzo porządnymi animacjami, także pełnometrażowymi, z kilkoma dobrymi Batmanami („Mask of Phantasm”, Under the Red Hood”) i „Flashpoint Paradox” na czele. Liga Sprawiedliwości, zarówno w grupie, jak i za sprawą występów solowych – wygodnie rozgościła się w telewizji oraz na rynku DVD. Zmierzają do nas zresztą kolejne inkarnacje, jak „Justice League Dark”, w której pojawić się ma np. John Constantine.

Inaczej ma się sprawa z kinem. Droga Ligi Sprawiedliwości na srebrny ekran była długa, wyboista i zaczęła się od kilku porażek. W 1997 dostaliśmy telewizyjny film „Justice League of America”, który w istocie stanowił pilot nigdy niewyemitowanego serialu i nie opowiadał o żadnym z wiodących herosów.

Prawdziwie smutny był jednak rok 2007, kiedy Liga już była w ogródku, już witała się z gąską. Film miał nosić nazwę „Justice League: Mortal”. Istniał gotowy scenariusz pióra Michele i Kiernana Mulroney, a na fotelu reżysera zasiadał nie byle kto, bo sam George Miller, ojciec Mad Maxa. Na przeszkodzie stanął strajk scenarzystów w Hollywood, problemy podatkowe w Australii (gdzie Miller chciał kręcić film), a niektórzy mówią też, że studio nie chciało wprowadzać widzów w błąd ze względu na obecność niepowiązanej z uniwersum „Trylogii Mrocznego Rycerza” Christophera Nolana.

Podczas gdy Marvel konsekwentnie wypuszczał kolejne, lepsze lub gorsze filmy, wylewając fundamenty pod najdroższy serial kinowy w historii, DC potykało się o własne nogi. Kolejny cios nadszedł w momencie, gdy zdecydowali się podłapać koncepcję konkurencji i tworzyć wspólny kinowy świat. Ból zadał Green Lantern o pomalowanej CGI twarzy Ryana Reynoldsa. Film był tak zły, że został wykluczony z procesu światotwórczego, a Hal Jordan w Lidze się nie pojawia.

Próba upichcenia „Ligi Sprawiedliwości” według Zacka Snydera powodowała kręcenie nosem u widzów zgłodniałych ekranizacji. Optymizmem nie napawały już przystawki. „Człowiek ze stali” choć miał przebłyski świetności, podzielił odbiorców. „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” okazał się filmem zwyczajnie słabym i niekompletnym, podobnie jak kręcony po sąsiedzku „Legion samobójców” Davida Ayera. Zwiastuny opowieści o największej drużynie DC zapowiadały jednak odrobinę inny, prostszy i bardziej zabawny obraz. Nawet muzyka prezentowana w ramach materiałów promocyjnych – ze świetnym coverem „Come Together” w wykonaniu Gary’ego Clarka Jr. – budowała bardziej pozytywną atmosferę naokoło produkcji.

Choć i podczas finiszu nie obyło się bez wybojów. Snyder odszedł z projektu ze względu na sytuację rodzinną, a jego miejsce zajął znany z „Avengers” i „Buffy: The Vampire Slayer” Joss Whedon. Powierzono mu zadanie zrealizowania zakrojonych na szeroką skalę dokrętek i generalnego przerobienia filmu.

W chwili, kiedy czytacie te słowa, przynajmniej część z Was mogła się już przekonać, czy Warner Bros. i DC wyciągnęło coś z poprzednich niepowodzeń. Oraz czy Liga stanęła na wysokości zadania i obroniła uniwersum przed box office’ową anihiliacją.

Kategorie
większe kawałki
Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który potrafi płynnie przejść od słodkiego lenistwa do nadaktywności – i z powrotem. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, rozmaitych hobby, a czasem nawet w otchłań studiów. Publikował, w „Science Fiction Fantasy i Horror”, „LiteRacjach” oraz w portalach internetowych – GRY-Online, Kawernie, Szortalu, Onecie. Od 2014 regularnie pisuje do Dzikiej Bandy.

Dodaj komentarz