Showtime
większe kawałki

Hank Moody musi umrzeć

„Californication” się skończyło. Serial Toma Kapinosa miał być najbardziej obrazoburczą produkcją telewizyjną dekady, a skończył, jako słodka i prorodzinna opowieść z odrobiną pieprzu. 

Jeden z bohaterów serialu „Jak poznałem waszą matkę” zwykł parafrazować słynną maksymę Spider-Mana, twierdząc, że „wielki penis, niesie ze sobą wielką odpowiedzialność”. No cóż – Hank Moody widać ma bardzo małego, bo z odpowiedzialnością u niego kiepsko. Choć przecież gdyby było inaczej, świat nie pokochałby Hanka Moody, mężczyzny, który wyznaje jedną prostą zasadę. Otóż w życiu można kochać się tylko z jedną kobietą. Być jej oddanym duszą i znać każdy milimetr jej ciała.  Co oczywiście nie znaczy, że nie może uprawiać seksu z innymi. Ale to jest już zwykłe ruchanie.

Hank Moody około czterdziestoletni pisarz, autor wielkiego hitu „God Hates Us All”, zakochany w pięknej Karen, ojciec nastoletniej Rebeki i facet, który wyrucha wszystko, co się rusza i nie ucieka na drzewo w popkulturze pojawił się w roku 2007. I trzeba przyznać, że narodziny miał nad wyraz udane.  Scena otwierająca pilotowym odcinek „Californication” dobitnie pokazywała, iż Kapinos za nic ma świętości i obyczajowe tabu. Oto Hank podjeżdża swoim zdezelowanym porsche pod wielki kościół, Gasi papierosa w kropielnicy i rozpoczyna rozmowę z wiszącym na krzyżu Chrystusem. Żali się mu, że przeżywa blok twórczy, że ma osobiste problemy i wtedy zza ołtarza wyłania się piękna blond zakonnica mówiąca: „może mogę ci pomóc rozwiązać twoje problemy Hank. Nic tak dobrze nie odpręża jak małe obciąganie”. I klęka przed rozporkiem bohatera. Resztki moralności nakazują Hankowi zasłonić oczy Jezusowi. Mało? To jeszcze dodajmy, że cała sekwencja ilustrowana jest piosenką Rolling Stonesów „You Can’t Always Get What You Want”, co stanowi dość bezczelne nawiązanie do kultowego w Stanach filmu „Wielki chłód” i słynnej sceny pogrzebu.

Seks oralny z zakonnicą to wcale nie najmocniejsza sekwencja w serialu. Kapinos przez siedem sezonów nie oszczędził nam księdza pedofila („czy ja, aby nie jestem dla ciebie za stary” – pytał Hank), seksu z nieletnią, miliarda numerków z cudzymi kobietami, ( które nie zawsze kończyły się orgazmem) klinik odwykowych, martwych rockmanów, seksu grupowego, SM i całej masy najdziwaczniejszych sekswpadek, jakie tylko przychodziły scenarzyście do głowy. Tak, „Californication” ociekało wulgarnym seksem, a w im w większe kłopoty przez swoje niesubordynowane przyrodzenie popadał Hank, tym większych rumieńców nabierał serial. Do czasu.

W pierwszym sezonie sekscesy Hanka bawiły, w drugim także, w trzecim zaczynały ciut nużyć a im dalej tym oglądanie „Californication” stawało się coraz bardziej nieznośne. Dlaczego? Z prostego powodu. Kapinos miał pomysł na postać, miał pomysł na świat, ale zabrakło mu wizji całości. Końcówka ostatniego, siódmego sezonu serii brutalnie to obnażyła. Przez siedem lat twórcy serii opowiadali w wywiadach o tym jak łamią tabu, by w puencie sprowadzić opowieść o Hanku do społecznych stereotypów, a z niego samego zrobić smutnego hipokrytę. A nie o takiego Hanka przecież walczyliśmy.  Choć już w chwili, gdy skończyłem poprzednie zdanie zadałem sobie pytanie – czy aby na pewno? Czy, aby Hank od początku nie był największą serialową wydmuszką ostatniej dekady. Wydmuszką bardzo mądrze i elegancko wymyśloną.

Bo przecież w  „Californication”, co nóż pojawiały się odniesienia, lub żarty z ikon i zjawisk popkulturowych. A od inteligencji widza zależało czy w natłoku kolejnych seks problemów bohatera udało się mu je odnaleźć.  Już sama postać Hanka Moody’ego nie wzięła się z powietrza a została oparta na osobie prawdziwej, czyli najsłynniejszym amerykańskim piewcy alkoholu, kobiet i seksu – pisarzu Charlesie Bukowskim. To jego książka „Kobiety” posłużyła za wzór dla głównego bohatera, który nawet odziedziczył po imię po pisarskim alter ego Bukowskiego – Hanku Chinaskim.

Podobnie rzecz ma się z tytułem serialu, który został pożyczony od niezwykle popularnej na całym świecie płyty zespołu Red Hot Chili Peppers „Californication”. Co zresztą przysporzyło Kapinosowi niemałych problemów, bowiem lider zespołu Anthony Kiedis oddał producentów serialu do sądu twierdząc, iż bezprawnie użyli oni ich tytułu. Sprawa zakończył się p[polubownie, bowiem okazało się, iż słowo – Californication, pojawiało się już w popkulturze dużo wcześniej przed Red Hotami. Dziennikarz z magazynu „Time” użył go już w 1972 roku. Niestety w wyniku tego procesu  z serialu musiała zniknąć postać Dani Californii, wyuzdanej, uwielbiającej seks sadomasochistyczny , asystentki literackiego agenta Charliego Runkle (sfrustrowany, ale poczciwy najlepszy przyjaciel naszego pisarza). Dani bowiem była bohaterką piosenek RHCP, a ci nie wyrazili zgody na umieszczenie jej w filmie.

