większe kawałki

Dzika Banda przedstawia: Walt Disney – Tyran czy Wizjoner?

Facebook Zuckerberga może władać naszym czasem, ale dusze i marzenia wielu pokoleń wciąż należą do Walta Disneya. Grudzień zaś jest miesiącem jego urodzin i śmierci. Czas powspominać człowieka, który zbudował potężne imperium (w tym roku rekordowe siedem miliardów dolarów wpływów ze sprzedaży biletów kinowych na filmy wytwórni), zwłaszcza, że z biegiem lat narosło wokół jego postaci mnóstwo legend i kontrowersji.

Rozkręcił machinę do produkcji marzeń wielu pokoleń widzów, wykazał się niesamowitą determinacją, która zastąpiła niedobory talentu, a jednocześnie potrafił być bezwzględny czy nawet mściwy.

Z biegiem czasu zaczęło się różnie mówić o Disneyu. Dla wielu to wzór – wizjoner, miliarder, filantrop (taki trochę Tony Stark animacji) i tytan pracy, ale zdarzają się też tacy, którzy twierdzą, że chował przed światem nieco mroczniejsze oblicze. Z jednej strony wciąż z rozrzewieniem wspominamy klasyczne animacje o królewnach oraz „Bambiego”, czy „Fantazję”, a lista Oscarów budzi zazdrość, z drugiej – pojawiają się kolejne zarzuty, jedne zabawne, inne niepokojące. Kim więc był ten wiecznie pochylony nad rysowniczym pulpitem, uśmiechnięty, wąsaty człowiek ze starych zdjęć? Wizjonerem? Tyranem? Wielkim przedsiębiorcą?

A może wszystkim po trochu?

Walt rozpoczął życie w dosyć surowych i niepewnych czasach, na początku XX wieku. Przyszedł na świat w rodzinie Eliasa Disneya, drobnego, upartego przedsiębiorcy, który imał się rozmaitych zajęć, zaś dzieciom nie żałował pasa ani pracy. Dla przykładu – zaganiał je do rozwożenia gazet jeszcze nim wstanie świt, by oszczędzić na pracownikach. Pewnego razu zwyczajnie przegiął i Walt opuścił dom. Sfałszował dokumenty dodając sobie rok i zaczął pracę jako kierowca ambulansu podczas I Wojny Światowej. Gdy wrócił do Stanów, brat załatwił mu pracę rysownika w agencji reklamowej. To tam poznał ludzi, z którymi będzie stawiał pierwsze kroki na drodze do zbudowania imperium – między innymi Uba Iwerksa.

Jeszcze nim zbuntował się przeciw ojcu chodził na lekcje rysunku – i trzeba przyznać, że lubił ten sport, skoro tworzenie animacji stało się jego największym marzeniem. Niestety, zamiłowanie nie szło w parze z talentem (już po tym, gdy ugruntował pozycję swojej firmy, musiał się długo uczyć, jak prawidłowo narysować Myszkę Miki), dlatego na wspomnianej posadzie w gazecie nie zagrzał długo miejsca – wydawcy uznali, że jego rysunki nie trzymają odpowiedniego poziomu. Disney nie zraził się jednak tą porażką, bowiem już wtedy interesował się niemą animacją.

Pierwsze kroki w tym kierunku okazały się jednak istną ścieżką zdrowia, wypełnioną niepowodzeniami i goryczą. Pierwsza firma zajmująca się rysunkami reklamowymi zbankrutowała, gdyż nie przyciągała klientów. Jego „Alicja w Krainie Czarów” okazała się finansowym niewypałem, mimo nowatorskiej metody łączenia występów aktorskich z animacją. Była za droga i nie przykuła aż takiej uwagi. Pierwszy rysunkowy bohater, którego Disney stworzył wraz z bratem Royem i Ubem Iwerksem – królik Oswald – został im zwyczajnie… ukradziony przez Charlesa Mintza, gdyż nie zabezpieczyli praw do postaci. Część artystów opuściła wtedy przedsiębiorstwo.

