Joel Jurion
większe kawałki

Księżniczki z krainy Disneya

Od paprotki do pracującej dziewczyny, czyli rzecz o tym jak wyglądała ewolucja postaci księżniczki w bajkach Disneya.

Kilka dni temu studio Walt Disney Pictures dumnie ogłosiło wieść o wchodzącym w fazę produkcji nowym filmie animowanym tej marki. „Moana” do kin wejść ma pod koniec 2016 roku. Ponoć traktować będzie o  polinezyjskiej żeglarce sprzed dwóch tysięcy lat. Dziewczyna wyrusza w podróż, by odnaleźć legendarną wyspę.

Internauci zareagowali wysypem komentarzy, wahających się w tonie od „Znakomicie! Więcej samodzielnych, przedsiębiorczych kobiet u Disneya!” do szyderczego  „I ona tak żeglować będzie zupełnie sama? Bez faceta, coby jej te wszystkie linki od żagla poprzywiązywał? Dziewczyna zniszczy sobie paznokcie.”

Disney posiada długą, krętą, niekiedy bolesną historię, jeśli idzie o portretowanie głównych postaci kobiecych (zwanych przeważnie, acz nie zawsze akuratnie „księżniczkami Disneya.”)

W świetle tej dyskusyjnej często spuścizny oba typy reakcji są uzasadnione.

Opowieść o przedsiębiorczej Polinezyjce będzie 56 z kolei pełnometrażową animacją studia spod znaku Myszy. Całokształt tego dorobku znany jest tylko pasjonatom. Przeciętny adresat disneyowej twórczości (czyli każde byłe bądź aktualne dziecko) potrafi rozpoznać postacie z co najwyżej kilkunastu filmów. Tak się składa, iż te najsławniejsze za bohaterki miewają księżniczki.

Te prześliczne kolorowe animacje trafiają pod większość strzech. Zakres ich kulturowego oddziaływania na młodą, umysłowo chłonną publiczność jest nie do przecenienia. Feministki wszystkich pokoleń zgodnie piętnują lukrowany świat Disneya jako źródło wszelkiego zła. I nie tylko one. Nie ma co tu kryć: standaryzowane losy przeciętnej koronowanej bohaterki Disneya przeprały mózgi całym generacjom. Niegdyś małych dziewczynek, dziś już dorosłych kobiet. Pojęcia tak odległe od życia, jak „jedyna prawdziwa miłość od pierwszego wejrzenia” zalegają w umysłach wielu pań. Czasem lata po ukończeniu przez owe panie szkoły podstawowej. A to wszystko za sprawą  Walta Disneya i jego ekipy.

Żyjemy w czasach, gdy modne jest rewizytowanie klasycznych kulturowych dekoracji i wywracanie ich na nice. Internet ocieka żrącymi od dowcipu komentarzami („Królewna Aurora radzi: Jak znaleźć męża? Zapadnij w śpiączkę, a sam się znajdzie”.) Byłoby jednak niesprawiedliwością nie zauważyć, że Disney, ten  matecznik wartości konserwatywnych także stara się iść z duchem czasu. Owszem, trwożliwie i niezbyt śpiesznie to idzie. Ale są efekty.

Prześledźmy ewolucję osobliwego zwierzęcia, zwanego Disneyowską księżniczką. Zanim rzucimy się na portrety jego pierwszych, klasycznych bohaterek, by roznieść je w strzępy w stuprocentowo sieriożnym, świętym oburzeniu…pamiętajmy, że obraz kobiety w popkulturze jest zawsze wypadkową jej aktualnej pozycji społecznej.

W roku pańskim 1937 nie była ona przesadnie wysoka.

To wtedy Walt Disney Pictures zadebiutowało „Królewną Śnieżką”.  Odniosło olbrzymi sukces. Rozpoznawalna odtąd na całym świecie charakterystyczna miękka kreska, nastrojowe musicalowe wstawki oraz tak zwany ciepły humor podbiły serca widzów małych i dużych. Co się tyczy tytułowej królewny: zapoczątkowała ona pierwszą generację Disneyowskich bohaterek. Pozwolę ją sobie roboczo określić jako „Śmierć mózgu.”