Na szczęście pozostali muzycy, do których nawiązują twórcy „Californication” nigdy nie wpadli na pomysł, aby pozwać ich do sądu. A jest ich wielu, bowiem Kapinos to wielki fan rocka a jego serial jest dosłownie utkany z subtelnych nawiązań do muzyki. I tak powieści, które pisze Hank noszą tytuły od płyt grupy Slayer (m.in. „God Hates Us All”, „Season In The Abbys”), rozwodzący się Charlie Runkle nazywa porozumienie z żoną „The Unholy Alliance” (bezbożne przymierze) dokładnie tak jak nazywała się wielka trasa koncertowa Slayera z 2006 roku, zaś kolejne odcinki noszą tytuły pochodzące od tytułów piosenek i albumów (m.in. Metalliki, Henry’ego Rollinsa, Boba Seegera). No i jeszcze Warren Zevon. „Californication” to siedmiosezonowy hołd dla tego wielbionego w Stanach muzyka.  Gdyby dożył premiery „Californication” zapewne byłby dumny, iż Hank Moody jest jego fanem („nic tak dobrze nie  pomaga w pisaniu to whiskey, joint i Warren Zevon” – powtarzał wielokrotnie Hank) .

Do tej wyliczanki warto dodać inteligentną grę z „Lolitą” Nabokova, zjadliwe żarty z historii procesu Romana Polańskiego jak i seksoholizmu golfisty Tigera Woodsa.  Odniesienia do niezwykle popularnych w Stanach serii amatorskich filmów pornograficznych „Gang Bus”, „Public Invasion” , oraz cytaty z kultowych filmów takich jak „Absolwent”, „Cudowni chłopcy”, „Wielki chłód” czy „Edukacja  Rity”.

Dobra – i co wynika z tego, poza tym, że Tom Kapinos jest popkulturowym erudytą? Ano nic. Bo poza cytatami i seksem „Californication” ogranicza się tylko do operowania kliszami. O ile jeszcze na początku serialu cięty dowcip i chryzma Duchovnego maskowały próżnię świata stworzonego, tak im dalej w sezony, tym było gorzej. Banalna gwiazda rocka, banalny hollywoodzki producent, banalny odwyk, a przede wszystkim banalne, stereotypowe zachowanie bohatera.  Owszem Hank to spełnienie mokrego snu każdego stłamszonego emocjonalnie samca, który chciałby, choć raz w życiu spróbować balansować na krawędzi, tyle, że narysowane jednowymiarowo i nudno. Hank bowiem zupełnie się nie zmienia. Jego postać nie ewoluuje, niczego się nie uczy. Żyje pod dyktando przyrodzenia, a kiedy erekcja mija zaczyna opowiadać coś o uczuciach. I tak do kolejnego wzwodu.

Ponieważ Kapinos uparł, by jego bohater był impregnowany na naukę, postać szybko z dowcipnego, przerysowanego samca zaczyna zamieniać się w jego niezamierzoną parodię. Podobnie jak cały serial, który zaczyna się od trzęsienia ziemi, by potem… No właśnie – zamiast stopniować napięcie, wmawiać nam, że tak naprawdę owo trzęsienie ziemi nigdy nie miało miejsca. Ot po prostu kolejny dzień z życia Hanka.

W zasadzie to nie powinno nas dziwić. Większość współczesnych obrazoburczych komedii amerykańskich – realizowanych czy to przez Kevina Smitha, czy przez Judda Apatowa –  oparte jest na tej samej konstrukcji. Najpierw udajemy, że łamiemy tabu, tupiemy nóżkami, przeklinamy, łykamy spermę i jaramy masę jointów, by w puencie wrócić do przekazu rodem z komedii z lat 50. – rodzina, bliskość, poczucie bezpieczeństwa i czułość są najważniejsze. Zasady się nie zmieniły, modyfikacji uległ jedynie sposób ich odkrywania.

„Californication” podążyło dokładnie tą samą drogą. A szkoda, bo seria Kapinosa miała szansę naprawdę złamać tabu. Gdyby tylko zmieniono jej zakończenie, gdyby Hank Moody zmarł na zawał podczas przygodnego seksu… Owszem oddałby życie w sposób przyziemny, ale dzięki temu uciekłby daleko od różowych gołąbków, rodziny, i zbawienia, które nawet dla grzeszników czai się za rogiem. Hank, który umarł jak żył, byłby symbolem. Hank, który chce żyć jak nie Hank, to smutna parodia buntownika. Tania, romantyczna zagrywka, która potwierdza tylko fakt, że Kapinos nigdy nie chciał przeprowadzić rewolucji. On chciał nakręcić romantyczną komedię dla twardzieli. I w sumie do tego całe „Californication” się sprowadza – prostej opowiastki o tym, że miłość jest wspaniała, a ludzie powinni sobie wybaczać. Tylko, że o tym to już opowiadały komedie z Doris Day i Rockiem Hudsonem. Z dzisiejszej perspektywy o wiele bardziej kontrowersyjne i moralnie dwuznaczne niż całe „Californication” – wszak zmuszały geja do grania heteryka.  I to nie tylko na ekranie, ale i w życiu. Ciekawe jakbyś sobie  Hanku Moody z tym poradził?

Kategorie
większe kawałki
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz