większe kawałki

Halifax – Największa eksplozja w dziejach

Chmurny poranek, 6 grudnia 1917 roku. Miasto Halifax, stolica Kanadyjskiej prowincji Nowa Szkocja, rozpoczynało kolejny, nudny i pracowity dzień. W okolicach 8:45 rano tłumy mieszczan zebrały się na portowym nadbrzeżu, by oglądać niezwykły spektakl – bardzo widowiskowy pożar na jednym z okrętów. Kiedy minęła dziewiąta, wszyscy byli martwi. Zginęli w największej eksplozji w historii ery przed atomowej.

Aby zrozumieć, jak doszło do tej tragedii, musimy przyjrzeć się portowi Halifax. Biorąc pod uwagę to, że trwała właśnie wojna, był wręcz idealny. Z jednej strony otwierał się na Atlantyk, chociaż dostępu do portowego basenu broniły dwie wyspy. Tuż za nimi znajdowała się prawdziwa geograficzna siła portu – zwężenie, dwukilometrowy kanał niespełna półkilometrowej szerokości, prowadzący do basenu Bedford, głównego portu miasta. Aby się tam dostać, trzeba było nie tylko nawigować pomiędzy wyspami, ale także uważać na stalowe sieci, blokujące dostęp do portu niemieckim U-botom. Kierujący statkami kapitanowie musieli wykazać się nie lada sprawnością, podczas przejścia przez kanał. Sprawności tej niestety zabrakło tamtego, feralnego dnia.

Spotkanie Norwesko-Francuskie

Rankiem, 6 grudnia do kanadyjskiego portu wpływał „Mont Blanc”. Mimo dumnej nazwy, francuska jednostka nie wyróżniała się niczym szczególnym; niewiele ponad 3 tysiące ton wyporności, rozwijała prędkość trochę ponad 7 węzłów. Wnikliwy obserwator zauważyłby jednak, że w konstrukcji statku dokonano pewnych zmian – na przykład wszystkie metalowe części w ładowniach (łącznie z nitami) wymieniono na miedziane. Zdecydowano się na to, ponieważ wystarczyłaby jedna, mała iskra, by statek prawie wyparował. To, co przewoził w ładowniach jeżyło bowiem włosy na głowie. Statek był dosłownie wypchany materiałami wybuchowymi. Dokładniej rzecz biorąc: 227 ton TNT, 1600 ton kwasu pikrynowego (w stanie ciekłym), 544 tony kwasu pikrynowego (w stanie suchym), 56 ton bawełny strzelniczej i na dokładkę 223 tony Benzolu w beczkach, ustawionych już na pokładzie. Każda z tych substancji była niezwykle wybuchowa, w połączeniu zmieniały statek w ogromną bombę. Nie można się więc dziwić, że kapitan „Mont Blanc” cały czas chodził zestresowany. Tym bardziej, że tak obciążony statek nie był zbyt zwrotny. Jednostka płynęła do Halifax właściwe w jednym celu – by zostać włączoną do zaopatrzeniowego konwoju statków, podobnie jak ona, cechujących się niewielką wydolnością maszyn.

Z drugiej strony kanału, z portu wypływał właśnie „Imo”. Norweski kapitan był mocno zniecierpliwiony. Ze względu na opóźnienie załadunku mógł wypłynąć dopiero rankiem, ponieważ w nocy – z uwagi na zagrożenie ze strony dywersantów i niemieckich łodzi podwodnych – rozciągano sieci i wszelki ruch zamierał. Mimo ograniczenia prędkości wynoszącego 5 węzłów, wchodził więc do kanału z prędkością 7 węzłów i nie miał zamiaru schodzić poniżej tej wartości.

Łączący oba baseny kanał miał pół kilometra szerokości. W normalnych warunkach obie jednostki minęłyby się bez problemu. „Mont Blanc” ominął ochronne sieci i spokojnie wpłynął do kanału, trzymając się swojej prawej strony. Niecałe dwa kilometry przed nim, nadpływający „Imo” ominął płynącą po swojej prawej małą jednostkę i został już na lewym torze wodnym – tym samym, po którym z naprzeciwka nadpływali wyładowani ładunkami wybuchowymi francuzi.

Wchodząc w zakręt, Le Medec, kapitan francuskiego okrętu zauważył nadpływający ze sporą prędkością „Imo”. Zasygnalizował zmniejszenie prędkości i skierował się bardziej w prawo, dając tym samym norwegom miejsce do wykonania manewru odbicia. Ku swojemu przerażeniu, usłyszał syrenę „Imo” zapowiadającą skręt… w lewo, dokładnie na kurs kolizyjny. Świadom, że ma coraz mniej miejsca na manewr, Le Medec znów odbił w prawo, jednocześnie stopując maszyny i sygnalizując o tym norwegom. Tymczasem „Imo”… wykonał dokładnie taki sam ruch. Minęła chwila, nim kapitan norweskiej jednostki zorientował się, że popełnił błąd. Wydał rozkaz: cała wstecz! – było już jednak za późno. Norweg uderzył w bok dryfującego francuza. Snop iskier zapalił Benzol, wylewający się z rozbitych beczek. Na dalsze konsekwencje nie trzeba było długo czekać.

Wybuch

Możemy sobie jedynie wyobrażać, jak rzecz wyglądała z oczu przeciętnego mieszkańca miasta. Dryfujący „Mont Blanc” bez czerwonej flagi oznaczającej niebezpieczeństwo, dopływający przystani portowej dzielnicy Richmond, zaś na jego pokładzie szalejący pożar powodujący, że co jakiś czas jedna z beczek dosłownie wylatywała w powietrze. Gromadzący się na brzegach gapie mogli co najwyżej pomóc francuskim marynarzom, którzy wiosłując ile sił, uciekali z płonącego statku, wołając coś po swojemu do mieszkańców. Nikt jednak nie rozumiał ostrzeżeń, zaś załoga statku nie miała zamiaru nikogo siłą przekonywać. Wiedzieli dobrze, że od momentu wybuchu pożaru nie było już szans na ratunek – nie było możliwym zagasić pożar tak dużej ilości materiałów wybuchowych, ani w żaden inny sposób uratować miasta przed wybuchem. Można było tylko uciekać: jak najszybciej i jak najdalej, co też francuzi wykonywali z godną podziwu starannością.

Tymczasem na nadbrzeżach gromadzili się gapie. Ci, którzy nie mogli, stawali przy oknach, patrząc na niezwykłe widowisko. Okoliczne statki, oraz straż ogniowa przystąpiła zaś do akcji gaśniczej. Pięć minut po godzinie dziewiątej, dwadzieścia minut po tym, jak wybuchł pożar, nastąpiła eksplozja o sile, którą dzisiaj możemy określić jako 1/5 siły bomby atomowej zrzuconej na Hiroszimę.

Wszystkie pobliskie statki zostały dosłownie wyrzucone w powietrze, zabudowania portowe niemal wyparowały. Kula ognia pochłonęła nie tylko całe Richmond, ale i pozostałe sześć dzielnic miasta. Siła eksplozji była tak przerażająca, że w odległym o 100 kilometrów mieście Truro popękały ściany budynków. Pożar objął powierzchnię ponad 600 hektarów, zaś 4-metrowej wielkości fala tsunami zalała to, co zostało z portowego nadbrzeża. Sam „Mont Blanc” prawie wyparował, jego szczątki zostały rozrzucone po całej okolicy. Do dziś można odwiedzić 500 kilogramową kotwicę, umieszczoną na pomniku tam, gdzie ją znaleziono – 3 kilometry od miejsca eksplozji. Dalej poleciało 90 milimetrowe działo, wyrzucone na odległość 5,5 kilometra.

Konsekwencje

W katastrofie z 6 grudnia 1917 roku zginęło około 2 tysięcy osób, chociaż nieoficjalnie mówi się nawet o ponad 3 tysiącach. 9 tysięcy zostało rannych, 600 osób odniosło obrażenia oczu, z czego 38 straciło swój wzrok na zawsze. Wszystko w promieniu 800 metrów zostało unicestwione, w miejscu eksplozji powstał podwodny krater.

Kanadyjska Izba Morska obarczyła odpowiedzialnością obu kapitanów, pozbawiając ich patentów morskich (kapitana „Imo” pośmiertnie). Od tego czasu obowiązywał też zakaz zawijania do portów statkom przewożącym materiały wybuchowe. Po apelacji Sąd Najwyższy uniewinnił jednak obu kapitanów. Armatorzy obu jednostek długi czas żądali od siebie odszkodowań w wysokości 2 milionów dolarów, co jednak nigdy nie doszło do skutku dla żadnej ze stron.

Francuski kapitan Le Medec długi czas jeszcze dowodził statkami. Na początku lat 30 XX wieku przeszedł na emeryturę odznaczony Legią Honorową.

Na podstawie powyższych wydarzeń powstał miniserial, Shattered City: The Halifax Explosion.

Kategorie
większe kawałki
Michał Stonawski

Pisarz. Od 2008 roku mocno związany z działalnością fandomu szeroko pojętej fantastyki, krytyk literacki, publicysta.

Dodaj komentarz