Do stawki poza Śnieżką należą też: tytułowy Kopciuszek (1950) oraz wspomniana wyżej Aurora, czyli „Śpiąca Królewna” (1959.) Wszystkie trzy panie posiadają miękkie, łagodne rysy twarzy, jeszcze miększe loki i dziewczęce, przyjazne dla ucha soprany. Tudzież usposobienie i intelekt zlobotomizowanej świnki morskiej. Znienawidzona przez zawistną macochę Śnieżka błąka się po lesie, by natrafić na opuszczona chwilowo przez lokatorów chatkę. Co robi nasze dziewczę? Ogarnia bałagan. Kiedy właściciele (banda brodatych liliputów) powrócą, sprzątanie, zmywanie i cerowanie ich znoszonych skarpet stanie się jej etatowym zajęciem.

 

Pozbawiona opieki rodzicielskiej Śnieżka trafia bezpośrednio pod bambosz wspomnianych liliputów. Ochrona jest jej bardzo potrzebna. Nasze dziewczę nie nauczyło się w dzieciństwie, by nie otwierać drzwi podejrzanym ludziom. A zwłaszcza, by nie przyjmować od nich jadalnych prezentów. Na szczęście dla tkniętej komatozą małolaty – i dla pogrążonych w szczerej żałobie krasnali (kto im teraz będzie prał?) w ich okolicę przypałętał się książę. Który chętnie ocali naszą bogdankę przed konsekwencjami jej bezmyślnych wyborów życiowych.

Królewna Aurora ma na historię, noszącą jej imię jeszcze mniejszy wpływ (o ile to w ogóle możliwe.) W powiciu przyobiecana synowi sąsiedniego królestwa, w wieku lat 16 doświadcza przelotnego spotkania ze swym przyszłym właścicielem…to jest, mężem. Kara jest surowa: dziewczę traci nieco krwi (ach, ta subtelność metafor)  i ląduje – tak, zgadliście, w śpiączce. Całą robotę w kierunku „i żyli długo oraz szczęśliwie” musi odwalić za nią książę. Appendix do  przesłania baśni: całowanie nieprzytomnych/wyglądających na martwe kobiet jest absolutnie w porządku. W latach 50. zapewne tak właśnie uważano.

Dziewczyna zwana Kopciuszkiem nie zalicza wprawdzie obowiązkowej komy. Jednak jej stan umysłowy trudno określić jako trzeźwy. Paskudnie sekowana przez władczą macochę i jej wredne córki, dzieweczka szuka psychicznego schronienia w bańce eskapistycznego idiotyzmu. Harujący za czworo Kopciuszek uparcie odmawia konfrontacji z rzeczywistością i zostaje za to wynagrodzony. Bliżej mu nieznana kobieta, przedstawiająca się jako matka chrzestna załatwi uciemiężonej pomocy domowej lewe wejście do lokalu, w ktorym można poznać wpływowego mężczyznę. Nasza bohaterka jest atrakcyjna fizycznie, toteż sprawdza się w swej nieskomplikowanej roli. Seks stanie się jej drogą do społecznego awansu. Bijcie, kościelne dzwony. Chciałabym cyniczny morał „Kopciuszka” nazwać głęboko nieaktualnym, ale niestety nie mogę.

„Śpiąca królewna” zaliczyła porażkę finansową, dlatego też Disney wycofał się z zaludnionego przez księżniczki terytorium w mniej lub bardziej udane opowieści o zwierzątkach. Trzeba było aż 30 lat, by decydenci studia odważyli się nawiązać do tematu. Nawiązaniem owym była „Mała Syrenka”, film, który tyleż nieodmiennie wzrusza, co irytuje do białości. Tytuł ów zapoczątkował nowy typ opowieści o księżniczce, będący znaczącym ulepszeniem poprzedniego. Bohaterki nowego rodzaju nie popadają już w kompletny zanik funkcji mózgu. Są (zaledwie) umysłowo niezrównoważone.

