RollingStone
większe kawałki

Hayao Miyazaki – Książę wyobraźni

27 czerwca Hayao Miyazaki oficjalnie zyskał miejsce w amerykańskim Science Fiction & Fantasy Hall of Fame. Jest pierwszym Japończykiem, ktory znalazł się w tym zaszczytnym gronie. Do współlaureatów reżysera należą między innymi Ursula Le Guin, Ray Bradbury, rysownik Moebius czy Steven Spielberg. Z tej okazji przypominamy, czym założyciel wytwórni Ghibli zasłużył się kulturze.

SF&F Hall of Fame założono w 1996 roku, by (jak wyjaśnia oficjalna strona przedsięwzięcia): „honorować życie, dorobek i dziedzictwo najwybitniejszych twórców fantastyki.” Brzmi seriożnie. Szczególnie dla kogoś pochodzącego z kraju, gdzie anime, dziedzina, w której Myazaki osiągnął mistrzostwo długo nosiła lekceważące miano „chińskich bajek.”

Droga anime do świadomości polskich odbiorców kultury była co się zowie kręta.

Należę do szczupłego grona dzieciaków wychowanych na Polonii 1. We wczesnych latach dziewięćdziesiątych była sobie taka kuriozalna stacja telewizyjna, nadająca tylko na Mazowszu i okolicach. Trudno mi przypomnieć sobie, czym wypełniała resztę pasma (telenowelami bodajże?). Dla setek małolatów – w tym mnie – liczył się tylko blok kreskówkowy. Stacja zakupiła je z trzeciej ręki i za ćwierć darmo. Były w fatalnym stanie. Wiekowe, zgrane do cna, wyblakłe spady z włoskich ramówek, na domiar złego obdarzone dubbingiem w tym pięknym języku. Kiepskie wizualia i fatalny dźwięk – w tle darli się Włosi, nam czytał Janusz Szydłowski – nie powstrzymały wybuchu miłości do tych bardzo specyficznych produkcji. Zarówno futbolowy „Kapitan Tsubasa”, psychodeliczne przygody Yattamana czy dyszące testosteronem „L’Uomo Tigre” (pierwsza krwawa śmierć na ringu, jaką zobaczyłam w filmie animowanym) powstały w latach siedemdziesiątych. Obcowałam z kapsułą czasu, ale skąd miałam o tym wiedzieć w roku pańskim 1994? Stacja Polonia 1 zakończyła wkrótce cichcem swój osobliwy żywot, lecz głód inności pozostał. Kompletnie odmienna od disneyowskiej estetyka, sposób opowiadania historii, rozłożenia motywów – tym anime uwiodło swych nielicznych wtedy jeszcze wielbicieli. Bardzo długo było konikiem co się zowie podziemnym. Filmy te nadawał (z rzadka i kapryśnie zresztą) jeno płatny Canal Plus. O nabyciu japońskiej animacji w zwyczajnym sklepie z kasetami video można było pomarzyć. Anime zdobywało się pokątnymi sposobami i oglądało, nie przebierając.

Gdy pod koniec lat dziewięćdziesiątych w kinie Femina wyświetlano „Mononoke Hime”, udałam się na ten pokaz w podniosłym nastroju. Dystrybutor kompletnie spartaczył napisy, ale nie to było ważne. Po raz pierwszy miałam przyjemność z filmem Hayao Miyazakiego. Od tej chwili nic już nie miało być takie jak przedtem.

„Księżniczka Mononoke”(1997) to późne, dojrzałe dzieło reżysera. Jak w soczewce skupia większość z jego ulubionych motywów. Nie dziwota, iż zafascynowało prominentnych braci Weinsteinów na tyle, iż otworzyli egzotycznemu twórcy rynek amerykański (w konsekwencji zaś światowy.) „Mononoke…” jest o tragicznym konflikcie, którego żadna ze stron nie ma szans naprawdę wygrać. W wojnie między żywiołakami puszczy a żądnymi przestrzeni życiowej ludźmi brak herosów oraz podleców ciętych z metra. Racje postaci są złożone, ich charaktery niejednoznaczne. Mistyka na co dzień splata się z realnością: przedwiecznego boga lasu można ustrzelić z dwururki. Postacie kobiece dzierżą w fabule funkcje, po naszej stronie animowanego świata rezerwowane dla mężczyzn (jak przywódca klanu czy żądny zemsty wojownik.) Miłość jest tu nienazwanym żywiołem, dalekim od lukrowanej konwencji. Zaś układne, podnoszące na duchu zakończenie nie obowiązuje.

W wyniku współpracy wytwórni Miramax ze studiem Ghibli angielski dubbing do „Mononoke…” zrobili zacni aktorzy (m.in. Billy Bob Thornton czy Gillian Anderson w roli bogini-wilczycy) ale moim zdaniem najlepiej ogląda się ten film w rdzennej wersji.

Dorzućmy do puli wyborne wizualia i poruszającą muzykę, a otrzymamy doświadczenie estetyczne uderzające z siłą młota.

Człowiek, który zafundował mi owo uderzenie urodził się w 1941 roku w Tokio. Traumatyczne doświadczenia czasu wojny odcisnęły na nim trwałe piętno. W świecie Miyazakiego konflikt zbrojny jest największym złem – lecz także bezsensem, obnażającym autodestrukcyjne tendencje ludzkości.

Ten motyw wybrzmiewa potężnie w „Nausicaa z Doliny Wiatru”(1987), filmie, który Miyazaki zrobił jeszcze pod skrzydłami wytwórni TMS Entertainment. „Nausicaa” to opowieść o młodej przywódczyni plemienia, żyjącego w zniszczonym wojną nuklearną świecie. Wokół niej ścierają się racje tych, którzy nigdy niczego się nie nauczą i tych, co nade wszystko chcą żyć w spokoju. Rozbuchane wizualnie widowisko łączyło futurystyczny prymitywizm rodem z „Mad Maxa” z baśniowym anturażem. Zwaśnione klany potykają się w „Nausicee…” przy pomocy zarówno czołgów, jak i mieczy. Nikt już nie potrafi budować maszyn, zaś ich naprawianie staje się ginącą sztuką. Toksyczna dżungla porastająca ruiny cywilizacji, nad którymi bohaterka szybuje na swym ślizgaczu głęboko zapada w pamięć. Równie pamiętne jest przesłanie, które reżyser będzie konsekwentnie lansował przez następne trzydzieści parę lat: człowiek i przyroda (nawet ta spotworniała po radioaktywnym opadzie) mogą koegzystować, szanując się wzajemnie. Jako, że to my mamy mózgi, piłka jest tu po naszej stronie.

Film opromienił Miyazakiego sławą i bezpośrednio przyczynił się do powstania sławnego Studia Ghibli, które będzie odtąd w kilkuletnich odstępach wypuszczało jeśli nie arcydzieła, to filmy bardzo dobre. Miyazaki jest twórcą konsekwentnym, operującym sprawdzonymi środkami, które znacząco odróżniają jego produkcje od nawału innych. Przyjrzyjmy się charakterystycznym cechom jego twórczości.

 

Po pierwsze – styl

Pierwsze potoczne skojarzenie z anime to „te wielkie oczy.” Postacie Miyazakiego ich nie miewają. Próżno też u nich szukać przerostu biustowia czy niekończących się nóg. W rysunku twarzy daje się zauważyć pewna maniera, ale poza tym bohaterowie Miyazakiego wyglądają względnie realistycznie. Chyba, że idzie o wiedźmę. Reżyser ewidentnie jest zafascynowany starymi kobietami; jego Yuubaba ze „Spirited Away” (2001) czy Wiedźma Pustkowi w „Ruchomym Zamku Hauru” (2004) to ekspresyjne karykatury o baniastych głowach.

Powściągliwość kreski przestaje obowiązywać, gdy idzie o tła. Nie na darmo zaistniało w internecie sformułowanie „jak z filmu Ghibli.” Pełne intrygujących detali osiedla ludzkie czy rozrzutne piękno przyrody – Miyazaki wyciska z obranego medium, ile się da, dopieszczając swe widoczki z zamiłowaniem godnym jubilera. Te przepiękne obrazy powstawały głównie ręcznie. Twórca dopuścił w Ghibli użycie grafiki komputerowej, lecz jest gorącym zwolennikiem tradycyjnych metod. Mimo zaawansowanego wieku, wciąż zdarza mu się osobiście rysować klatki do swoich filmów.

 

Po drugie – wyobraźnia

W „Nausicee…” bujnie rozrosła grzybowa dżungla skrywa owady wielkości małych (i dużych) fiatów. Fabuła „Laputy, zamku na niebie” (1886) obraca się wokół poszukiwań tajemniczej latającej wyspy, będącej pozostałością wysoko zaawansowanej cywilizacji. W „Moim sąsiedzie Totoro” (1988) występuje przyjazny, puchaty bożek lasu, zabierający dzieci na przejażdżkę pasiastym, wąsatym kotobusem. W „Porco Rosso” (1992) bohaterem jest zgorzkniały as lotnictwa z czasów pierwszej wojny światowej. Prawdziwy z niego dandys, nie licząc świńskiego ryja w miejsce twarzy. Kto raz widział człapiący przez krajobraz tytułowy wehikuł z „Ruchomego zamku Hauru” ten prędko go nie zapomni.

Niepohamowana inwencja wizualna tych filmów często dotyczy drobiazgów. W „Mononoke Hime” las, uświęcony obecnością boga puszczy zaludniają „kodamy”, nikczemnego wzrostu duszki o główkach obracających się jak tarcze staroświeckich telefonów. Olbrzymi, rozumny robot strzegący wymarłej Laputy jest porośnięty mchem, w którym drobne ptaszki wiją sobie gniazda. Miejscem akcji „Spirited Away: W Krainie Bogów” (2001) jest kurort dla mieszkańców bujnego japońskiego folkloru. Pomniejsze bóstwa przemykają przez ekran stadami, imponując rozmaitością swych spowitych w kimona kształtów.

