większe kawałki

Kultura LGBT, czyli kręcąc się wokół własnego ogona

Długo oczekiwany, w końcu wszedł na polskie ekrany, nagrodzony Teddy Awards na tegorocznym Berlinare film Małgorzaty Szumowskiej: „W imię…” Dużo się o nim mówi i pisze (recenzja TUTAJ) w praktycznie każdym liczącym się medium, sama reżyserka określana jako kontrowersyjna, aktor główny, czyli Andrzej Chyra udzielają wywiadów, itp.,itd. Powiedzmy sobie szczerze, nie dzieje się tak dlatego, że to „film gejowski” – bo nim nie jest. Jest to film o człowieku, w dodatku księdzu, który ma gigantyczny problem ze swoją seksualnością i jej brakiem akceptacji po pierwsze w sobie, a po drugie w tzw. społeczeństwie. A to zmienia postać rzeczy i to bardzo.

W ciągu dwóch tygodni poprzedzających polską premierę obrazu Szumowskiej – na polskie ekrany weszły dwa „filmy gejowskie”: „Siła przyciągania” (Marc, policjant, robiący karierę, to niby “zwyczajny facet”, ma narzeczoną, która spodziewa się jego dziecka. Pewnego dnia w szkole policyjnej pojawia się nowy kadet. Marc się w nim zakochuje. Rozdarty między rodziną a nowymi emocjami, czuje jak jego życie wali się w gruzy) oraz „Lada dzień” (historia autentycznej batalii sądowniczej, jaką musieli stoczyć dwaj geje o prawa do opieki nad nastolatkiem z zespołem Dawna, którym się zaopiekowali).

O tych obrazach wiedzą nieliczni, dystrybuowane są głównie w kinach studyjnych. Nie mają prasy ani publicity. Dlaczego? Prawda jest prosta – dlatego, że mas kino które dostaje etykietę “gejowskiego” czy “lesbijskiego” nie interesuje. Po prostu.

Jako naród, jesteśmy obecnie dużo bardziej tolerancyjni i otwarci na sprawy LGBT. “Podążamy” za Zachodem, trochę opieszale w pewnych kręgach społeczeństwa, ale przecież nie tylko w tym tkwi problem (rynek i tak się nie przejmuje “moherowymi beretami” oraz rzeszami emerytów i rencistów, gdyż nie dysponują siłą nabywczą).

Paradoks sytuacji polega na czymś zupełnie innym – na niewygodnym fakcie, że kultura LGBT “przemawia” wciąż głosem z podziemia – promuje sie różnymi kanałami (gejowskie kanały w Internecie, oficyny, portale, etc.) tworząc kolejne nisze, na które nikt z tzw. “heteryków” nie zwraca uwagi, nie zwraca w dużej mierze dlatego, że nie wie że istnieją.

Do sztandarowych przykładów należy najprężniej działająca na polskim rynku firma dystrybuująca kino LGBT, czyli Tongariro. Na swojej stronie www, w zakładce “o nas” wyraźnie daje do zrozumienia, że jest adresowana do wybranych odbiorców: “Nasza działalność zrodziła się jednocześnie z buntu i z pasji filmowej. Jeszcze do niedawna nikt nie sprowadzał do Polski kina gejowskiego i lesbijskiego, a przecież na świecie co roku powstają dziesiątki filmów tego gatunku…. Filmy te oddają głos osobom, które w kulturze głównego nurtu są nieobecne lub przedstawiane stereotypowo i karykaturalnie…. Większość tych filmów została nakręcona przez samych gejów i lesbijki, którzy w barwny sposób opowiadają o swoim świecie, walce i pragnieniach…. Chcemy przybliżyć to kino i sprawić, by było ono dostępne w naszym kraju dla każdego, kto odważy się po nie sięgnąć.”

Czy aby na pewno tak jest? Czy jest tak dalej i wciąż? Czy potrzeba szczególnej odwagi by “skonfrontować się” z faktem, że facet może kochać faceta? Nie sądzę. Dopinana jest tu etykieta, która wydaje mi się mocno na wyrost. Siła i powaga tych słów jest taka, jakby chodziło o namawianie do oglądania “gejowskiego porno”. A tymczasem mowa jest o filmach, w których seksu jest najczęściej całkiem mało, za to dużo uczuć, wzruszeń, emocji, ludzkich frustracji, lęków i trudnych wyborów – jak w życiu.

Zdaję sobie sprawę z tego, że w początkach kina, jako sztuki – nie bójmy się tego określenia – stworzonej z myślą o rozrywce dla mas – w najbardziej prostym tego słowa znaczeniu (a nie dzisiejszym czyli “produkt masowy”, rozumiany jako potrzebny statystycznie milionom) kino miało dostarczać rozrywki, a nie poruszać “trudne tematy”. Zresztą nikt, kto choć trochę interesuje się dziejami rozwoju Hollywood, nie ma najmniejszych wątpliwości co do tego, że zarówno w 1934 roku, w którym powstał tzw. Kodeks Haysa, zakazujący pokazywania w filmach jakichkolwiek związków homoseksualnych, aż do czasów zamieszek w stanie Nowy Jork, w początkach lat 70tych zeszłego stulecia, które stały sie początkiem ruchu “Gay Liberation” – w amerykańskim przemyśle filmowym nie brakowało ani aktorów, ani producentów, ani reżyserów o orientacji homoseksualnej. Nie wszyscy sie z nimi kryli, choć większość tak. Powód, dla którego zwłaszcza aktorzy nie przyznawali sie do swojej orientacji seksualnej był zawsze ten sam: obawa przed odrzuceniem przez publiczność. No bo jak tu promować przystojnego aktora, do którego wzdychają nastolatki i ich matki, gdyby podać do publicznej wiadomości, że lubi jednak chłopców? Z marzeń o księciu z bajki, nici! A filmy muszą się sprzedawać. Banalnie proste i okrutnie prawdziwe.

Dopiero właśnie w latach 70tych, zaczęto produkować filmy, w których poruszano wątki, wcześniej wykreślane przez cenzurę, lub nie dopuszczane na ekran i wycinane w montażu (to przypadek dzieł tak znanych jak: “Kotka na gorącym blaszanym dachu” Brooksa, czy “Spartakus” Kubricka). Niekiedy jednak – scenarzystom i reżyserom udawało się sprytnie obejść cenzorskie nożyce i “przemycić” zakamuflowane wątki homoseksualne w filmie: tak było w przypadku ikonicznego obrazu dla ruchu LGBT, czyli “Ben Hura” Wylera. Odnosi się do tego w swoim obrazie z 2011 roku pt. ” Parada” Sdrjan Dragojevic (w kinach w Polsce w tym roku – recenzja TUTAJ).

Dzisiaj nikogo nie obchodzi, że znany aktor czy aktorka „kocha inaczej”. Ludzie dalej uwielbiają komedie z Rockiem Hudsonem (choć był gejem) i Doris Day, niezbyt ich obchodzi, że Marlon Brando też lubił czasami z chłopakami. Czy to umniejsza „Tramwajowi zwanemu pożądaniem”?

Na tegorocznej gali Złotych Globów, Jodie Foster, przy okazji otrzymania nagrody imienia Cecila de Milla za całokształt twórczości wygłosiła płomienne przemówienie na temat skrywanej przez kilka dekad orientacji homoseksualnej (która nota bene była tajemnicą Poliszynela w Hollywood). Czy to znaczy, że już nigdy w niczym nie zagra? Nie sadzę.

W tym miejscu przejść chciałabym do sedna tego tekstu, którego podstawę stanowi ta właśnie, wzmiankowana na początku – niewygodna politycznie teza, że wytwory kultury adresowanej do LGBT – niestety – cały czas obracają się w zamkniętym kręgu podziału na “My” versus “Oni”, czyli tym, z czym de facto walczy to środowisko od lat.

Dlatego też dziwi mnie niepomiernie, że gros kultury adresowanej do odbiorcy LGBT – to produkty (filmy, gry) które tych barier i lęków nie próbują przełamywać – choć przecież środowisko to od lat twierdzi, że „walczy z nietolerancją” i żąda tych samych praw, które mają osoby heteroseksualne. Tymczasem znaczna jej część jest niestety zwyczajną podróbą lub prostacką przeróbką, a jedyny “wkład własny” jaki wnosi – to bohaterów o homoseksualnej orientacji. Sztandarowym przykładem jest w tym wypadku niewątpliwie film pt. “ At twilight come the flash eaters” z 1998 roku, autorstwa niejakiego Vidkid Timo. Jest to bowiem film pornograficzny oparty w całości na “Nocy żywych trupów” George A. Romero. Tezę tę potwierdzają także gry komputerowe: “My ExBoyfriend the space tyrant” (oparta na komiksach Pierce ‘a Anthony’ego), lesbijskie wersje przeboju Nintendo z 1986 roku pt. “Metroid” oraz GTA (Grand Thef Auto).

Moim zdaniem to słabe i świadczy jedynie o tym, że tworzenie dla Środowiska LGBT w jego zamkniętych kręgach – bo twórczość ta jest promowana głównie na portalach, stworzonych z myślą o tych jedynie odbiorcach – tworzy kolejny zamknięty krąg, w którym bez końca można ogrywać wciąż tę samą śpiewkę: Oni mają “swoje” i My mamy “swoje”.

Powiem wprost, co myślę: uważam, że jedyna droga do tego by kultura masowa wchłonęła, czytaj – przyswoiła kulturę LGBT jako “część siebie” jest nie uprawianie podziału, wprowadzanie jej w szeroki obieg. I myślenie o niej (przez jej twórców z LGBT) jako części świata, po prostu. A nie ‘innego świata’. Nie ma innej drogi. Wydaje mi sie dość smutne, a zarazem kompletnie bezsensowne powtarzanie błędów przeszłości: dreptanie tymi samymi ścieżkami, z wyleniałym mocno od wieloletniego używania sztandarem. Twierdzenie, że trzeba mieć odwagę by sięgać po tematy LGBT w popkulturze buduje kolejną zaporę miedzy tymi, którzy są nią żywo (czytaj życiowo zainteresowani), a tymi, którzy mają horyzonty szersze niż “Średniowiecze”. Najprawdopodobniej wszyscy kinomani pamiętają dobrze jedną z najbardziej urokliwych komedii w dziejach kina, czyli “Cztery wesela i pogrzeb” Mike’a Newell’a, w której to jednym z wątków jest związek pary gejów, oraz mowa pogrzebowa jednego z nich, po śmierci ukochanego. Dlaczego o tym piszę, ano dlatego, że mam głębokie przekonanie, że wiele osób szczerze wzruszyła. Ale nie dlatego, że była “gejowska” – tylko dlatego, że była uniwersalnie poruszająca.

Zresztą od tego właśnie filmu nastała w kinie „moda” na postać geja jako najlepszego przyjaciela kobiety, homoseksualny facet otrzymał w przemyśle filmowym „inną twarz”: wrażliwą, empatyczną, a przede wszystkim pełną zrozumienia dla kobiecej „zmiennej natury” i meandrów jej emocjonalności. Apogeum tej zmiany osiągnięto w serialu „Seks w wielkim mieście”, który postać geja – wywindował, że tak to ujmę na szczyt: gej najlepszym przyjacielem kobiety! Ba, nawet w Polsce mieliśmy swój odpowiednik tego trendu w masowej kulturze – skopiowany do serialu „Magda M”, który świecił triumfy wysokiej oglądalności w TVN.

Jednak nad Wisłą nic się nie zmieniło od tamtej pory, to znaczy postać geja w popkulturze utknęła na mieliznach wizerunkowych sprzed 10 lat. Podczas gdy w Ameryce powstały produkcje które bez „obcyndalania się” – były całkowicie poświęcone tematyce kwestii gejowskich, z przełomowym „L Word” na czele, które doczekało się aż sześciu sezonów. „The new normal” nie poszło już tak dobrze, w każdym razie opowieść o samotnej matce, która zostaje surogatką da gejowskiej pary skończyła żywot w sezonie drugim.

Bo nie jest tak, że mnie – heteroseksualną kobietę – nie interesuje świat, który dotyczy ludzi z kręgów LGBT. Chce ten świat poznawać, chce wiedzieć i rozumieć z czym się boryka. I najbardziej lubię i szanuje ten głos twórców, który nie podkreśla, że się tak strasznie od siebie różnimy. Bo moim zdaniem nie różnimy sie wcale, poza jednym, dla mnie akurat – najmniej ważnym szczegóoacute;łem, którym są preferencje seksualne. Twierdzę tak, dlatego, że szczerze mówiąc, nigdy nie przyszło mi na myśl, oglądając filmy poruszające tematykę gejowską lub transseksualną, takie jak: “Przyjęcie weselne“, Philadelphia”, “Priscilla, królowa Pustyni”, “Happiness” “Milk” “Transamerica”, “Tajemnica Brokeback Mountain”, “Samotny mężczyzna” “Zupełnie inny weekend” aby rozpatrywać je w kategoriach politycznych, czyli takich, że “walczą o słuszną sprawę” lub że opowiadają rzeczy, których nie mogę pojąć, zaakceptować czy zrozumieć. Tyle tylko, że są to po prostu dobre lub bardzo dobre filmy, które powiadają o świecie nas – ludzi, wszystkich ludzi. I to mnie osobiście wydaje się najlepsze, co można zrobić dla środowiska LGBT, znacznie lepsze niż produkowanie gniotliwych podrób lub podkreślanie, jakie to fajne, że powstała wersja dla “kochających inaczej”.

Kategorie
większe kawałki

Dodaj komentarz