źródło: cowboysindians.com
większe kawałki

Kevin Costner, upadek amerykańskiego kowboja

Niebawem do kin wchodzą „72 godziny” – film, który ma pomóc odbić się od aktorskiego dna Kevinowi Costnerowi. Byłej ikonie, która stara się przebić znów do pierwszej ligi Hollywood. Czy mu się to uda, czy też podzieli los takich upadłych gwiazd jak Rob Lowe czy Mel Gibson?

W Warszawie jest styczniowy późny wieczór. Za oknem śnieg, na termometrze około minus siedemnaście stopni, siedzę przy komputerze ze słuchawką telefoniczną przy uchu. Po drugiej stronie radośnie świergocze mi Kevin Costner. Radośnie i na dodatek złośliwie – bo gdy dowiedział się jak wygląda pogoda w Polsce odparł, że u niego jest ciepło, przyjemnie i właśnie siedzi sobie nad oceanem mocząc stopy w wodzie. Wyluzowany gość.

Kiedy zapytałem go czy nie martwi się o swoją karierę i nie denerwuje przed kinową premierą najnowszego filmu odparł z rozbrajającą szczerością – Teraz kiedy rozmawiamy, patrzę sobie na delfiny. Jeśli czeka mnie wielki powrót do kina, to czeka, jeśli nie uda się, tak widać jest pisane. Takie jest życie. Zagrałem w kilku świetnych filmach – wszyscy będą pamiętać „Bodyguard”, „Nietykalnych”  czy „Robin Hooda” a że potem potoczyło się inaczej – no cóż bywa. Osobiście niczego nie żałuję, byłem na szczycie, teraz na nim nie jestem. Ale moje życie było i jest wspaniałe.

Wspomniane „72 godziny” to thriller produkowany przez Luca Bessona, który zdaniem producentów ma być takim samym hitem jak „Uprowadzona” z Liamem Neesonem. Tamten film kosztował raptem 25 milionów a zarobił blisko 250. Doczekał się kontynuacji (w produkcji część trzecia), a jego sukces sprawił, że dziś Liam Neeson to nie tylko aktor charakterystyczny, ale wielka gwiazda kina akcji. „72 godziny” skrojone są w sposób identyczny jak „Uprowadzona”. Także mamy tu opowieść o podstarzałym agencie, tyle że nikt nie porywa mu córki. Za to zostaje zmuszony on do wykonania ostatniego zadania, które ma pomóc mu w zdobyciu lekarstwa na chorobę, która go zabija i pomóc w odzyskaniu szacunku u… tak, tak córki.

Czy historia się powtórzy a Costner, podobnie jak Neeson stanie się nową ikoną dojrzałego kina akcji okaże się za tydzień, kiedy poznamy wyniki światowego box office’u. Sukces filmu byłby idealnym przypieczętowaniem trwającej od dwóch lat dobrej passy Costnera. Za zrealizowany na zlecenie History Channel serial „Hatfields and McCoys” dostał w 2012 roku nagrodę Emmy, zaś epizodyczna, ale bardzo istotna rola w przebojowym „Człowieku ze stali” sprawiła, że przypomnieli sobie o jego istnieniu młodzi kinomani. Teraz nadeszła pora na przebojową rolę główną… Jeśli okaże się nią bohater „72 godzin” Costner nie tylko powróci w wielkim stylu, ale zmyje z siebie nareszcie skazę, która złamała mu jego spektakularną karierę bożyszcza przełomu lat 80. i 90.

Costner, podobnie jak Rob Lowe, czy Mel Gibson należy do grona wielkich byłych gwiazdorów, którzy złamali sobie kariery przez to, że swoimi poczynaniami w życiu prywatnym zburzyli promocyjne mity jakie budowali dookoła swoich osób. Paradoksalnie bowiem Costner, Lowe i Gibson swoje publiczne wizerunki oparli na rodzinnych wartościach, które w puencie okazały się nic nie warte, a od aktorów odwrócili się nie tylko producenci, ale przede wszystkim fani.

Kariera Costnera zaczęła się przez przypadek – W 1975 roku wracałem samolotem z moją pierwszą żoną z podróży poślubnej.  Miałem wtedy dwadzieścia lat. Burton siedział obok, a ja byłem na tyle młodzieńczo pewny siebie, że zaczepiłem go i zacząłem z nim gadać. To był moment w moim życiu, kiedy poważnie zastanawiałem się nad byciem aktorem. O tych planach nie wiedziała nawet moja żona. To Burton powiedział, że coś w tych moich oczach jest. I wtedy decyzja zapadła. – wspomina aktor.