Przyjrzyjmy się Ariel, młodocianej córce króla mórz. Dziewczyna ma wszystko (prócz nóg.) Tknięta desperackim zauroczeniem, decyduje się na zawsze porzucić rodzinę oraz poświęcić swój wybitny talent (głos) w zamian za możliwość zbliżenia się do wybranka. Ten – na szczęście dla niej – okazuje się mężczyzną z klasą. Spotkawszy na plaży bezbronną, niemą naguskę ostatecznie poślubi ją, zamiast użyć i zostawić tam, gdzie znalazł.

Warto zwrócić uwagę, iż historyjkę tę wypuszczono w roku 1989. Lata 80. były czasem gwałtownych przemian. Kobiety amerykańskie masowo porzucały wydeptane przez ich matki kapcie nieodpłatnej pomocy domowej, by ruszać do biur i robic kariery (w paskudnych kanciastych marynarkach.) Ich niezależność zaręczała będąca już w powszechnym użyciu tabletka antykoncepcyjna. Jednocześnie pewne pułapy wciąż pozostawały dla kobiet niedostępne. Zaś kultura masowa tych czasów ochoczo promowała szowinistyczne do głębi kino akcji, w którym piękna płeć może co najwyżej robić za odpoczynek wojownika. Postać Arielki odbija ten stan rzeczy w krzywym zwierciadle. Bohaterka jest proaktywna; sama wyznacza sobie cel (zbliżyć się do księcia) i sama dąży, jak umie do jego wykonania (stąd nierozsądny pakt z podmorską diablicą.) Jednak do przeprowadzenia takiego planu konieczne jest bycie fizycznie olśniewającą. Zaś do ostatecznego zwycięstwa nad okolicznościami nieodzowny naszej syrence chłop.

Opowiadanie rzeszom, jak kobitka dosłownie wychodzi z siebie, by sprostać oczekiwaniom mężczyzny okazało się dla Disneya żyłą złota. Dwa lata później światło dnia powitała Bella z „Pięknej i Bestii.” Osóbka obdarzona zauważalnym intelektem, silną wolą oraz niestety – klasycznym Syndromem Sztokholmskim. W swej rodzinnej wiosce bohaterka miała jeszcze do wyboru próżnego, przygłupiego Gastona, więc jej rosnąca przychylność dla ładnie odzianego futrzaka może być też wyrazem desperacji. Widzowie znów zagłosowali nogami (film, jeden z ostatnich sprzed ery CG, jest zresztą przepięknie zrobiony) zaś w świat poszedł mem. Jeśli mający problemy z agresją facet odcina cię od świata i błaga, byś go nie opuszczała – to musi być Wielka Miłość.

W 1992 roku zaśmiewałam się w kinie na „Aladynie.” Miałam wówczas dziewięć lat i do głowy mi nie przyszło zadumać się nad faktem, że bystra i błyskotliwa sułtanka Jasmina ostatecznie wiążę swoje losy z kimś, kto perfidnie ją okłamał. A raczej – zmyślił sobie całą alternatywną biografię, by wkraść się w jej względy. Psst, psst, dziecię. Tak działa Wielka Miłość.

Rozkwitłe w pełni lata dziewięćdziesiąte przyniosły nam wiele rzeczy wspaniałych i odświeżających. M. in. chropowatą nutę grunge, modę na minimalizm oraz bohaterkę Disneya, która nie da sobie w kaszę pluć. Imię jej: Pocahontas.

 

Zaledwie trzy lata dzielą opowieść o indiańskiej księżniczce od perypetii Jasminy i Aladyna, a już cały paradygmat wywrócono na nice. Piękna córka wodza może mieć – i ma – decydujący wpływ na to, kogo poślubi. odrzuconemu zalotnikowi pozostaje się nadąsać. Nowy w Nowym Świecie John Smith ma się za łebskiego gościa, lecz świeżo poznana dziewczyna szybciutko uświadomi mu ogrom jego ignorancji. I także za to (poza tymi wspaniałymi nogami) nasz blondyn ją pokocha.

Warto odnotować, że o ile dla wcześniejszych bohaterek Disneya znalezienie sobie chłopaka było zwieńczeniem celów życiowych, to Pocahontas ma ważniejsze sprawy na głowie. Jej krajanie wikłają się w tragiczny konflikt z najeźdźcami i to temu wątkowi poświęcone będzie gros opowieści. Relacja z Johnem nie przetrwa natłoku brzmiennych w konsekwencje wypadków. Zaś dumna, przedsiębiorcza księżniczka pozostanie sobą. Nie – ucieleśnieniem czyichkolwiek marzeń.

