większe kawałki

Jackie Chan: Wszystkie imiona Smoka

 

 

Śpiewa, boksuje i promuje odrodzenie Chin. A do tego nieustannie gra w filmach, które sam produkuje i reżyseruje. Chociaż stuknęła mu właśnie sześćdziesiątka, Jackie Chan nadal prze do przodu, niczym wschodzące chińskie supermocarstwo.  

 

 

Po pierwszych przeżyciu stu dni życia, każdy chiński niemowlak otrzymuje tzw. mleczne imię. Zwykle jest to coś z fauny lub flory. Chodzi o to, żeby zasugerować tym, których imienia wymawiać nie wolno (czyli złym duchom), że nie mają do bynajmniej czynienia z malutkim Człowiekiem, lecz z czymś niepozornym, niewartym uwagi ciemnych mocy. Typowe chińskie imiona mleczne to Piesek, Prosiaczek, Drzewko, Wózek albo po prostu Słodziak.

 

 

Chłopiec, który urodził się 7 kwietnia 1954 roku w domu państwa Chan w Hongkongu, otrzymał mleczne imię Paopao (炮炮), co można przetłumaczyć „Armatka”. Najwyraźniej rodzice przeczuwali psotny charakter potomka, bo odrósłszy nieco od ziemi, kilkuletni Armatka dał się poznać jako łobuziak. Nie mógł usiedzieć na miejscu, a że ojciec dzierżył posadę kucharza w amerykańskim konsulacie w Hongkongu, malec tłukł się z cudzoziemskimi chłopakami mieszkającymi w okolicy. Nie miał głowy do nauki, za to uwielbiał oglądać filmy z gatunku wuxia, jak się nazywa się Chinach kino kung-fu.

 

 

Ojciec Armatki, Charles Chan, sam był wielbicielem opery pekińskiej oraz niespełnionym aktorem, toteż pewnego dnia zabrał syna do Szkoły Opery Pekińskiej w Hongkongu. Chłopak zobaczył tam trening kung-fu i dowiedział się, że szef szkoły jest ojcem Yu So Chow, jednej z jego ulubionych aktorek grających w fimach wuxia. Armatka oczywiście pragnął nauczyć się walczyć tak jak w filmach. Klamka zapadła: rodzice oddali sześcioletniego Armatkę na dziesięcioletni termin do szkoły operowej, po czym wyjechali za chlebem do Australii.

 

Oczywiście wcześniej zarejestrowali syna pod oficjalnym imieniem. Nazwali go Kong-sang (港生), czyli Urodzony w Porcie. Chodziło oczywiście o Wonny Port, czyli Hongkong. Państwo Chan uciekli bowiem do tej brytyjskiej kolonii z komunistycznych Chin.

 

Uczeń mistrza Yu

 

Nazwa „opera” jest dla Europejczyka myląca, gdyż tradycyjna chińska sztuka sceniczna nie ogranicza się bynajmniej do śpiewu. Opera pekińska, której tajniki zaczął zgłębiać mały Kong-sang na początku lat 60. ubiegłego wieku, stanowi połączenie teatru, śpiewogry, pantomimy i sztuk walki. Długie sekwencje bitewne w przedstawieniach wymagają kondycji oraz małpiej zręczności, dlatego młodych adeptów poddaje się rygorystycznemu treningowi. To w zasadzie ta sama katorga, przez którą – ku fascynacji zachodnich mediów – nadal przechodzą mali chińscy sportowcy na swej drodze po olimpijskie złoto.

 

Nasz bohater został zakwaterowany w szkole i poddany surowemu rygorowi. Czas od świtu do zmierzchu wypełniały mu rozmaite ćwiczenia. Przewinieniom towarzyszyły surowe kary, nierzadko wymierzane przez uczniów sobie nawzajem. – Było ciężko. Cierpieliśmy głód, chłód i znój. Za najmniejsze przewinienia mistrz tłukł nas trzcinką – wspomni po latach Kong-sang, który pierwsze noce w szkole przepłakał z tęsknoty za domem.

 

Ucieczka była niemożliwa. Państwo Chan wyjechali, a pobyt chłopca w szkole był formą adopcji. Aby podkreślić „rodzicielską” relację z mistrzem, uczniowie przyjęli na czas nauki szkolne nazwisko (od imienia mistrza) oraz nowe szkolne imiona. W ten oto sposób mały Chan Kong-sang został Yuenem Lo (元楼). Mimo początkowych trudności, łobuziak świetnie się w szkole odnalazł. Widział, jak biedują w slumsach ówczesnego Hongkongu podobne do niego dzieciaki uciekinierów z kontynentu. Doceniał dach nad głową oraz pełną miskę – jednym z ważniejszych wydarzeń w życiu uczniów bywało przybycie paczek z żywnością z Czerwonego Krzyża. Wszyscy mogli się wtedy najeść do syta.

