większe kawałki

Kino gatunkowe w Polsce

27 maja odbyła się konferencja, pod dumnym tytułem „O poprawie kina polskiego” podczas której wygłoszono manifest „naprawy polskiego kina”. W jaki to sposób? Ano poprzez przywrócenie go kinu gatunkowemu. Ciekawa inicjatywa, godna pochwały. Pytanie tylko czy można przywrócić coś co nigdy de facto w Polsce nie gościło? No i kwestia fundamentalna – czy przywracaniem gatunków winny zajmować się środowiska akademickie? Wszak od zarania dziejów gatunki to coś, czym akademicy brzydzą się najbardziej. Dlatego w odpowiedzi na ogłoszony manifest ponowiliśmy stworzyć własną listę obalającą mity narosłe dookoła tworzenia kina gatunkowego. Jeśli w końcu do świadomości twórców dotrze to, o czym mowa poniżej, być może kino gatunkowe zadomowi się u nas na dobre. Choć szanse na to są znikome.

Mit pierwszy: dobry scenariusz to gwarancja sukcesu.

        Prawdą jest, że podstawą filmu jest scenariusz, ale mając nawet genialny scenariusz, wciąż można nakręcić najgorszy film świata. Bo dobry fundament nie gwarantuje tego, że wzniesiona na nim budowa będzie dziełem sztuki. To zależy od wielu czynników, o których zdają się polscy filmowcy (i teoretycy filmu zapominać). Dla porządku zatem przypomnijmy:

Film to dzieło zbiorowe! Te długie listy nazwisk, z których skłądają się napisy końcowe to nie fanaberia reżysera, ani lista jego krewnych!

W historii kina naprawdę niewiele jest przykładów filmów nakręconych przez jedną osobę. Aby film miał swój kształt i dało się go obejrzeć musi poświęcić mu czas masa ludzi. W Polsce twórcom wciąż wydaje się, że to oni mają rację, a reszta świata się myli. Owszem mogą ją mieć, ale to i tak reszta świata ich utrzymuje, więc wypadałoby się z nią liczyć.

I nie chodzi tu o uleganie masowym gustom a zwyczajną pokorę. Jeśli sto osób twierdzi, że film jest źle zmontowany, to zapewne jest źle zmontowany. Twórca powinien zatem schować swoje ambicje do kieszeni i posłuchać tego z kim pracuje nad montażem. Być może montażysta już dawno temu radził wyciąć kilka scen, ale twórca się uparł? Rozumiemy to doskonale – nic tak nie boli, jak cięcie własnego materiału, ale na Boga czasami po prostu trzeba.

I tu znów dochodzimy do tego, o czym pisaliśmy chwilę temu – film to dzieło zbiorowe. Generałem dowodzącym armią jest reżyser, ale jeszcze żaden generał nie wygrał wojny bez żołnierzy, za to wielu ją przegrało uznając się za nieomylnych.

A zatem zanim zostaniecie Kubrickami (ukochany reżyser polskich akademików), Tarantinami, Nolanami czy Melvillami słuchajcie tych, z którymi pracujecie.

Jeśli napisaliście scenariusz dajcie go do przeczytania komuś obcemu. Nie ma gorszych doradców od znajomych i rodziny. Zazwyczaj nie będą mieli odwagi powiedzieć wam w twarz – to wielkie gówno, przepisz od nowa.

Pamiętajcie – nikt nie czyta w waszych myślach. Proste komunikaty na planie usprawniają pracę i pozwalają aktorom odnaleźć się w roli. Kręcenie filmu to tak naprawdę tworzenie życia w skali mikro – i więcej w nim krętactw, matactw, kłamstw i niedomówień tym spada jego jakość. Po prostu. 

Myślicie że wasza wizja jest kluczowa i nikt was od niej nie odwiedzie? To znaczy, że macie problem i to poważny. W manifeście dotyczącym przywrócenia gatunków polskiemu kinu pojawia się tytuł „Wściekłe psy”. Dobry tytuł, ale nie zapominajcie o tym, że nigdy by nie powstał, gdyby Tarantino kręcił go sam. Wspierali go przyjaciele! A on uwaga – tak jest! Słuchał ich rad. Dlatego udało się mu skończyć film tuż przed pokazem w Sundance. Jednym z tych, którzy mu pomagali był Lawrence Bender. Nie wpłynęli na wizję Tarantino, pomogli mu tylko przestawić kilka scen i przyspieszyli swoimi radami proces montażu.

Najważniejsze i kluczowe jest jednak to, aby pamiętać, że będąc reżyserem nie musicie znać się na wszystkim. W Polsce mamy samych speców od wszystkiego. A wiadomo jak coś jest od wszystkiego to jest do…

Reżyser to nie koleś od efektów specjalnych. Reżyser mówi – tu mają być efekty, a spec siedzi i je robi. „Martwe zło” wygląda tak dobrze, bo Raimi nie wtrącał się w efekty. Mówił co chce osiągnąć, a potem przyglądał się efektom pracy ekipy, która zna się na tym lepiej od niego.

Oczywiście zaraz rozlegnie się głos mądrzejszych, że bracia Coen, czy Kubrick mieli wizję i nie uznawali kompromisów, a my pleciemy kocopały, oczywiste oczywistości i na dodatek w mentorskim tonie. Owszem ton jest mentorski, ale wynika to z tego, że czasami warto przypomnieć sobie rzeczy oczywiste.

A co do wizji… Owszem Coeni ją mają, Kubrick miał. Ale bez Nicholsona „Lśnienie” nie byłoby filmem genialnym. A bracia Coen pracują z zaprzyjaźnioną filmową ekipą od końcówki lat 70. Film to dzieło wspólne – czy wam się to podoba czy nie.

Mit drugi: kasa, kasa, kasa

Kasa jest ważna. Bez kasy nie da się nic zrobić, ale zasłaniać się brakiem kasy i nic nie robić, to już raczej kpina.

„Noc żywych trupów” powstała w zasadzie bez budżetu. „Mgła” podobnie. „Martwe zło” – pamiętajcie o tym, że jest tak krwawe, bo twórcom skoczyła się kasa na aktorów.

Jak się chce nakręcić film, to się znajdzie na niego pieniądze. Nie ograniczajcie się do marudzenia, że PISF nie dał, Ministerstwo olało, a Polska to kraj, w którym nikt nie szanuje twórców. Jest takie powiedzenie, że idealny biznesmen powinien: w jednej trzeciej być genialnym wizjonerem, w jednej trzeciej genialnym księgowym, a w jednej trzeciej genialnym skurwysynem (pisownia za oryginałem). Dokładnie tak samo odnosi się to do filmu. Świat jest pełen tych którzy byli genialni tylko nikt nie chciał w nich zainwestować. Podobnie jak tych, którzy dostali pieniądze i je przewalili. Najmniej jest tych, którzy mieli świadomość, że kasa, twórczość i efekt końcowy to zamknięty krąg. Ale kilku by się znalazło patrz: Spielberg, Tarantinio, Kubrick, Coeni, Nolan, Raimi, Snyder… 

Mit trzeci: widz jest nieważny

Piekło wybrukowane jest filmami, których nikt nie oglądał.

Oglądamy polskie filmy niezależne i mamy wrażenie, że odbiorca to ostatnia osoba o jakiej myśleli ich twórcy. „Swing” jest zabawny? „Twoja stara baśń” też? I to w ogóle są filmy? Źle zmontowane, nakręcone tak, że oczy bolą a głowa puchnie. Kamera lata po katach, obraz nieostry. Wiemy: budżet. Ale dla nas to nie wytłumaczenie! I znów przywołajmy „Noc żywych trupów”. 100 tys. budżetu. Pamiętacie scenę, w której wybucha ciężarówka i zombie jedzą ludzi? Ponieważ ekipa nie miała kasy na efekty zombie naprawdę jedli: żeberka i kiełbaski oblane ketchupem. Gdyby Romero zdecydował się na zbliżenia wyszłaby najśmieszniejsza scena w historii kina. Ale kamera jest daleko, pokazuje tylko horror sytuacji. Brak kasy zawsze można ograć! „Mgła” Carpentera i jej legendarne otwarcie… Oni naprawdę stłukli 40 litów mleka. Jedno ujęcie, odliczona kasa na mleko i szybę w sklepie. Gdyby coś poszło nie tak – nie byłoby sceny.

Polskie filmy mają jeszcze jeden problem. Poza tym, że nie dbają o efekty specjalne, ustawienia kamery itp., to jeszcze za nic mają montaż. Tym czasem to montaż jest KLUCZOWY! To montaż broni filmu w kinie. To montaż sprawia, że gdy oglądamy filmy z Hong Kongu, zachwycamy się ich tempem, choć wszystkie opowiadają te same historie. Montaż.

U nas zamiast montażu jest bieda.

I tak  poznajecie odpowiedź na pytanie – dlaczego prywatni inwestorzy nie inwestują w polskie kino offowe? Bo musieliby na głowy upaść, żeby dawać pieniądze na takie filmy jak „Dla ciebie i ognia”, rzeczy robione przez Matwieczyków czy Wojcieszka. To nie filmy – to pół produkty. Wyroby filmopochodne.

Zapamiętajcie raz na zawsze – widz to nie kretyn. Widz wie jak wygląda film. Nawet durne komedie w stylu „Tylko mnie kochaj” przyciągają do kin miliony, bo są nakręcone we wnętrzach, które chce oglądać widz, są jako tako zmontowane i zaspokajają jakieś tam potrzeby odbiorcy (bo kino zaspokaja nasze sfrustrowane potrzeby – tak już jest). W każdym razie nie drażnią tekturą i nie wyglądają jak dzieła nakręcone na szkolnej studniówce.

Podsumowanie:

Wbrew temu co piszą w manifeście „O poprawie polskiego kina” organizatorzy –  polskie kino nie jest w kryzysie. Nic na to nie wskazuje. Jesteśmy małym krajem, który proporcjonalnie do swoich rozmiarów i potencjału kinowego wypracował swoje filmowe nisze, zaspokajające potrzeby widzów. Mamy zatem: masowo produkowane komedie (fakt głupie, ale wg przynależności gatunkowej są to komedie), raz lepsze, raz gorsze kino rozrachunkowe(„Rysa”, „Kret”),, autorskich twórców, którzy nie boją się zabaw z kinem gatunkowym („Róża”, „Drogówka”), biografię („Jesteś bogiem”) obyczajowe produkcje rodem z telewizji („Mój rower”, „Oszukana”), kino pseudoartystyczne („Ixiana”) i masę chłamu. Tak samo wygląda to w Stanach, Wielkiej Brytanii czy Francji. Tyle że tam rynek jest większy, bardziej chłonny a podejście do kina zupełnie inne. Stwierdzenie „polskie kino jest w kryzysie” jest błędne i głęboko nieprawdziwe. Polskie kino nie jest w żadnym kryzysie. A cała masa filmów jest u nas tak obarczona ciężarem, że tonie jeszcze przed premierą.   

Co zatem zrobić, aby poprawić jakość polskiego kina? Jakość techniczną, bo ta jest tu największym problemem – reszta jako tako działa.

Najprostsze wyjście z sytuacji jest najlepsze. Zróbmy to po francusku. Luc Besson jest tu absolutnym i najlepszym wzorcem. Jak stworzył swoje imperium filmowe i sprawił, że francuskie filmy trafiają do USA, grają w nich mega gwiazdy i są hitami?

Po prostu zaprosił do Francji hongkońskich reżyserów, montażystów i choreografów walk po czym przez dziesięć lat kazał się od nich uczyć młodym Francuzom. I co? I „Uprowadzona”,  „Uprowadzona 2”, „Taxi”, „Sexipistols” i masa filmów znienawidzonych przez krytyków, za to świetnie zarabiających.

Morał? Schowajmy ego do kieszeni. Nie kręcimy filmów dla siebie i nie oszukujmy się – nie potrafimy robić filmów gatunkowych i tyle (jeden Wójcik wiosny nie czyni). A skoro mamy problem, to zaprośmy do siebie tych, którzy potrafią go rozwiązać i uczmy się od nich.

A zapomnieliśmy – to nie jest możliwe. Przecież Machulski, Bromski, Pasikowski (czy pan kiedykolwiek słyszał huk wystrzału?) i cała reszta rodzimych twórców uczyć się kręcić od obcych nie będzie. Jak się to robi wiedzą najlepiej. I tak krąg się zamyka. Bez chęci do nauki, nie ma postępu.

Mentorsko nadęta i marudząca DZIKA BANDA

(nie, nie kręcimy filmów i szczerze mówiąc nie planujemy)

Kategorie
większe kawałki

Dodaj komentarz

REKLAMA
Instagram
  • Lektura jeszcze przed nami, ale jak ślicznie to wygląda. A i sama fabuła zapowiada się pysznie. Koniecznie sprawdźcie.

#komiks #czytam #czytambolubie #comics #comicbook #instacomics #instaread #comicstagram #comicsaddict #fanboy #ilovereading #comicnerd #design #favele #Mandioca
  • Grudzień to miesiąc sprawiania sobie i innym małych przyjemności. "Armstrong"  jest właśnie jedną z nich. Cudna książeczka dla małych i dużych.

#książka #czytam #czytambolubie #bookporn #booklover #instabook #instaread #bookstagrampl #bookstagram #bookaddict #bookworm #reading #bibliophile #bookcommunity #booknerd #dladzieci #kosmos #wydawnictwoWilga
  • Niech Was nie zawiedzie ta słodycz. To prawdziwy, soczysty thriller. Tak, chodzi o książkę. 😊

#książka #czytam #czytambolubie #bookporn #booklover #instabook #instaread #bookstagram #bookaddict #bookworm #reading #bibliophile #bookcommunity #booknerd #bookstagrampl #zaczytanegiry