Czternaście lat później ta ożywcza tendencja skumulowała się potężnie w postaci Tiany, pierwszej czarnej księżniczki Disneya (nie z urodzenia, lecz po mężu, ale zawsze.) Tiana, bohaterka „Księżniczki i żaby” nigdy nie marzyła o żadnym księciu i nie znalazłaby dlań czasu, nawet, gdyby sam się przypałętał.  Dziewczyna odkłada każdy ciężko zapracowany grosz, by otworzyć własną restaurację. W latach 30. w rasistowskim Nowym Orleanie. Ambitniej już nie można.

Gdy na jej drodze pojawi się Naveen – próżny, bezużyteczny, choć budzący sympatię obibok, swoją drogą – to jego trzeba będzie często gęsto ratować. Zarówno pracoholiczna bohaterka, jak i birbant-książę nauczą się czegoś ważnego o sobie w tym procesie. Zdobytą wiedzę, streszczającą się do:”Marzenia są bardzo piękne i ładne, ale żeby coś konkretnego osiągnąć, zakasaj rękawy i haruj!” przekażą publiczności.

Jedno trzeba przyznać Disneyowi. Nie cofa się z raz obranej drogi. Hasło „girl power” rozbrzmiewa dziśwyraziściej i bardziej triumfalnie niż kiedykolwiek? Studio potrafi grać do tej (ongiś obcej mu) melodii.

Dwa lata temu przedstawił nam Meridę, płomiennowłosą, choleryczną  królewnę starożytnych Szkotów. Nie wiem jak Wy, ale ja jako dziecko czekałam na taką bohaterkę całym sercem. Wyglądałam jej jak kania dżdżu. Protagonistka „Brave” nie dość, że szyje z łuku lepiej niż ogół dostępnych książąt, to jeszcze nie potrzebuje do szczęścia żadnego romansu. Jej perypetie wynikną z konfliktu z równie silną charakterologicznie matką. Jak na standardy, do których przyzwyczaił nas Disney – coś niesamowitego.

Wielu odebrało zeszłoroczną nowość Disneya, czyli nagradzane „Frozen” jako krok w tył względem buńczucznej Meridy. Co prawda oś opowieści skupia sie na relacji dwóch sióstr, nie zaś dziewczyny i jej wybrańca. Co prawda kiedy naiwniejsza z nich znajdzie sobie owego wybrańca, wybierze szokująco źle. Rzecz dzieje się w  królestwie rodem z baśni, ale bohaterki zmagają się z mało bajkowymi dylematami. Jedna przeżywa załamanie nerwowe, gdy jej panicznie skrywana, nieakceptowana społecznie odmienność (znowu te nie-tak-znowu subtelne metafory) wychodzi na jaw. Druga usiłuje pomóc siostrze. W efekcie o mało co skutecznie nie traci życia. Książęta i dziarscy chłopcy z ludu przepychają się, walcząc o miejsce w tle. Na próżno. „Frozen” jest niewątpliwie opowieścią o dziewczętach. Już nie o bezmózgich ozdobach doniczkowych ni materacach dla wojownika. O żywych, myślących, czujących dziewczętach.

Biorąc pod uwagę, że jest to również opowieść głównie DLA dziewcząt – zmierzamy jak się zdaje w rozsądnym kierunku.

Ciekawa jestem tej „Moany.”

Kategorie
większe kawałki
Nina Wum

Nina Wum – niedoszła absolwentka teatrologii. Recenzuje książki dla wydawnictw, czasem tłumaczy. Kocha kulturę tzw. masową miłością namiętną i nierozsądną. Czyta, słucha, łupie w gry, ogląda, przetwarza – niekoniecznie w tej kolejności.

Komentarz
  • ;)
    31 sierpnia 2015 at 22:29
    Skomentuj

    Fantastycznie wszystko opisane.
    Gratuluję

  • Dodaj komentarz