Gwiazdor rodzinny

Tyle od spotkania do sukcesu musiało minąć dziesięć lat. Przez ten czas Costner budował swój mit rodzinnego faceta, który nad karierę wyżej stawia bezpieczeństwo swoich bliskich. Kiedy w 1985 roku do kin trafiło „Fandango” Kevina Reynoldsa świat po raz pierwszy usłyszał o młodym, niebywale przystojnym aktorze, który niestety nie jest do wzięcia. Film okazał się hitem, Costner powoli przebijał się do pierwszej ligi, a producenci uwielbiali go za jego spokój i opanowanie. Kolejne przeboje jak „Silverado”, „Nietykalni” gruntowały jego pozycję w branży i poszerzały grono fanów. Ale prawdziwy przełom nastąpił w 1988 roku, kiedy to Costner zagrał w niedocenionych w Polsce „Bykach z Durham” – obyczajowej opowieści o pewnej prowincjonalnej drużynie bejsbolowej, którą uratować ma grana przez Costnera, była gwiazda pierwszej ligi. Film okazał się wielkim hitem w Stanach a Costner został bożyszczem tłumów. Facetem, który nie tylko zagrał w filmie o ich grze narodowej, ale przede wszystkim wcielił się w nim w postać prawdziwego Amerykanina: wiernego jednej kobiecie, faceta, który zrobi w imię miłości wszystko, nawet uratuje drużynę bejsbolową. Rok później do kin trafi drugi bejsbolowy film Costnera „Pole marzeń” a chłopak o pięknych oczach, z pretendenta do gwiazdy stanie się amerykańską ikoną. Jednemu z nielicznych aktorów, któremu wierzą fani, bowiem w życiu prywatnym jest taki sam jak w filmach, w których gra.

Bo to był film magiczny dla Amerykanów. Nostalgiczna opowieść o miłości syna do ojca, o marzeniu spotkania kogoś po jego śmierci. Wszystko to przeplatało się z historią naszej narodowej gry, jaką jest jak zapewne wiesz bejsbol. Okazało się, że pod koniec lat 80. Amerykanie czekali na taki film. Ciepły, uczuciowy dla i o ludziach. – wspomina.

Był rok 1989 a Hollywood i świat stał przed Costnerem otworem. Jego ambitny projekt „Tańczący z wilkami” odnosi gigantyczny sukces. „Bodyguard” staje się filmem kultowym. Kiedy wydawało się, że na drodze do kariery Kevina nic nie stanie, nadszedł rok 1994. Nie wierzcie w opowieści o tym, że jego karierę złamały wielkie filmowe wtopy. One były konsekwencją skazy na wizerunku. Otóż w rzeczonym 1994 roku okazało się, że facet, który w każdym wywiadzie zapewniał świat o tym jak bardzo kocha swoją żonę… ma kochankę i się rozwodzi. Mit rodzinnego prawdziwego Amerykanina upadł. I choć Costner próbował ratować swoją reputację grając w filmach, których bohaterowie byli prawi i dobrzy, nikt nie chciał ich oglądać. Człowiek, który rzucił żonę i trójkę dzieci dla młodszej nie może przecież zbawić świata.

Roba i Mela przygody z kobietami

Identycznie rzecz miała się z Robem Lowe. Był czołowym przystojniakiem lat 80. a każdy film z jego udziałem był kasowym hitem. Wystarczy sobie przypomnieć takie filmy jak „Ach co za noc…”, „Ognie świętego Elma”, „Klasa” czy „Youngblood”. Dobra passa przystojnego aktora trwała do roku, 1988 kiedy to postanowił zostać pionierem w pewnej formie skandalu obyczajowego – otóż Lowe był pierwszą hollywoodzką gwiazdą, której zarejestrowane na taśmie VHS miłosne igraszki  zostały publicznie ujawnione. Aktor nakręcił we własnym domu odbywany przez niego stosunek płciowy z dwoma kobietami. Pech chciał, że gdy po wszystkim poszedł do toalety dziewczyny uciekły wcześniej kradnąc taśmę i gotówkę.  Upublicznione prywatne nagrania Lowe’a złamały mu karierę i z pierwszej hollywoodzkiej ligi aktorskiej zepchnęły do trzeciej. Mało brakowało a on sam trafiłby do prokuratora, bowiem jedna z dziewczyn miała zaledwie 16 lat. Oczywiście ten wyczyn nikogo dziś nie zaskakuje – zwłaszcza po tym, co pokazał Pamela Anderson, Paris Hilton i Lindsay Lohan (ciekawscy mogą znaleźć te filmiki w Internecie) – wtedy jednak był to nie tylko wielki skandal obyczajowy, ale przede wszystkim skaza na wizerunku aktora. Lowe, bowiem uchodził w Stanach za idealnego chłopca – przystojnego, słodkiego i dobrego faceta, którego każda matka z radością widziałaby w swoim domu, zabierającego jej jedyną córkę na bal maturalny. Afera z kasetą sprawiła, że amerykańskie matki zaczęły obawiać się o swoje córki, które mogłyby w towarzystwie Lowe’a skończyć, jako gwiazdki amatorskiego porno.