 

Nasz bohater pozostał wierny swoim marzeniom i pochłaniał jak gąbka tajniki kung-fu. Prowadzący szkołę mistrz Yu Jim-yuen (于占元) dojrzał w nim wielki talent. Włączył go do swojej trupy Siedem Małych Szczęść (七小福), z którą dawał występy opery pekińskiej w jednym z parków rozrywki w ówczesnym Hongkongu. Jako faworyt mistrza, Yuen Lo prowadził przyjacielską rywalizację ze starszym grupy, bystrym osiłkiem imieniem Yuen Long (元龙, czyli Yuen Smok). Zwalistego osiłka przezywano też Sammo, na cześć bohatera  przedwojennego chińskiego komiksu.

 

Ta przyjaźń pozostanie obu chłopcom na całe życie. Ścieżki Jackiego Chana i Sammo Hunga przetną się jeszcze wielokrotnie. Przetną się również ze ścieżkami siedemdziesięciu innych dzieciaków, które przewinęły się przez tę trupę. Wśród nich warto odnotować m.in. Yuen Woo-pinga, który zapisze się w historii kina jako choreograf walk w trylogii „Matrix” braci Wachowskich.

 

Szkoła opery pekińskiej mistrza Yu okazała się prawdziwą kuźnią kadr dla hongkońskiego filmu i kto ma ochotę zobaczyć jak wyglądało życie przyszłych gwiazd, temu gorąco polecam film „Painted Faces” z 1988 roku (choć zwolennikom bezstresowego wychowania radzę się od tego dzieła trzymać z daleka). Wyjątkowy smaczek nadaje mu fakt, że w rolę surowego, lekko sadystycznego mistrza Yu wcielił się sam Sammo Hung, jeden z jego najlepszych uczniów.

 

 

 

 

Kaskader z przypadku pożycza imiona

 

W czasie II wojny światowej (w Azji zaczęła się ona trochę wcześniej, od ataku Japończyków na Szanghaj w 1937 roku), a następnie po dojściu komunistów do władzy w Chinach, większość filmowców z Szanghaju, przedwojennej stolicy chińskiego kina, uciekła właśnie do Hongkongu. W ten sposób Wonny Port przejął pałeczkę i zaczął produkować filmy na potrzeby diaspory chińskiej na Tajwanie, w Singapurze czy USA, stając się czymś na kształt chińskiego Hollywoodu. Studia filmowe wyrastały tam jak grzyby po deszczu.

 

Młodzi, wysportowani uczniowie mistrza Yu, obawiali się, że w operze nie zrobią kariery, bo widownia pragnęła nowoczesnej rozrywki. Na szczęście dzięki zdobytym z trudem umiejętnościom zyskali szansę,  aby zaistnieć na srebrnym ekranie. Młody Chan Kong-sang (陈港生) przewinął się przez kilka obrazów, spośród których warto wymienić dwa słynne filmy Kinga Hu, ówczesnego mistrza kina wuxia: „Come and drink with me” (1966), w którym – co znaczące dla jego dalszej kariery – pojawia się tzw. styl pijanej pięści, a także w „Touch of Zen” (1971), obrazie, który zrobił furorę ze względu na ciekawy scenariusz i świetne, klimatyczne ujęcia. Film doceniono nawet na festiwalu w Cannes, a odwoływali się do niego później reżyserzy, którzy wynieśli kino kopane na wyżyny: Ang Lee w „Przyczajonym tygrysie, ukrytym smoku” oraz Zhang Yimou w „Hero”.

 

Zbierając szlify przy tak znakomitych produkcjach, Chan miał wszelkie dane ku temu, aby zrobić szybką karierę. Krótko po opuszczeniu szkoły nie mógł znaleźć pracy w operze, więc został kaskaderem w filmach Bruce’a Lee. Ze swego nazwiska oraz ze szkolnego imienia swego przyjaciela Sammo, ukuł sobie nowy pseudonim. Podpisywał się wówczas Chan Yuen Long (陈元龙) i pod tym mianem zaliczył kaskaderskie epizody m.in. we „Wściekłych Pięściach” (1972) oraz „Wejściu smoka” (1973). Wkrótce dostał swoją pierwszą rolę w filmie „Little Tiger in Canton” (1973), który niestety okazał się klapą. Po wpadce Chan nie mógł znaleźć pracy nawet w charakterze kaskadera i z desperacji podjął rolę w filmie dla dorosłych „All in family” (1975). Po latach, kiedy już dźwigał brzemię idola młodzieży, usprawiedliwiał się, że nie miał wówczas z czego żyć, a ówczesne filmy erotyczne były bardzo „grzeczne” jak na dzisiejsze standardy.

 

Rozczarowany Chan Kong-sang wyjechał w końcu do rodziców w Australii, gdzie wstąpił do college’u i zatrudnił się na budowie. Tam zaprzyjaźnił się robotnikiem, którego nazywano Wielkim Jackiem. Na Chińczyka zaczęto wkrótce wołać „mały Jack” albo po prostu Jackie. I tak z nieudanego gwiazdora hongkońskiego kina narodził się na Antypodach nowy bohater – Jackie Chan.  

 

Wejście pijanego mistrza

 

W 1976 roku Jackie Chan wrócił do Azji, bo znów dostał propozycję pierwszoplanowej roli. Miał wejść w buty zmarłego w 1973 roku Bruce’a Lee i zagrać w sequelu jego hitu pt. „Nowe Wściekłe Pięści” (1976). Żeby upodobnić go do zmarłego gwiazdora, zmienił swój filmowy pseudonim na Sing Lung, czyli „Ten, który staje się smokiem” (成龙). Było to oczywiście nawiązanie do pseudonimu Bruce’a Lee, który przeszedł do historii chińskiego kina jako Li Mały Smok (李小龙). Film okazał się klapą, gdyż Chan źle się czuł w roli Bruce’a. Nie umiał naśladować jego stylu kung-fu, nie potrafił grać serio i nie wypadał przekonująco. Złośliwi żartowali z nowego pseudonimu aktora, powtarzając stare chińskie powiedzonko wang zi cheng long (望子成龙). Znaczy to tyle, co „pragnąć, aby dzieciak został smokiem”, i odnosi się do rodziców, którzy mają wobec swych pociech chorobliwe ambicje.

Mimo porażki, Jackie Chan dostał jeszcze kilka kolejnych ról, które również nie przyniosły mu sławy. Przełom nadszedł, kiedy przywilej nakręcenia swego pierwszego filmu otrzymał wspomniany wcześniej szkolny kolega Jackiego, Yuen Woo-ping (袁和平). W „Snake in the Eagle’s Shadow” (1978) Jackie Chan dostał wolną rękę, a film miał być nakręconą z przymrużeniem oka komedią kung-fu, co stanowiło dość nowy trend w hongkońskim kinie. Widownia znudziła się już dramatycznymi historiami i śmiertelnie poważnymi bohaterami. Powiew świeżości oraz stara przyjaźń okazały się dobrymi fundamentami filmowego sukcesu. Film nieźle zarobił, a Yuen i Chan zabrali się za kręcenie drugiego, komediowego filmu, ukazującego przygody Wong Fei-hunga (黄飞鸿), słynnego mistrza Hong Gar, znanej w południowych Chinach szkoły kung-fu.  

 

Wszystko w tym filmie zdawało się pasować do Jackiego. Było w nim wiele humoru oraz wymagający, choć lubiący zaglądać do butelki mistrz. Jackie wcielił się w rolę ucznia, który odkrywa sekrety stylu pijanej pięści, aby dzięki nim pokonać w finale czarny charakter. Prosty, zabawny film, podbił serca widowni w Hongkongu i na całym świecie. „Pijany mistrz” (1978) okazał się kasowym sukcesem, a Jackie Chan wreszcie odkrył swą kinową tożsamość. Od tej pory już na zawsze zostanie jedną z najważniejszych gwiazd hongkońskiego kina. W kolejnych filmach stworzył własny, brawurowy styl, będący połączeniem doskonałych kaskaderskich kwalifikacji, chińskich sztuk walki oraz slapstickowego humoru. Zachodni krytycy przezwą go z czasem „Busterem Keatonem Hongkongu”, gdyż beztroskie gagi Jackiego Chana mają w sobie naturalność starego, dobrego czarno-białego kina.

 


Wędrówka na Zachód

 

Dzięki „Pijanemu mistrzowi” Jackie Chan stał się rozpoznawalny za granicą i z czasem zyskał sławę, dorównującą tej, jaką cieszył się Bruce Lee. Postanowił więc przerosnąć mistrza, grając w filmach kręconych z myślą o amerykańskim rynku. Jedna z jego pierwszych prób, rozgrywający się w Chicago w czasach prohibicji gangsterski film „Big Brawl” (1980), okazał się klapą. Z kolei „Cannoball Run „(1981) był kasowym sukcesem, ale rola japońskiego kierowcy rajdowego była dla Chana ślepą uliczką. Nie miał w niej możliwości zaprezentowania swoich atutów.

 

Wrócił do Hongkongu, gdzie ważnymi punktami w jego karierze okazały się filmy „The Young Master” (1982) i „Dragon Lord” (1982), w których znów zagrał mistrzów pięści o smoczych imionach. Dzięki tym obrazom stał się rozpoznawalny na nowych rynkach (m.in. w Japonii), a także pobił rekordy kasowe hongkońskiego kina ustanowione przez Małego Smoka. Filmy miały dopracowane, długie i świetnie nakręcone sekwencje walk, a aktor nie oszczędzał się przy ich kręceniu. Raz o mało nie udusił się odniósłszy uraz gardła.

 

Film „Project A” (1983) był również komedią kung-fu, ale zapowiadał nowe kroki w życiu aktora. Raz, Jackie wcielił się tu w rolę walczącego z piratami XIX-wiecznego brytyjskiego policjanta, antycypując modę kino kryminalne, która rychło miała zapanować w Hongkongu. Publika była już znużona obrazami ukazującymi zamierzchłą historię, a do wyobraźni Hongkończyków przemawiała wówczas wielka akcja antykorupcyjna, wymierzona w lokalne mafie (triady), które dorobiły się na handlu narkotykami m.in. w czasie wojny wietnamskiej. W latach 70. W Hongkongu utworzono skuteczną, specjalną jednostkę antykorupcyjną, na której wzorowało się później m.in. polskie CBA.

 

Po drugie, „Projekt A” zawierał odniesienia do klasyki kina amerykańskiego – do filmów Bustera Keatona czy do słynnej sceny huśtawki na rozpadającym się zegarze wieżowym z klasycznej niemej komedii „Safety Last!” z 1923 roku. Cytaty miały oczywiście na celu zdobycie amerykańskiej widowni, co się częściowo udało. Jednak kolejna próba szturmu Ameryki, „Protector” (1985), znów okazała się chybiona.

 

Sukcesem okazała się za to „Police Story” (1985), brawurowy film policyjny, pełen akcji i kaskaderskich sztuczek, w którym Chan znów się nie oszczędzał, bujając się na podłączonych do prądu kablach z żarówkami czy burcie piętrowego autobusu. Sam aktor uważa ten film z jeden z najlepszych w swojej karierze, o czym świadczą trzy sequele, jeden spin-off oraz dwa rebooty tego dzieła (ostatni w 2013 roku).  

 

„Policyjna historia” ugruntowała miejsce Jackiego Chana obok największych tytanów kina akcji lat 80., takich jak Arnold Schwarzenegger czy Sylvester Stallone. Co ciekawe, ten ostatni proponował Chanowi rolę czarnego charakteru w „Człowieku Demolce” (1993), ale Chan jej nie przyjął, bo nie chciał zostać zaszufladkowany, co mogłoby mu umożliwić podbój amerykańskiego rynku.

 

Od połowy lat 80., będąc już okrzepłym gwiazdorem, Jackie Chan kręcił sequele wcześniejszych filmów i eksperymentował z nowymi gatunkami, czego przykładem może być „Zbroja boga” (1986) wzorowana na przygodach Indiany Jonesa i kręcona w jugosłowiańskich plenerach. Chan nadal się nie oszczędzał, kręcąc samemu wszystkie sceny kaskaderskie i na planie tego filmu uderzył głową o skałę, łamiąc sobie czaszkę. Kawałek pękniętej kości utkwił mu w mózgu i uratowała go błyskawiczna operacja, ale na zawsze już utracił słuch w jednym uchu.

 

Mimo niepowodzeń i wypadków, Chan nadal ciężko pracował i w 1995 roku w końcu doczekał się wreszcie swoich pięciu minut sławy za oceanem. Przyniósł mu ją film „Rumble in the Bronx” – pierwszy w historii hongkoński film, który dobił do pierwszego miejsca w amerykańskim box office. Ten sukces umożliwił mu udział w amerykańskiej komedii kryminalnej „Godziny szczytu” (1998), w której wystąpił razem z Chrisem Tuckerem. Duet spodobał się widzom, powstały dwa sequele „Godzin szczytu”, a sukcesy w Ameryce odnosiły także kolejne filmy Chana: „Kowboje z Szanghaju” (2000) czy „Medalion” (2003).

 

Błazen, który został czerwonym patriotą

 

Przed olimpiadą w Pekinie Chan zaczął poważnieć i nie wiązało się to bynajmniej z umiarkowanym sukcesem „Godzin szczytu 2” (2003). Aktor wsparł chińskie igrzyska, występując w piosence „Pekin wita Cię”, a także na gali kończącej olimpiadę w 2008 roku. Dla wielu zachodnich widzów było to zaskoczenie, bo mało znany jest fakt, że w Azji Jackie Chan działa również jako piosenkarz, autor kilkunastu albumów, wykonujących tytułowe piosenki do swoich filmów. Cóż, skończył przecież szkołę operową, choć przyznajmy – przeciągany, falsetowy chiński śpiew tradycyjny niewiele ma wspólnego z miękkimi brzmieniami canto-popu, czyli chińskiego popu śpiewanego w języku kantońskim, którego typowym przedstawicielem jest Jackie Chan.   

 

 

Jackie Chan  duecie z Song Zuying, diwą chińskiej pieśni estradowej

 

Podobnym zaskoczeniem na Zachodzie było to, że aktor zaangażował się politycznie, wspierając władze w Pekinie, na które w okresie igrzysk spadła miażdżąca fala krytyki. Ale już na przykład dla zwolenników niepodległości Tajwanu, Tybetu czy działaczy demokratycznych z Hongkongu był to ostateczny dowód, iż Chan przeszedł na stronę komunistycznych władz. Oni dobrze zapamiętali, że jeszcze przed olimpiadą, Jackie Chan krytykował protestujących przeciw igrzyskom, zarzucając im, że szukają jedynie taniego poklasku.

 

Na Tajwanie pamiętano dobrze, że jeszcze w 2004 roku Chan nazwał „największym żartem świata” wybory prezydenckie, w których powtórnie wybrany został Chen Shui-bian – pierwszy prezydent nie wywodzący się z Partii Narodowej (Kuomintangu), która rządziła Tajwanem twardą ręką aż do końca lat 90. Kiedy w czerwcu 2008 roku, tuż przed igrzyskami w Pekinie, Chan przyjechał na Tajwan, ochrona na lotnisku musiała odgrodzić go od protestujących. Zgodnie ze starym chińskim zwyczajem, chcieli go opluć jako zdrajcę.

 

Szerokim echem w światowych mediach obiła się wypowiedź Chana z 2009 roku.- Stopniowo dochodzę do wniosku, że my Chińczycy, musimy być kontrolowani – powiedział wówczas, krytykując jednocześnie Hongkong i Tajwan za nadmiar swobód. A w grudniu 2012 roku orzekł, że w Hongkongu odbywa się zbyt dużo demonstracji i należy tam ograniczyć prawo do wyrażania własnej opinii. Jakby tego było mało, nazwał USA to „najbardziej skorumpowanym krajem na świecie”.  

Starzejący się Chan nie poprzestał na tego typu tyradach, lecz przeszedł od słów do czynu. Stopniowo ograniczył występy w lekkich, rozrywkowych produkcjach na rzecz filmów cięższego gatunku. Szokiem dla widowni przyzwyczajonej do beztroskiej kopaniny okazał się „Incydent w Shinjuku” (2007), poważny, dramatyczny film o losach chińskiego emigranta w Japonii, w zasadzie pozbawiony scen walk. Film doceniono, choć zauważono, że idzie on po linii patriotycznego, antyjapońskiego ferworu, który narasta w Chinach wraz z rozwojem potęgi ekonomicznej. W „Incydencie” Japonia pokazana jest jako kraina nieprzyjazna wobec Chińczyków, co historycznie nie jest pełną prawdą – wszak ojciec Republiki Chińskiej, Sun Yat-sen i inni politycy jego pokolenia, znajdowali w Japonii inspirację dla reform i demokratycznej rewolucji w Chinach.

 

W 2009 roku Jackie Chan przewinął się w epizodycznej rólce przez „Founding of the Republic” (2009), typowo propagandowe dzieło mające uświetnić półwiecze Chińskiej Republiki Ludowej. Film gloryfikował dokonania partii komunistycznej i został wyprodukowany przez państwową wytwórnię.

Ciekawy, patriotyczny chiński podtekst znalazł się również w reboocie słynnego „Karate Kida” (2010), w którym Jackie Chan zagrał… ciecia. Oczywiście nie byle jakiego, bo obeznanego w sekretach kung-fu. Podstarzały pan Han uczy w filmie przybyłego z Ameryki chłopca (Jaden Smith), jak się bić i jak uwierzyć w samego siebie. W sytuacji, kiedy Ameryką wstrząsnął kryzys, a dziennikarze ekonomicznie biadali na ucieczką amerykańskiej produkcji do Chin, była rola o wiele większym ciężarze, niż wynikałoby to ze scenariusza. Posępny pan Han – rola stojąca w sprzeczności ze młodzieńczym imagem Chana – spodobał się amerykańskiej widowni i film odniósł sukces.  

Symboliczny jest fakt, że swój setny aktorski występ w karierze Jackie Chan poświęcił na rolę w filmie „1911” (2012), ukazującym dzieje rewolucji sinhajskiej, która obaliła w Chinach cesarstwo, otwierając chaotyczny okres republiki. Wcielił się tam w postać Ośmiopalcego Generała Huang Xinga, który w historii Chin jest postacią pozytywną – zarówno w Chinach Ludowych, jaki i na Tajwanie. Jacki Chan ten film wyreżyserował i wyprodukował wspólnie z filmowcami z kontynentu, ewidentnie już zabierając głos w dyskusji o przyszłości Państwa Środka, bo koncyliacyjny względem Tajwańczyków film, pokazuje wspólne korzenie komunistów z kontynentu i narodowców, którzy w 1949 roku uciekli na Tajwan. W ten sposób film nawiązuje do nowej polityki władz w Pekinie, które od mniej więcej dekady coraz chętniej odwołują się do starej, demokratycznej rewolucji, aby szukać punktów wspólnych z politykami tajwańskimi. Ma to w przyszłości doprowadzić do tego, aby Tajwan – tak jak Hongkong w 1997 roku – pokojową drogą wrócił do macierzy, czyli został przyłączony do Chińskiej Republiki Ludowej. Łatwo się domyślić, że Chan popiera tę linię – pozytywnie ocenia powrót Hongkongu do ChRL i czeka, być może, aż Tajwan pójdzie tą samą drogą.

W 2012 roku Jackie Chan ogłosił, że nie będzie już występował w filmach akcji, co potem okazało się nieprawdą. Aktor gra nadal i właśnie pracuje m.in. nad „Karate Kidem 2”.

 

Ukoronowaniem politycznych gestów i wypowiedzi Chana stała się jego akces do świata chińskiej polityki – w 2013 roku został członkiem Ludowej Politycznej Konferencji Konsultatywnej Chin w Pekinie. Jest to ciało zajmujące się doradzeniem chińskim władzom, pozbawione decyzyjności, ale bardzo wpływowe. W ten sposób aktor użyczył twarzy Komunistycznej Partii Chin, która ostatnio próbuje ocieplić i zdynamizować swój wizerunek, zapraszając na salony polityki chińskie gwiazdy. Równolegle z Chanem, na taki krok zdecydował się słynny koszykarz Yao Ming. Obaj panowie, Chan i Yao wiele osiągnęli za oceanem, stali się gwiazdami podziwianymi przez amerykańską i światową publiczność. Przeciągając ich na swoją stronę, chińska partia próbuje pokazać, że Chiny w niczym nie ustępują USA.

 

 „Jeżeli Jackie będzie dalej powtarzał, że Tajwan nie potrzebuje niepodległości, a Hongkong nie może być zbyt demokratyczny, to może kiedyś jeszcze zostanie wiceprezydentem Chin” – komentowali internauci.

 


Człowiek Hongkongu wraca do macierzy

 

Przemiana Jackiego Chana z wesołka w poważnego sympatyka władz w Pekinie jest dość symptomatyczna dla całego hongkońskiego przemysłu filmowego, a nawet – dla całego Hongkongu. Pachnący port zaczął tracić swoją dawną rolę gospodarczego, politycznego i kulturowego łącznika pomiędzy Chinami a światem, kiedy to była kolonia w 1997 roku stała się częścią Chin. Część filmowców wyniosła się wówczas za granicę, a wyrażające niepokój przed zjednoczeniem z Chinami hongkońskie kino noir, reprezentowane przez Wong Kar-waia, stopniowo się wypaliło. Miejscowy przemysł filmowy stopniowo nastawił się na miejscowego widza. I na unikanie kłopotów z władzami w Pekinie.

 

Prowadzi to czasem do fałszowania historii i prób przypodobania się kontynentalnym cenzorom. Na przykład z głośnego „Yip Mana” (2008) z Donniem Yenem w roli tytułowej dowiadujemy się, że legendarny nauczyciel Bruce’a Lee uciekł z kontynentu do Hongkongu przed Japończykami, a w jednej ze scen Yip Man wyśmiewa republikańskich policjantów w Foshanie. W rzeczywistości słynny mistrz kung-fu sam był… repbulikańskim policjantem i to właśnie dlatego uciekł do Hongkongu – przed chińskimi komunistami. Bał się represji z strony czerwonych, a nie zemsty japońskiego generała, którą wymyślili sobie scenarzyści na potrzeby filmu. 

 

Na Zachodzie niewiele się o tym pisze. Cóż, zachodnia widownia nie chce sobie zawracać głowy niuansami najnowszej chińskiej historii, ale hongkońscy filmowcy idą na takie przekłamania i ustępstwa, aby zadowolić cenzorów na kontynencie i sięgnąć do portfeli wielkiej chińskiej widowni, która ma coraz więcej pieniędzy do wydania. Kino – w porówaniu z USA czy Europą – ma jeszcze w Chinach sporo do nadrobienia, potencjał rynku jest ogromny.

 

Nie ma się co jednak dziwić Hongkończykom, skoro nawet Hollywood chucha i dmucha, żeby tylko nie narazić się Chińczykom. W ostatnich latach w wielu amerykańskich filmach pojawiają się wątki, mające na celu przypodobanie się chińskiemu widzowi, a rolę czarnych charakterów w amerykańskim kinie akcji nieodmiennie pełnią Rosjanie, niemal nigdy Chińczycy. Wymowny jest fakt, że nakręcony w 2012 roku remake filmu Czerwony świt z 1984 roku, ukazującego atak ZSRR na USA, miał pierwotnie pokazywać atak Chińczyków. Autorzy poszli jednak po rozum do głowy i zamienili Chiny na… Koreę Północną, co biorąc pod uwagę różnicę potencjałów pomiędzy KRLD a USA jest czystym idiotyzmem.

 

Rozważając nową drogę Chana warto również zauważyć, że opisywany przez Czesława Miłosza syndrom „zniewolonego umysłu” jest dość powszechny wśród chińskich intelektualistów. Świadczy popularność jaką cieszy się chińskie tłumaczenie tej książki, opublikowane w 2013 roku. Widząc rosnącą potęgę chińskiej władzy, dawniejsi buntownicy zaczynają ją wspierać. Koronnym przykładem jest tu Zhang Yimou, najbardziej znany chiński reżyser, który w 1984 roku zasłynął filmem „Żółta ziemia”, będącym alegoryczną krytyką komunistycznych rządów. Potem jednak Zhang nakręcił serwilistyczny obraz „Hero” i wyreżyserował widowisko na otwarcie igrzysk w Pekinie.

 

Jackie Chan, który do czasu olimpiady nie miał jakichś większych politycznych ambicji, nie jest zatem jakimś odosobnionym przypadkiem. Na jego usprawiedliwienie może przemawiać fakt, że literatura i kino wuxia, w których tkwią najgłębsze korzenie jego filmowej kariery, zawsze uderzały w patriotyczne, a nawet nacjonalistyczne tony. Chińskie powieści i filmy wuxia powstawały ku pokrzepieniu serc, w czasach kiedy Chiny były upadłą potęgą i później, kiedy komunistyczna władza próbowała wymazać tradycyjną kulturę. Patriotyczne elementy łatwo wyśledzić w filmach Bruce’a Lee, więc nie ma się co dziwić, że Chan zaczął wspierać władze w Pekinie – jako obywatel Hongkongu może się teraz poczuwać do posłuszeństwa wobec ChRL. Tym bardziej, że Pekin głosi teraz odrodzenie chińskiej potęgi i kultury, o co przecież walczyli bohaterowie kina kopanego. Ale poszukiwanie nowej tożsamości przez Jackiego Chana ma jeszcze jeden wymiar – bardzo osobisty.

 

 

Tajemnica rodu Fangów

 

Każdy szanujący się Chińczyk zna swoje korzenie. Niektóre rody do dziś przechowują księgi genealogiczne, sięgające wiele wieków wstecz. W miejscach, z których rody się wywodzą, funkcjonują świątynie przodków, w których oddaje się hołd przeszłym pokoleniom. Dlatego wstrząsającym doświadczeniem dla Jackiego Chana musiała być prawda, której dowiedział się o swoim pochodzeniu – w 2001 roku usłyszał, że tak naprawdę nie nazywa się Chan i ma dwóch przyrodnich braci.

 

 

Otóż ojciec Jackiego w rzeczywistości nazywał się Fang Daolong (房道龙) i przed japońską agresją w 1937 roku był żołnierzem w armii Republiki Chińskiej (ochroniarzem pewnego wysoko postawionego generała), a potem agentem republikańskiego wywiadu. Kiedy w 1949 roku komuniści zbliżali się do Wuhu, gdzie mieszkał, Fang Daolong pozostawił swoich śpiących dwóch synów i zbiegł do Szanghaju, a potem do Hongkongu. Była to dramatyczna decyzja, gdyż obaj chłopcy byli sierotami (ich matka zmarła wcześniej). Mężczyzna nie miał jednak wyjścia: gdyby komuniści go złapali i zidentyfikowali, groziło mu uwięzienie, a w najgorszym razie – kula w łeb.

 

Po dotarciu do Hongkongu mężczyzna zmienił nazwisko na Chan (陈) i z nową żoną, również uciekinierką z kontynentu, doczekał się trzeciego syna, Jackiego. Nieustannie zadręczał się przy tym losem swych starszych dzieci, czytając o dramatycznych wydarzeniach w Ludowych Chinach – o tzw. wielkim skoku naprzód czy rewolucji kulturalnej. Starszych synów odnalazł wreszcie w latach 80. z pomocą chińskiego konsula w Australii. W tajemnicy przed Jackiem, spotkał się z nimi w Kantonie w 1985 roku. W 1994 roku zrekonstruował drzewo genealogiczne i wpisał do niego starszych potomków oraz Jackiego – pod nazwiskiem Fang Shilong (房仕龙). Powiedział mu o tym jednak dopiero w 2001 roku.

 

Gwiazdor długo nie był jednak skory, aby poznać zagubionych braci. Kiedy ojciec zmarł w 2008 roku w Hongkongu, Jackie nie pomógł im załatwić wiz do Australii, aby mogli wziąć udział w pogrzebie. W 2012 roku najstarszy z rodzeństwa udzielił wywiadu telewizji. – To już ponad 20 lat, odkąd dowiedziałem się, że mam brata. Od tego czasu ani razu nie zadzwonił i jest mi z tym ciężko – powiedział. – Nic od niego nie chcę. Mam już 70 lat i jedyne, o czym marzę, to zobaczyć przed śmiercią najmłodszego brata.

 

Słowa te musiały trafić do Jackiego, bo we wrześniu następnego roku w tajemnicy przed mediami, zerwał się z planu filmowego w prowincji Zhejiang i pojechał z wizytą incognito do najstarszego brata w Wuhu. Wcześniej poinstruował krewniaków, aby nic nie mówili mediom, bo inaczej wizyta nie będzie miała spokojnego przebiegu. Wygadała się jednak jego bratanica, z zawodu listonoszka, która w rozmowie z chińskim dziennikarzem zachwalała miłe i skromne usposobienie „wujka”.

 

Z kolei Jackie Chan wysłał SMS-a do swojego przyjaciela, który niezwłocznie pochwalił się nim na Sina Weibo (chiński odpowiednik Twittera, który jest w ChRL zablokowany):

 

„Ostatnie dwa dni byłem w Wuhu (w Anhui). Mam 59 lat i nigdy nie widziałem moich braci. Jak tylko przyjechałem czekało na mnie 50 osób. Sami członkowie mojego rodu, sami Fangowie. Co i raz ktoś mówił do mnie “dziadku” albo “albo szanowny dziadku”. Moja pozycja w klanie podskoczyła o n poziomów. Dziś zobaczyłem rodzinny dom i świątynię przodków rodu Fang. Zebraliśmy się na herbatę, wszyscy opowiadali o przeszłości. Powstrzymywałem się od płaczu, ale łzy i tak popłynęły. Cieszę się, że mogę się tym podzielić.”

 

 

 

 

PS.

 

Większość chińskich imion i nazw w tekście podaję w wymowie kantońskiej, gdyż w niej zwyczajowo są zapisywane nazwiska i pseudonimy hongkońskich aktorów.  

 

 

 

 

 

Kategorie
większe kawałki
Komentarz

Dodaj komentarz