Opowieści ze studia Ghibli mają rzadką, piękną cechę. Człowiek patrzy – i wykrzykuje wewnętrznie: „jak żyję, nic podobnego nie widziałem!”

 

Po trzecie – nic nie jest tym, czym się wydaje

„Widza trzeba rozczarowywać, żeby go rozwinąć” – powiedział ponoć Miyazaki. Jeśli rzeczywiście, to bardzo się przyłożył do wdrożenia tej maksymy w praktyce. Brak podziału na postacie dobre i złe służy konfuzji. Bywa, iż szlachetna bohaterka przejawia zachowania paskudne, gdy desygnowany do roli nikczemnika typ ujmuje. Znakomita większość postaci tkwi obunóż w strefie moralnej szarości. Jak w życiu.

Poza tym rozwiązania fabularne często nie tyle zmieniają reguły gry, co przewracają stół wraz z szachownicą. Co czeka wytrwałych podróżników u bram mitycznej, wytęsknionej Laputy? Jakie konsekwencje będzie miało upolowanie leśnego boga w „Mononoke”? Skąd wszechwładny zdawałoby się czarodziej Howl czerpie swoją moc – i jaką cenę przyszło mu za nią zapłacić? Czemu Porco Rosso z przystojniaka z wąsem zamienił się w literalnego wieprza?

To pasjonujące pytania, na które odpowiedź każdy powinien poznać sam. Powiem tyle – zapomnijcie o kliszach znanych z Disneya.

 

Po czwarte – wartości przez duże W

Hayao Miyazaki musi być zasadniczym człowiekiem. Swe opowieści przesyca mądrym humorem, lecz snuje je zawsze na poważnie. Rzeczy, które ma do przekazania, są warte, by im poświęcić cały film. Albo kilka. W dobie bajecznie kolorowych produkcji, których jedyną racją bytu jest upchnięcie w półtoragodzinnym seansie jak największej ilości gagów – obcowanie z twórczością tego pana w okularach jest odświeżającym doświadczeniem.

Oto, czego widz mały i większy może się dowiedzieć z filmów Miyazakiego:

Człowiek jest gościem na tej planecie, nie zaś jej panem.

Wojna to idiotyzm. Zażarci militaryści z reguły cierpią na niedobór rozumu.

Kobieta równie dobrze potrafi przewodzić grupie, walczyć w imię swych przekonań, chronić najbliższych oraz podejmować ważkie dla fabuły decyzje jak i mężczyzna. Czasami lepiej.

Samoloty i wszelkie machiny latające są absolutnie warte, by im poświęcić dowolną ilość czasu antenowego.

Miłość jest cudem, ale tego, gdzie i w jakiej formie się pojawi nie sposób przewidzieć. Miłość ma swoją cenę.

Bycie dzieckiem oznacza nie tyle karnet do świata magicznych przygód, co błogą nieświadomość, na czym tak naprawdę życie polega.

Co się stało, to się nie odstanie przed napisem „The End.” Czyny mają konsekwencje.

A wszystko to w produkcjach, które mogą oglądać uczniowie wczesnych klas podstawówki.

Po sukcesie „Mononoke” na rynkach zachodnich dystrybucją filmów Ghibli zajął się Disney. Jego wkład artystyczny ogranicza się do zapewnienia dubbingu; Miyazaki po nieudanym podejściu (pierwszy dystrybutor „Nausicy” wyciął kawał filmu i przerobił dialogi, kompletnie zmieniając przesłanie) stanowczo wymówił sobie jakiekolwiek majstrowanie z materiałem źródłowym.

Po pięciu bodajże podejściach do zagadnienia, Hayao przeszedł na emeryturę w 2013 roku. Być może w decyzji pomogła mu fala krajowej krytyki, wzniecona filmem „From up on Poppy Hill”(2013.) Dla części japońskich mediów wyraziście antywojenna postawa twórcy okazała się tożsama z narodową zdradą.

Mistrz przekazał pałeczkę dyrygenta Ghibli swemu synowi Goro. Ci, którzy widzieli  „Ziemiomorze” Miyazakiego Juniora zgodnie donoszą, iż to nie to samo. Czarodzieje kina rodzą się rzadko.

Kategorie
większe kawałki
Nina Wum

Nina Wum – niedoszła absolwentka teatrologii. Recenzuje książki dla wydawnictw, czasem tłumaczy. Kocha kulturę tzw. masową miłością namiętną i nierozsądną. Czyta, słucha, łupie w gry, ogląda, przetwarza – niekoniecznie w tej kolejności.

Dodaj komentarz