Z Gibsonem sytuacja była ciut bardziej skomplikowana. Podobnie jak Costner od początku swojej kariery tworzył dookoła siebie mit twardego, ale prawego faceta, który przyleje złemu i zawsze zadba o rodzinę. Taki był Max Rockatansky z trylogii „Mad Max”, Martin Riggs z „Zabójczej broni” i cały szereg im podobnych bohaterów. Romantycznych, wierzących i żyjących zgodnie z wartościami chrześcijańskimi (wszak nawet postać Mad Maxa posiada silny rys ewangeliczny). Nie bez powodu Mel wybierał takie postacie, wszak w wywiadach przez lata podkreślał, że najważniejsze dla niego są Bóg i rodzina. Jeśli jakaś rola mogła stworzyć rysę na nienagannej reputacji gwiazdora ten interweniował w scenariusz, lub przemontowywał film. Tak było w przypadku „Godziny zemsty” (1999) Briana Helgelanda. Wcielający się tam w postać skończonego drania gangstera Portera, Gibson zmusił debiutującego reżysera do przemontowania filmu w taki sposób, aby Porter na końcu okazał się dobrym człowiekiem, bo za takie role świat pokochał Mela (a zwłaszcza kobiety, które w różnych rankingach od 1991 do 2004 roku uznawały go za światowy symbol seksu).

Do jego upadku nie przysłużyły się jednak ani homofobiczne wypowiedzi aktora dla francuskiego „El Paris” z 1991 roku („Oni wsadzają sobie w tyłek. A ja się pytam czy tyłek do tego służy?”), ani afera dookoła „Pasji”, której zarzucano złe przedstawianie Żydów, ani głośna pijacka i antysemicka afera z 2006 roku, gdy wyzywał od Żydów kontrolujących go policjantów. Los byłej gwiazdy za to przypieczętował związek z rosyjską piosenkarką Roksaną Grigoriejową, którą pobił (wybił jej dwa zęby) i werbalnie groził (po internecie swego czasu krążyły nagrania z automatycznej sekretarki kobiety, gdzie Gibson krzyczał: „jeśli zgwałci cię banda czarnuchów to tylko twoja wina”, „ssij mojego kutasa a potem powiedz przepraszam, dokładnie w takiej kolejności”, „nienawidzę cię”, „zabije cię”, „pierdol się dziwko”). Możesz zwyzywać producentów, możesz obrażać gejów, ale nigdy nie podnoś ręki na kobietę. Zwłaszcza, jeśli chcesz uchodzić za człowieka, dla którego rodzina jest najważniejsza.

Jak oni wracają

Lowe nigdy nie odbił się od trzecioligowego dna. Gibson, cały czas próbuje zmyć swoją skazę, ale nawet, gdy gra czarne charaktery publiczność wciąż go bojkotuje (klapa „Maczeta zabija”). Z tej trójki właśnie Costner zdaje się mieć największe szanse na odrodzenie. W 2009 roku na fali popularności filmowego horroru próbował podbić kina filmem „Córka”, ale film nie trafił nawet do niszowej dystrybucji. – Trzy czwarte „Córki” było w porządku. Niestety nagle pojawiły się potwory i cała atmosfera siadła. Żeby zrealizować dobry horror trzeba umiejętnie dozować takie rzeczy jak potwory itp. Twórcy tego filmu próbowali, ale im nie wyszło i w efekcie powstał film grozy, jakich wiele. A materiał wyjściowy obiecywał dużo więcej. – opowiada.

Czy teraz się uda? Czas pokaże. Ale Sam Costner nie czuje na sobie wielkiej presji. – Nie ma we mnie goryczy, nie budzę się w nocy zlany potem rozpaczając za latami świetności.  Jestem zadowolonym człowiekiem,  w co oczywiście nie każdy wierzy, ale tak jest. Mówi to tak spokojnym i wyważonym głosem, że trudno mu nie uwierzyć. Była gwiazda w końcu znalazła spokój. I to chyba w nim dziś najbardziej imponuje.

Kategorie
większe kawałki
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz