Laser Unicorns
większe kawałki

Kung Fury – Eightiesowi naziści muszą umrzeć

O filmie, który powstawał w ciasnym pokoju, a jego twórca musiał sprzedać kanapę, by w ogóle zacząć go kręcić, usłyszeliśmy jakoś tak przed rokiem. Wtedy to właśnie David Sandberg – reżyser – wraz ze swoją ekipą opublikowali pierwszy trailer „Kung Fury” w ramach zanęcacza na Kickstarterze.

Nie mogło nie chwycić, bo czegóż tam, w owej zapowiedzi, nie było! Samotny policjant, mistrz kung-fu, który cofa się w czasie, by pokonać Hitlera?! A wszystko w przestylizowanych kolorach, doprawione czerstwymi one-linerami i zawodzącą muzyką prosto z filmów z Van Dammem.

Umówmy się, są takie rzeczy, na które poleci większość Internautów. Na czele tej listy, wyżej nawet niż porno – tak, wiem, ryzykowne stwierdzenie – jest dobra parodia, umyślnie złe kino, z prawdziwie wykręconymi pomysłami i nutką nostalgii. W tym przypadku zwłaszcza ta ostatnia zadziałała na bodaj najważniejszą grupę potencjalnych wspierających – dzisiejszych trzydziestolatków, dość młodych, by się projektem nakręcać, a jednocześnie już ustawionych finansowo i mających możliwości, by wspierać cudze marzenia i swoje fantazje. Oczywiście się udało, oczywiście zbiórka „przekroczyła najśmielsze oczekiwania twórców”, którzy szczerze wzruszeni zapowiedzieli, że dadzą z siebie wszystko. A potem o projekcie trochę ucichło i świat zastygł w oczekiwaniu.

Do czasu. Nie tak dawno bowiem wystrzelił w sieci – i natychmiast zrobił furorę – teledysk promujący obraz. Piosenka „True Survivor” z porządnym klipem zawierającym masę scenek z filmu była z jednej strony mocno prześmiewcza, ale z drugiej wykonano ją bardzo profesjonalnie, zarówno w sferze muzyki, jak i tekstu. Na tyle zresztą uniwersalnego, że gdyby ktoś puścił mi ją w radiu i powiedział, że to jeden z hitów playlisty z pierwszej połowy lat osiemdziesiątych, uwierzyłbym bez wahania. Tym jednak, co przekonało ludzi do kawałka i zapewniło jej efekt viralowy był wokalista – legenda telewizji, pierwszy marvelowski Nick Fury czyli nikt inny jak tylko sam David Hasselhoff!

Nic dziwnego, że zamieszanie wybuchło na nowo, a coraz liczniejsze grono ludzi zainteresowanych projektem nerwowo zaczęło wyglądać dnia dwudziestego ósmego maja, na kiedy to zapowiedziano uroczystą, internetową premierę filmu.

Wreszcie wyczekiwany czas nadszedł. W chwili, gdy piszę te słowa, jest kwadrans przed północą, a choć Youtube, gdzie film wystawiono, jeszcze nie zliczył wyświetleń – mówiąc nam jedynie, że jest ich ponad trzysta – to liczba przeszło dwunastu tysięcy wzniesionych w górę kciuków mówi sama za siebie. Udało się. Półgodzinna szwedzka produkcja spodobała się wyczekującym jej fanom…

Też jestem po seansie. A tak naprawdę po dwóch, bo właściwie ledwie przebrzmiała finałowa piosenka, odpaliłem całość ponownie. Bo oto powstało małe arcydzieło świadomie złego kina i bodaj najlepszy hołd dla Eightiesów od czasu gry „Dragon Blood” na silniku Far Cry.

Fabuła „Kung Fury” nie okazała się wiele głębsza niż ta, którą zaserwowano nam w trailerze. Oto jest sobie policjant – mistrz sztuk walk i przy okazji wybraniec, choć nie wiadomo do końca kogo i czego – który z pełnym poświęceniem wykonuje swoje obowiązki w zalanym przestępczością Miami. Roboty ma co nie miara, bo zagrożenie stanowi wszystko – od deskorolki po automat do gier. Niezwykła efektywność idzie w parze z bezkompromisowością, a co za tym idzie, również ogromnymi zniszczeniami podczas wykonywania akcji, więc kapitan postanawia przydzielić bohaterowi partnera. Zanim to jednak nastąpi, pojawi się i narobi zamieszania… Adolf Hitler, przez wielu uważany za zaginionego zbrodniarz i mistrz sztuk walki. Kung Führer Trzeciej Rzeszy. Skutki jego działań zmuszą bohatera do cofnięcia się w czasie, by powstrzymać zbrodnie Hitlera w zarodku. Ale że po drodze poszło coś nie tak w programie hakującym…

Nie, to już sami zobaczycie, bo nie będę Wam psuł zabawy. Zwłaszcza, że ta jest naprawdę przednia.

Przede wszystkim bowiem hołd jest tu oddany na wszystkich poziomach. Fabularnie dostajemy większość klisz czy fabularnych schematów, jakimi żyły lata osiemdziesiąte. Jest policyjne kino o samotnych twardzielach, jest fascynacja Shaolin i sztukami walki, rosnące zainteresowanie komputerową technologią znane chociażby z „Tronu” czy „Gier wojennych”. Mamy tu trochę noiru „Czarnego Deszczu” Scotta, „Ulice w ogniu” Hilla, Miliusowego Conana i wszystkie jego tanie pochodne, a nawet He-mana i japońskie anime. Wreszcie, gdy się już tego nikt w zasadzie nie spodziewa, dostajemy przez łeb kombosem serialowej klasyki doprawionej… Kubrickiem.

Dialogi i żarty nie odbiegają od tego, co dostawaliśmy w produkowanych seryjnie filmach tamtego okresu. Proste gierki słowne (jak „tank you” po grzmotnięciu ludzi czołgiem), czy znane cytaty umieszczone w nowym kontekście (Thor i jego MC-Hammerowskie „Stop!Hammer time”), które nie zawsze działały w produkcjach robionych na bardziej poważnie, tu działają wyśmienicie poprzez ich nagromadzenie, ale nade wszystko absurdalność i w tej absurdalności oczywistość. No bo co możesz powiedzieć, stając ze spluwą nad automatem do gier, który ożył, zaczął zabijać ludzi w około i dopiero przed chwilą legł na ziemi pokonany przez twoje kung fu i spluwę? Czyż „Game over” nie nasuwa się samo?

Tym, co zachwyciło mnie jednak najbardziej, jest wizualna i muzyczna oprawa. I nie chodzi tu teraz o efekty specjalne, choć te – zwłaszcza biorąc pod uwagę chałupniczość produkcji – robią wrażenie. Mam na myśli bardziej przesycenie barw, fałszującą momentami muzykę – motyw doskonale znany wszystkim, którzy zbyt wiele razy nagrywali tę samą taśmę VHS lub nie czyścili regularnie głowicy magnetowidu – czy wreszcie szumy, śnieżenie i niektóre sceny utracone przez to na lata. Dzielę z Sandbergiem ten podsycony masochizmem sentyment od czasu, gdy obejrzałem nowego, czwartego Rambo najpierw w świetnej jakości, a potem właśnie na specjalnie spreparowanej kopii. I to ta druga wersja chwyciła za serce…

Pół godziny. Tyle trwała frajda pierwszego razu. Ale dla wielu z Was, zakładam, przygoda z „Kung Fury” się na tym jednym razie nie skończy. Będziecie oglądać ze znajomymi i sami na chandrę lub szukając smaczków, dołączycie do swojego repertuaru „teraz ja” na każdym kolejnym youtubeparty, w jakie prędzej czy później przerodzą się Wasze domówki. I słusznie zrobicie, bo ta produkcja, owoc pasji, hołd dla dzieciństwa wielu z nas i dla całej tej niezwykłej przecież ery VHS, warta jest całego Waszego czasu jaki zabierze Wam teraz i w przyszłości.

A jak Hackerman poskłada to i owo do kupy, to pewnie tego z przeszłości – nawet odległej, gdzie na laserowe dinozaury poluje się z gatlingiem – też.

Kategorie
większe kawałki
Jakub Ćwiek

Jakub Ćwiek – publikując od dekady, miksuje różne podgatunki fantastyki z mediami innymi niż literatura. Tak powstał filmowo-serialowy „Kłamca”, ukazujący kult gwiazd jako nową mitologię, rockowy „Dreszcz” będący komiksem zaserwowanym w postaci prozy, tworzący wizerunek polskiego superbohatera czy „Chłopcy”, którzy nawet z najwygodniejszego fotela zabierają czytelnika na pustą drogę ciągnącą się aż po horyzont. Łącznie szesnaście tytułów. A gdy książki trafiają już do wydawnictwa, Kuba preleguje, podróżuje po świecie, grywa na gitarze, pisze teksty piosenek, scenariusze i felietony. Jego bohaterowie doczekali się komiksów, LARP-ów, filmów krótkometrażowych, adaptacji teatralnych, słuchowisk, gry karcianej i serii koszulek. Rock&Read Festival pokazało nowy sposób zabawy literaturą i rockiem, a gdzieś pomiędzy tym wszystkim Ćwiek znalazł jeszcze czas, by uścisnąć ręce Bruce’a Willisa, Jossa Whedona i Stephena Kinga oraz by założyć Browncoats of Poland. Za opowiadanie „Bajka o trybach i powrotach” otrzymał Nagrodę Fandomu Polskiego im. Janusza A. Zajdla.

Komentarz
  • Youtubeast
    30 maja 2015 at 01:27
    Skomentuj

    Niby taki znawca popkultury, a pojechał po standardach, którymi operują „80′ kids” z grudnia 89. Do rozpoznania stylu muzycznego, który też był inspiracją dla tego filmu, będzie zapewne potrzebował google.
    Sorry, ale tekst wygląda jak podpięcie pod popularny temat. Lanie wody.

  • Dodaj komentarz