większe kawałki

Czy lubisz horrory, czyli Polacy kontra powieści grozy

Remigiusz Mróz wydał „Czarną Madonnę” – powieść, której wydawca nie bał się reklamować jako horror. Nie bał. Bo choć ponoć Polacy lubią się bać, to literatura grozy sprzedaje się u nas źle. Czy tak będzie już zawsze, czy też czeka nas horrorowy boom, podobny do tego, który miał miejsce na początku lat 90.?

„Czarna Madonna”, „Demon”, „Ciemne siły”, „Królestwo gore”, „Alvethor. Panademia” do tego „Bycie w śmierci”, „Oszpicyn” i „Mechaniczna ćma”, „Nowy dom na Wyrębach”. To tylko kilka tytułów powieści grozy, jakie ukazały się w ostatnim czasie w Polsce. Naszych powieści. Podpisanych nazwiskami polskich autorów. W większości wydanych w normalnej dystrybucji. Oczywiście – w porównaniu z kryminałami, kilka horrorów w kilka miesięcy to niewiele. Ale… Nieśmiertelne, ale… Warto je tu wstawić, bo jeszcze rok temu powieści grozy, które trafiały do książkowego obiegu było mniej. Dużo mniej. Coś drgnęło na rynku. Czy raczej drga. Pytanie – czy uda się temu czemuś, stosując horrorową nomenklaturę, powstać z grobu, czy też to klasyczny objaw pośmiertnych drgawek?

No właśnie. Dziwna sprawa z tym horrorem w Polsce. Jako gatunek filmowy – jest niebywale popularny. Horrory przyciągają do kin stałą publiczność, a te, które do siebie przekonują widzów, mogą liczyć na zwyżkową tendencję. Dla przykładu – na pierwszą „Obecność” w weekend otwarcia do kin poszło 33 tysięcy widzów. Druga część przyciągnęła już ich 105 tysięcy. Standardowo film grozy w Polsce może liczyć maksymalnie na jakieś 100 tysięcy widzów (za całą bytność w kinie). Nie jest to wynik oszałamiający. Ale też i nie jest zły. Zwłaszcza, jeśli porównamy go z wynikami sprzedaży polskich powieściowych horrorów. Ale zanim dojedziemy do tej części – odrobina historii.

Z horrorem przez wieki.

Z wszystkich gatunków literackich horror miał u nas najtrudniej, bo nigdy de facto nie istniał. Pewnie – romantyzm używał elementów grozy, ale podporządkowane one były zupełnie innej treści. Dziś mało kto uznaje „Dziady” czy „Balladynę” za opowieści grozy, choć nie byłoby to nieuzasadnione. Ale horror? Nie. Nie wolno. Sztrymer, Zmorski, Reymont, Sienkiewicz, Prus, Miciński, Gnatowski – każdy z nich sięgał po elementy grozy, ale literaturoznawcy wolą unikać w stosunku do ich twórczości nazwy horror. Tak naprawdę jedynym polskim pisarzem, który w swojej twórczości nie pozostawiał żadnych złudzeń, co do gatunkowej przynależności był dopiero Stefan Grabiński. Ojciec polskiej grozy. I pisarz równie zasłużony, co dziś (niesłusznie) zapomniany. Nie lepiej miała się sprawa z kinem. Poza kilkoma przypadkowymi produkcjami, rozrzuconymi od lat 20-tych ubiegłego wieku do dziś, jedynym długoterminowym polskim romansem z estetyką grozy był cykl telewizyjny „Opowieści niesamowite”. Pewnie, że zdarzały się perły (zarówno tekst Lema „Śledztwo” jak o dziwo jego telewizyjna adaptacja), ale do lat 80-tych ubiegłego wieku obecność horroru w Polsce trudno uznać za specjalnie aktywną.

Pisarzy specjalizujących się w gatunku nie mieliśmy. Reżyserów także. Na rynku księgarskim zaś nie wydawano zbyt wielu zagranicznych powieści grozy. Owszem – mieliśmy kilkadziesiąt znakomitych antologii, które przybliżały klasykę gatunku. Znakomite tłumaczenia Poego autorstwa Leśmiana. Lem w sygnowanej swoim nazwiskiem serii wydał „Opowieści starego antykwariusza”, było trochę klasyki, ale niewiele ponad to.

Czy winę za taki stan rzeczy ponosiła cenzura? Niekoniecznie. W końcu wydawano u nas „kontrowersyjne” powieści Chandlera, Hammetta, pojawiało się fantasy i fantastyka. Po prostu horror miał pecha i mało kogo interesował.

Mogło oczywiście być tak, jak twierdzi Tomek Bagiński – Polacy mieli horror na co dzień i nie potrzebowali szukać atrakcji w postaci powieści grozy. Chwytliwa to teza, ale też i łatwa do obalenia. Polacy mogli nie chcieć horroru, nie tyle z powodu życiowych traum, a rzeczy o wiele bardziej prozaicznej – braku wiedzy. Przez lata nie istniało u nas żadne medium, które edukowałoby, pokazywało gatunek tak rodzimy, jak ten z zagranicy. Ten stan rzeczy zmienia się dopiero w roku 1982, kiedy powstaje pismo „Fantastyka”. Rok później nakładem wydawnictwa Czytelnik ukazuje się pierwszy w Polsce zbiór opowiadań Lovecrafta. Horror zaczyna kiełkować. Ale znów z problemami. Jako subgatunek fantastyki ląduje w cieniu politycznych przepychanek. Fantastyka socjologiczna wdaje się w dyskurs z rządem, czytelnicy rzucają się na nią, bo w niej przemycane są tak oskarżenia jak oceny sytuacji politycznej w Polsce. A horror? Horroru nikt za bardzo nie chce. I mało kto szanuje.

To oczywiście uproszczenie. Sytuacja była o wiele bardziej skomplikowana, a i książek ukazywało się więcej. Chodzi mi tylko o to, by pokazać, na jaki grunt pod koniec lat 80-tych pada horror i skąd wzięła się jego nagła, ale też i chwilowa popularność. Z głodu i ciekawości.

Ciekawości – bo powieści z tak brzydkimi i jawnie sugerującymi zawartość okładkami, jakie ukazywało się między powiedzmy 1987 a 1995 rokiem, wcześniej nie było. Głodu – bo horroru było do tej pory jak na lekarstwo.

Wydawnictwa jak Phantom Press, Amber, Da Capo czy Civis-Press zarzucają rynek masą horrorów i tak zaczyna się… horror.

Prym wiodą tu – Phantom Press, który zalewa rynek horrorowym kiczem (Harry Knight, Guy N. Smith) i Amber, który rozkochuje Polaków w twórczości Jamesa Herberta i Grahama Mastertona. Do tego dochodzą dziwne wydawnicze efemerydy. Pojawiające i znikające serie. To, co działo się z horrorami na początku lat 90tych na polskim rynku, idealnie oddawało ducha przemian mających miejsce w kraju. Wszyscy nagle zachłysnęli się wolnością, w efekcie czego księgarnie zamieniły się w kolorowe stragany pełne okładek, z których łypały na nas wszelkiej maści potwory (i zmutowane stwory). No, bo jak może być inaczej. Horror potraktowano jak porno – ma być wiadomo od razu, o co chodzi. Zero gry wstępnej. Penisem po oczach.

Ten okres trwał jakieś siedem lat. W toaletach obok kiczowatych romansideł walały się powieści o tak wzruszających tytułach jak „Kraby” czy „Dzwony śmierci”, a wydawcy ścigali się w wymyślaniu strasznych opisów. 

W natłoku chłamu niestety ginęły pozycje wartościowe. Stephen King obronił się swoim statusem gwiazdy i ekranizacjami, które były już w Polsce znane. Inni nie mieli takiego szczęścia. Boom horrorowy na zawsze pogrążył w Polsce karierę Clive’a Barkera czy Petera Strauba. Od tamtej pory ich powieści kojarzyć będą się tylko z kiczem i nie wrócą już do łask. Więcej szczęścia ma Dan Simmons. Co prawda jego wybitna powieść grozy „Letnia noc” przepadnie w odmętach, ale na szczęście nie zatopi innych tytułów autora.

Efekt Phantom Press

Najgorszym „efektem Phantom Press” było jednak nie zniechęcenie ludzi, nie przedobrzenie w makabrą, a utwierdzenie ogromnej rzeczy przeciwników gatunku w przekonaniu, że ich niechęć do horroru miała solidne podstawy, bo gatunek ten nie ma poza szokiem, krwią i seksem nic do zaoferowania. Nikomu też najwyraźniej na tym nie zależało. O ile powstawały serie „Mistrzowie SF”, „Klasyka Fantasy”, tak mistrzów horroru nie wydał nigdy nikt. A bez fundamentu nie da się niczego budować. Niczego. Owszem powstała potem Biblioteka wydawnictwa C&T, ale to już nie ta skala, a jej wydanie (mimo, że trafiają tam rzeczy wybitne) pozostawia wiele, ale to wiele do życzenia. W zasadzie tak wiele, że czasami myślę, że lepiej byłoby jakby te książki się nie ukazały. Ale wróćmy do długiej drogi w dół.

Krytycy odwrócili się od gatunku. Czytelnicy w większości także. Co nie było trudne do przewidzenia. Siedem lat dominacji Phantom Press dało sporo frajdy na najniższym, ale i potrzebnym poziomie. Ale szkody jakie ona wyrządziła odczuwane i naprawiane są do dziś.

Po pierwsze – upada definitywnie sprzedaż literatury grozy. Na rynku zostaje Stephen King i Graham Masterton. Ten pierwszy, jako mistrz, drugi, jako wyrobnik dostarczający taniej rozrywki. Dla odbiorców horror kojarzy się z literaturą kiblową. Dla wydawców z wyrzucaniem pieniędzy w błoto. Ten status quo trwa do dziś, a literatura grozy trafiła albo do wydawców tylko się w niej specjalizujących się, albo do nisz. Jest jeszcze trzecia krzywda – największa i najgorsza. „Efekt Phantom Press” wyżłobił w głowach twórców rodzimego głębokie koleiny, po których toczyć oni zaczęli swoje myśli. Horror ma być prosty, krótki, ekstremalny i banalny. Rynek zatem zapełnia się mikro opowiadankami z cyklu „flaków i szpadla”. Im krwawiej tym lepiej. Na drugim biegunie stanęli wszyscy ci, którzy uznali za mistrza pióra Grahama Mastertona. Czyli trochę seksu, masa klisz i jakiś element nadprzyrodzony. Jakby tego było mało większość tej literatury pisana była językiem tak złym, że pękały oczy.

Oczywiście zdarzały się przypadki osobne. Przypadki, gdy duże wydawnictwa inwestowały w horror, mimo że koniunktura rynkowa podpowiadała coś innego. Prym wiodło tu WAB. Piotr Zaremba (dziś PiS-owski działacz) wydaje całkiem zgrabny horror „Plama na suficie”. Książka przepada. Ale próba odznaczona. Horrorem debiutuje także Zygmunt Miłoszewski. „Domofon” nie przyniesie mu sławy. Ta nadejdzie dopiero z wydaniem „Ziarna prawdy” – drugiego tomu z prokuratorem Szackim. W Fabryce Słów literacki debiut Jarka Grzędowicza „Księga jesiennych demonów” okazuje się jednym z najlepszych horrorów, jakie napisze polski autor. Ale Grzędowicz szybko zdezerteruje z horroru do fantasy. Bezpieczniej i większe profity. Horrorowym dezerterem okazuje się Łukasz Orbitowski. Z Grzędowiczem łączyła go etykieta – polskich Stephenów Kingów. Obaj z nią zerwali. Ale musiało minąć kilka dobrych lat.

A „efekt Phantom Press” wcale nie słabł. Horror po krótkim triumfie niemal zniknął z rynku. Jedynym autorem, który zarabia na pisaniu horrorów i jeszcze się tego nie wstydzi jest Stefan Darda. Reszty brak. Im gorzej miał się horror w oczach wydawców (doszło do tego, że giganci usunęli z haseł w katalogach określenie horror, zastępując je thrillerem), tym mocniej sfrustrowani byli autorzy. Fandom horrorowy podzielił się na tych, którzy nie rozumiejąc krzywdy, jaką wyrządziło rynkowi Phantom Press, celebrowali tandetę, tych, którzy mają ambicję i tych, którzy mają wszystko gdzieś. Jest jeszcze czwarty efekt Phantom – przywiązanie do tandety. Jedynymi odkrywanymi autorami w Polsce są kolejne mutacje Guy’a N. Smitha. Mam tu na myśli grafomanów jak Edward Lee, Jack Ketchum (przebacz) czy John Everson.

I co dalej.

I tu pomijając wiele nazwisk, wiele zjawisk (choćby próba reaktywacji horroru przez Amber, modę na wampiry, czy serię grozy Prószyńskiego) i kilka czasopism, dochodzę do momentu, który interesuje mnie najbardziej. Czyli – tu i teraz. Czytając wszystko powyższe można dojść do wniosku, że horror w Polsce umarł. Nie byłby to wniosek do końca nieprawdziwy. Jeszcze rok temu, byłbym skłonny powiedzieć – nie, horror już się nie odrodzi. Ale coś się stało. I znów stało się to gdzieś poza fandomem i w miejscach nieskażonych myśleniem gatunkowym.

Bo w fandomie horrorowym – no cóż nie dzieje się nic nowego. Standardowy nakład powieści wydawanych przez niszowe horrorowe wydawnictwo jak choćby nowe Dom Horroru czy Phantom Books to dwieście egzemplarzy (tak – dwieście, czyli tyle ile normalne wydawnictwo drukuje prebooków dla dziennikarzy). Po nakładach widać już, że wydawnictwa fandomowe nie mają wypracowanego biznes planu, nie wiedzą, dokąd mają zmierzać i na czym polega rynek. Pracują na bezpiecznych mini nakładach. Trudno nazwać to wydawnictwem. Bardziej czymś na kształt domowych drukarni, czyli lepiej wydrukowanych zinów, rozprowadzanych przez allegro po znajomych. Punkowe DIY w pigułce. Fandom śpi. Śpią także wydawnictwa z horrorem kojarzone. Powieści Videografa wciąż ukazują się w tych samych nakładach (około 1000 egzemplarzy minus dystrybucja), to jest ich więcej i widać, ze wydawnictwo mocno szuka kolejnego Dardy. Replika sprzedaje swoje horrory na poziomie około 800/1000 egzemplarzy i nie ma pomysłu na to jak zrobić to lepiej (nie ma też tytułów, które by pomogły).

Zmiana toczy się gdzieś indziej. WAB uwierzyło w Aleksandrę Zielińską i wydaje jej kolejną książkę – tym razem zbiór opowiadań, co na rynku jest niebywale niebezpieczne. Zwłaszcza, że opowiadania Oli to czysta groza. „Przypadek Alicji” i „Bura i szał” były rasowymi horrorami, które nawet, jeśli się nie sprzedały to pokazały inne oblicze gatunku. Zysk i S-ka, mimo iż wciąż stosuje swoją taktykę zero promocji, sprzedał ponad dwa tysiące egzemplarzy „Zombie.pl” i zaraz wydaje drugi tom. Najlepiej w tym towarzystwie wypada „Oszpicyn” z Marginesów – blisko pięć tysięcy egzemplarzy. Na polskim rynku, to już wynik bardzo dobry. A powieść to przecież czysty horror. Wyników Mroza nie znam, ale mogę przypuszczać, że dziesięć tysięcy pękło szybko.

Koniunktura jest. Klątwa się odwraca. Teraz warto mieć upór. I nie tylko. Czytając powieści takie jak „Ciemne siły” Jacka Piekiełko, widać, że na rynku pojawiają się autorzy, którzy mają ochotę nie tylko powielać schematy, ale szukać własnego języka. Teraz tylko musi przejąć ich dobre wydawnictwo i zapewnić dobre warunki do pracy.

Za powrotem horroru, jako takiego przemawia silnie tak sytuacja społeczno-polityczna, jak demograficzna. Na świecie największy boom horror przeżywał w sytuacjach zagrożenia i rozpadu istniejących podziałów społecznych. Narodziny gatunku to okres rewolucji przemysłowej. W XX wieku złote czasy horroru przypadają na okres Zimnej Wojny i zagrożenia nuklearnego oraz rozpadu mieszczańskiego ładu społecznego zakończonego rewolucją obyczajową. W Polsce stoimy na rozdrożu. Kraj, jaki znaliśmy przestaje istnieć, podziały społeczne są tak głębokie, że zakopanie ich zajmie lata. Do tego widmo wojny. I prawdziwego kryzysu finansowego (wzrost zadłużenia państwa plus bankowa bańka). Nie można wymarzyć sobie lepszego momentu dla początku mody na horror. Wszak to gatunek, który oswaja lęki społeczne, poprzez oczyszczające katharsis. Do tego, co istotne (czynnik demograficzny), w końcu dorosło pokolenie nieskażone niechęcią do gatunku. Dotyczy to zarówno autorów, jak dziennikarzy i czytelników. Jeśli mądry wydawca teraz dobrze rozegra tę grę – wygra nie tylko gatunek, ale kolejną literacką gwiazdę. Ale grać trzeba ostrożnie i uważnie. Efekt Phantom Press wciąż czai się za rogiem. Jak wilkołak. Czeka na jeden fałszywy ruch.

Kategorie
większe kawałki
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

3 komentarze
  • BlackBoy
    15 sierpnia 2017 at 22:06
    Skomentuj

    Powieść Piekiełki istotnie zrobiła na autorze tego artykułu tak ogromne wrażenie, że nawet nie zapamiętał poprawnie jej tytułu. 😀

    • Andy Longjoe
      22 sierpnia 2017 at 11:17
      Skomentuj

      A to nie „Ciemne siły” napisał Jacek?

  • Anonim
    25 października 2017 at 23:38
    Skomentuj

    A cóż aż tak złego w tych książkach z serii „Biblioteka Grozy”, że tak bardzo marudzisz? Sporo osób je kupuje, kolekcjonuje, nawet (sic!) ceni… Czy Polak to musi zawsze marudzić?
    Stary Czytelnik

  • Dodaj komentarz

    REKLAMA
    Instagram
    • Lektura jeszcze przed nami, ale jak ślicznie to wygląda. A i sama fabuła zapowiada się pysznie. Koniecznie sprawdźcie.

#komiks #czytam #czytambolubie #comics #comicbook #instacomics #instaread #comicstagram #comicsaddict #fanboy #ilovereading #comicnerd #design #favele #Mandioca
    • Grudzień to miesiąc sprawiania sobie i innym małych przyjemności. "Armstrong"  jest właśnie jedną z nich. Cudna książeczka dla małych i dużych.

#książka #czytam #czytambolubie #bookporn #booklover #instabook #instaread #bookstagrampl #bookstagram #bookaddict #bookworm #reading #bibliophile #bookcommunity #booknerd #dladzieci #kosmos #wydawnictwoWilga
    • Niech Was nie zawiedzie ta słodycz. To prawdziwy, soczysty thriller. Tak, chodzi o książkę. 😊

#książka #czytam #czytambolubie #bookporn #booklover #instabook #instaread #bookstagram #bookaddict #bookworm #reading #bibliophile #bookcommunity #booknerd #bookstagrampl #zaczytanegiry