większe kawałki

„Gladiator 2”, czyli każdego można wskrzesić

Ridley Scott im starszy, tym bardziej potrafi zaskakiwać. Dopiero co ogłosił, że planuje jeszcze nakręcenie sześciu filmów z uniwersum Aliens, ale i tak wprawił wszystkich w konsternację informując o pomyśle na kontynuację „Gladiatora”, oczywiście z Russelem Crowe w głównej roli.

W zasadzie, nie powinno to dziwić. Jeśli jest film, który był hitem, który zdobywał nagrody, to  jego producenci zawsze będą kombinować, w jaki sposób powtórzyć sukces. Stąd żale, ale i starania nad stworzeniem kontynuacji „Titanica” (no jak ten Cameron mógł uśmiercić bohatera Di Caprio!). Akurat w przypadku „Titanica” i „Gladiatora” pomysły na ciąg dalszy wydają się absurdalne, chyba że kontynuacja miałaby sie skupić na żyjących bohaterach opowieści, a nie na tych, którzy ponieśli śmierć. A jednak, jak widać to na przykładzie tegorocznej, nadchodzącej reaktywacji „Prison Break”, śmierć głównego bohatera wcale nie musi być przeszkodą – zawsze znajdzie się jakieś fabularne usprawiedliwienia (nawet kuriozalne), które pozwoli umożliwić powrót uśmierconej postaci.

Niekiedy jednak wskrzeszenie bohatera jest integralną częścią historii. W nieco zapomnianym komiksie p.t. „Plemię Cienia” ze scenariuszem Michaela J. Straczynskiego, opowiadającym o niezwykłej wędrówce pomiędzy życiem a śmiercią, drugoplanową postacią jest pewien dziwak o imieniu Łazik, wyglądem przypominający komiwojażera. Na wysuszonej twarzy ma ciemne okulary, jakby nie chciał pokazywać  steranego setkami lat życia spojrzenia. Czasami za jego plecami można zobaczyć rękę ze świetlistym mieczem, która chroni go przed śmiercią. Łazik jest bowiem komiksowym wcieleniem biblijnego Łazarza, który w wersji Straczynskiego, po wskrzeszeniu przez Jezusa nie może ponownie umrzeć. Ten poboczny w komiksie wątek jest jedną z wielu odsłon motywu stale obecnego w fantastyce. Wskrzeszenie, powrót zmarłego do życia, ożywienie martwego ciała, słowem realizacja jednego z największych marzeń ludzkości, jest od zawsze mroczną opowieścią o konsekwencjach takiego czynu.

Z jednej strony możemy wymienić „Frankensteina” i multum poświęconych mu wariacji – jak „Frankenweenie” czy choćby „Robocop”, w których w powrocie do życia pomaga bohaterom nauka. Ów motyw szczególnie interesująco wygląda w dziełach ekstrapolujących przyszłość. Wielokrotne wskrzeszenie nie jest tam niczym niezwykłym, przynależy do opisywanego świata. Jeśli zdarzy się, że bohater zginie, jego zmartwychwstanie nastąpi przy pomocy kołyski bezpiecznie przechowującej świadomość, jak w „Holocaust F” Cezarego Zbierzchowskiego. Podobnie jest w serii o Takeshim Kovacsu Richarda Morgana, świadomość zapisuje się na stosie korowym, który wszczepiany jest w momencie narodzin każdemu obywatelowi. Za wskrzeszaniem znowu czyha niebezpieczeństwo i jeśli nawet postludzie przyzwyczaili się do zmiany ciała na inne, ciąży na nich nieunikniona, psychiczna presja. Owszem, Bóg zniknął, naturalny porządek rzeczy odszedł do lamusa, ale w świecie gdzie wszystko jest możliwe, właśnie w tym tkwi największe niebezpieczeństwo. Można funkcjonować jako własna kopia i nie zdawać sobie z tego sprawy, a wspomniane stosy korowe są do kupienia na czarnym rynku. Samo człowiecze ciało doznaje tu nowego stopnia bezczeszczenia. Określane mianem skorupy lub powłoki jest zabawką w rękach bogaczy.

Drugie życie, którym obdarzani są wskrzeszani wbrew naturze bohaterowie, jawi się zazwyczaj jako koszmar. Morał stąd prosty – nie należy wchodzić w paradę siłom wyższym, bo kończy się to zawsze trudnym do ogarnięcia bałaganem. A jednak, czasem i siły wyższe, nadnaturalne, skłonne są do ingerencji i przywrócenia bohatera do życia. Właściwie po co?

Odpowiedzi jest co najmniej kilka. Po to, by wykorzystać go do własnych celów. Bohater zginął, zanim zrobił jakąś ważną rzecz. Albo nie przeżył życia jak należy i teraz będzie miał kolejną ku temu możliwość. To ciekawy kontrast. Opowieści o ludzkiej ingerencji w kształt Stworzenia to historie, które najczęściej przed czymś przestrzegają i kończą się fatalnie dla bohatera i jego otoczenia. Natomiast ingerencje sił wyższych sprawiają, że wskrzeszenie jest drugą szansą na to, by w końcu docenić najwspanialszy dar, jakim jest życie.

Różnie z tym bywa. Wskrzeszony jako Spawn, oficer służb specjalnych, Al Simmons, idzie na układ z siłami piekieł by w zamian ponownie móc zobaczyć żonę. Powracającej z martwych po wyroku bogini Frei Kriss de Valnor z serii „Thorgal”, póki nie dokona „czynu godnego królowej” nie wolno zabić żadnej żywej istoty, inaczej ponownie umrze i zamiast wiecznego spokoju doświadczy niekończącego się piekła. Ichabod Crane z serialu „Sleepy Hollow” zmartwychwstaje po dwustu pięćdziesięciu latach, by po raz wtóry stawić czoła zwiastującemu Apokalipsę Jeźdźcowi bez głowy. Te stylizowane na przypowieści, będące współczesnymi baśniami historie przypominają ulubiony film Amerykanów – „To wspaniałe życie”. Główny bohater, George Bailey, traci wiarę w sens życia. Przed samobójczą śmiercią powstrzymuje go anioł stróż, pokazując co by było, gdyby George nigdy nie istniał. Widzimy inną, ponurą dla bliskich i przyjaciół bohatera wersję świata dowodzącą, jak ważne może być życie pojedynczego człowieka. Echa tej historii pojawiają się w przywołanych powyżej przykładach. To chyba dlatego niektórzy bohaterowie zostają obdarzeni drugim życiem – aby sprawić by nabrało ono znaczenia i wraz ze światem wyglądało jak należy.

Obecność motywu wskrzeszenia w fantastycznych dziełach stara się poddać w wątpliwość popularne  powiedzenie  – „You only live once”. W skrócie – JOLO. Że żyje się chociażby dwa razy, w tym ten drugi raz możemy uznać za trwający wiecznie, uczy nas sama Biblia, czy nawet jeden z filmów o Jamesie Bondzie. Twórcy, producenci, w bardzo ciekawy sposób wykorzystują ideę wskrzeszenia i często nie chodzi tu jedynie o jakieś tam przesłanie, ale najnormalniej w świecie o pieniądze.

W czwartej części serii „Obcy” („Alien: Resurrection”, po polsku niezbyt pasujące „Przebudzenie”) pojawia się zmartwychwstała za sprawą zdobyczy nauki Ripley. Zadziałała tu oraz w innych przypadkach (cykl „Halloween”) prosta, marketingowa zasada – nie zarzyna się złotej kury. Odbiorcy zawsze będą pragnąć powtórzeń, kontynuacji i powrotów ulubionych bohaterów. Jak bardzo, przekonał się około stu lat temu Artur Conan-Doyle skarcony przez matkę i rzeszę czytelników za uśmiercenie najsłynniejszego na świecie detektywa. Zaraz doprowadził wszystko do porządku, wskrzeszając Sherlocka Holmesa w opowiadaniu „Pusty dom”. Albowiem prawdziwie wielki bohater nie umiera nigdy – to zasada, z której złamaniem przez twórców długo nie mogli się pogodzić producenci „Titanica” kombinując jak tu wymyślić jakąś wiarygodną kontynuację. Nie złamali jej za to twórcy filmowej „Gry o Tron” ożywiając Jona Snowa – chyba najbardziej spektakularne popkulturowe zmartwychwstanie ostatnich lat. Pozostaje pytanie – czy sam George R.R. Martin w książce pójdzie w tym kierunku, czy może zafunduje czytelnikom coś zgoła niespodziewanego? Byle tylko miało to sens.

Ano właśnie – oby to miało sens, bo kontynuacja „Gladiatora” z kilkanaście lat starszym Russelem Crowe wydaje się takiego nie mieć, w ogóle kłóci się z konwencją i tonem opowieści. Wskrzeszenie musi być uzasadnione, tak jak choćby w komiksowym „Kaznodziei”. Pod koniec jednego z zeszytów pewna postać ginęła tu z wielką dziurą w głowie. Poszukiwany przez tytułowego kaznodzieję Bóg przywrócił ją do życia. Ta jednak wcale nie okazała wdzięczności i po prostu, z tupetem, wyładowała się na zaskoczonym Stwórcy, który owszem, przywrócił ją do życia, ale wcześniej pozwolił by umarła. Jest jakaś prawda w tej scenie, czasami porzucamy idee, nie wznosimy się ponad, tylko jesteśmy zwykłym, wkurzonym człowiekiem, zdolnym wykrzyczeć Bogu w twarz swoje pretensje i żale, którymi przecież podszyte są opisywane tu historie o wskrzeszonych bohaterach. Oby ktoś wykrzyczał coś takiego w twarz Ridleyowi Scottowi, zanim ten naprawdę zdecyduje się na realizację swego kuriozalnego pomysłu.

 

 

 

Kategorie
większe kawałki
Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Dodaj komentarz