Disney nie złożył jednak broni. Prawdę mówiąc, dopiero się rozkręcał.

Ołówek Iwerksa dał w końcu życie Myszce Mortimer, którą – dzięki żonie Disneya i jej delikatnym sugestiom – świat poznał jako Myszkę Mickey (co ciekawe, Mortimer pojawia się czasem w komiksach i nowszych kreskówkach jako kuzyn lub przeciwnik ulubieńca dzieciaków). Pierwsza animacja z dźwiękiem, w której wystąpił bohater – „Parowiec Willy” – okazała się olbrzymim sukcesem i urzekła rzesze widzów. Do sympatycznego gryzonia zaczęły z czasem dołączać kolejne własne i licencjonowane kreacje – Kaczor Donald, Goofy, Kubuś Puchatek czy Trzy Świnki. Oczywiście, wraz z kolejnymi dziełami studia, rozrastała się też półeczka obciążona rozmaitymi statuetkami – Oscarami, Globami.

Na początku lat trzydziestych Disney postanowił pójść o krok dalej i dać światu pełnometrażową, nowoczesną animację, wykorzystującą bardzo efektownego, ale czasożernego przodka techniki motion-capture. Kamera nagrywała ruchy aktorów, które następnie obrysowywano – klatka po klatce. Metoda zapewniała niesamowicie realistyczne sekwencje, ale kosztowała fortunę. By dociągnąć przedsięwzięcie do końca, Disney musiał wziąć potężny kredyt w banku. Tak, w wielkich bólach, rodziła się „Królewna Śnieżka”, którą świat ujrzał w 1937 roku. Koniec końców, twórca zadłużył się na około 8 milionów dolarów i popadł w stany depresyjne, ale… film odniósł gigantyczny sukces, zgromadził ponad 20 milionów widzów i pozwolił studiu nabrać rozpędu. Dzięki temu kinematografię zasiliły kolejne animacje – „Bambi”, „Dumbo”, „Fantazja” i wiele innych. Każda okazywała się mniejszym lub większym sukcesem. Dziś uznajemy ten okres za złotą erę filmów rysunkowych.

Na pierwszy rzut oka wygląda to jak klasyczna, chwytająca za serce historia od pucybuta do milionera – i taki wizerunek kreował sam Walt Disney. Uchodził za dobrego wujka, który doszedł do wszystkiego sam, a podwładnych i współpracowników otaczał ojcowską opieką i czasem, tylko czasem bywał surowy – oraz oczywiście wymagający. Tymczasem z wielu stron dochodzą głosy o ciemniejszej stronie giganta animacji.

Swego czasu rabanu narobiła Meryl Streep, zarzucając Disneyowi skrajny szowinizm i rasizm. Dla przykładu – kobiety w wytwórni mogły liczyć co najwyżej na możliwość kolorowania kadrów, co było żmudną i niewdzięczną robotą. Tak, praktyka nieprzyjemna i świadcząca o dosyć… wybiórczym podejściu do kwestii równości, ale należy pamiętać, że mówimy o czasach, kiedy nie każdy się tym przejmował, a zbiorowa świadomość w podobnych sprawach dopiero się rodziła. Disney był bowiem dzieckiem swoich czasów i widać to na każdym kroku. Jeśli zaś chodzi o rasizm – zdania są podzielone. Jedni twierdzą, że wspierał organizacje rasistowskie i antysemickie – oraz że otrzymał nawet propozycję współpracy z ulubioną reżyserką Adolfa Hitlera – Leni Riefenstahl. Drudzy dodają, że propozycję tę odrzucił, a kwestia wspierania grup ksenofobicznych to wierutna bzdura, gdyż wspomagał drugą stronę barykady.

Wielu dawnych współpracowników, zwłaszcza ci zwolnieni, uważało, że „dobry wujek” zaczął się przepoczwarzać w tyrana. Wymagał absolutnej perfekcji – co akurat wychodziło na zdrowie filmom, ale niekoniecznie zaharowanym pracownikom, a co więcej dbał o absolutną „czystość moralną” w wytwórni. Bardzo krzywo patrzył, a wręcz zabraniał wszelkich romansów w pracy. Co więcej, nie pozwalał na żadne, nawet najdelikatniejsze aluzje w swoich filmach. Kiedyś zwolnił podwładnych po tym, jak pokazali mu nieopublikowaną animację z Mikim i jego dziewczyną Minnie, gdzie ich relacje ukazane są dalece od platonicznych.

Niektóre źródła podają, że dosyć ściśle współpracował z FBI i pomagał w niesławnym „polowaniu na czarownice” w dobie makkartyzmu jako wtyczka Biura w przemyśle filmowym – w końcu zaś otrzymał status „agenta specjalnego”, na co nie każdy był w stanie zapracować. Co więcej – znał się dosyć dobrze z szefem FBI, J. Edgarem Hooverem. Disney zadenuncjował ponoć kilku ludzi z branży na podstawie samych domysłów i podejrzeń – równało się to oczywiście życiowej ruinie, gdyż łatka komunisty oznaczała wilczy bilet w niemal całych Stanach. I niemal na jakąkolwiek posadę. W donosach swoje nazwiska mogli znaleźć także pracownicy wytwórni, którzy w 1941 ogłosili strajk, gdy szef odmówił uznania związku zawodowego wewnątrz firmy. Przynajmniej ci, których po prostu nie zwolnił.

Miłośnicy teorii spiskowych do związków z FBI dorzucają też konszachty Disneya z Illuminati i masonerią, na co miałyby wskazywać rozmaite ukryte symbole w animacjach i filmach aktorskich sygnowanych charakterystycznym, zawijasowym podpisem. Na chwilę obecną to tylko kwestia przypuszczeń, gdyż równie dobrze mogły to być po prostu żarty rysowników, z jakich słynie wytwórnia. Podobnie jak miejską legendą pozostaje sprawa zamrożenia ciała Disneya. W myśl tej historii słynny twórca miał oddać swoje ciało na przechowanie aż do 2066, kiedy to zostałby wybudzony – w nadziei, że ludzkość wynajdzie skuteczne lekarstwo na raka (Disney zmagał się z nowotworem płuc). W istocie jednak zmarł w 1966, a jego ciało skremowano.

Jak się nad tym głębiej zastanowić – Disney przypomina trochę jedną z postaci, które dla wytwórni wymyślił Carl Barks – Sknerusa McKwacza. Analogia może być zupełnie przypadkowa, a bohater ujrzał światło dzienne rok po śmierci Disneya, ale jak się zastanowić, podobieństwa można znaleźć dosyć łatwo. Sknerus to nieustępliwy i bezwzględny kaczor, który w pogoni za sukcesem i zyskiem poświęci niemal wszystko – tak jak Disney na drodze do realizacji swoich marzeń. Obaj upadali i powstawali raz po raz, aż dorobili się wielkiej fortuny, obaj też uciekali się do bardzo bezwzględnych zagrywek, jednocześnie zaś pozostawali bardzo ludzcy…

Po latach Disney okazuje się coraz bardziej kontrowersyjnym człowiekiem. Rozkręcił machinę do produkcji marzeń wielu pokoleń widzów, wykazał się niesamowitą determinacją, która zastąpiła niedobory talentu, a jednocześnie potrafił być bezwzględny czy nawet mściwy. Możliwe, że był po prostu człowiekiem swoich czasów – ale wnioski pozostawiam Wam.

Kategorie
większe kawałki
Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który potrafi płynnie przejść od słodkiego lenistwa do nadaktywności – i z powrotem. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, rozmaitych hobby, a czasem nawet w otchłań studiów. Publikował, w „Science Fiction Fantasy i Horror”, „LiteRacjach” oraz w portalach internetowych – GRY-Online, Kawernie, Szortalu, Onecie. Od 2014 regularnie pisuje do Dzikiej Bandy.

Dodaj komentarz