Netflix
większe kawałki

Czekając na (upadek) Underwooda

Żeby nie było wątpliwości ja też – jak reszta otaczającego mnie świata – czekam na trzeci sezon „House of Cards”. W przeciwieństwie jednak do większości moich znajomych ubierających swe uwielbienie dla Underwooda w facebookowe statusy, tweety, memy i specjalnie na tę okazję wymyślone hashtagi, czekam nie po to, by kolejny raz zobaczyć, co ten Frank znowu wymyśli. Czekam, bo zarówno tytuł, jak i brytyjski pierwowzór obiecują mi upadek tego śliskiego, cwanego, bezdusznego skurwiela. I, nie kryję tego nawet przez chwilę, obejrzę ów koniec z prawdziwą satysfakcją.

W ogóle muszę się przyznać, że wkurza mnie popularność tego serialu. Choć nie, to nie tak. Mam wobec niej ambiwalentne uczucia. Oto bowiem z jednej strony to ciekawa historia, w dodatku w remake’u skrojona pod amerykańskie (czyli w popkulturze uniwersalne) standardy. Realizacyjnie bez zarzutu, budżetowo solidna, aktorsko rewelacyjna, w dodatku podana w zupełnie nowy sposób przez Netflix (cały sezon naraz, sam decydujesz, jak oglądasz). I tylko temat, rozłożenie akcentów, jakoś mi tu nie leży… Dlaczego? Bo kręcona w złym czasie powszechnego cynizmu, pogłębia frustracje.

Jak wspomniałem, jeżeli opowieść o makiawelicznym kongresmanie z ambicjami nie wywinie nam jakiejś super zaskakującej wolty, możemy się spodziewać, jak się skończy. Czyli dobrze…  choć źle dla pana i pani Makbet, tfu Underwood. Domek z kart konsekwentnie budowany przez dwa sezony runie. a sprawiedliwość i demokracja zatryumfują. Fajnie, nie?

Tyle, że niefajnie, bo mleko już się rozlało. Frank o twarzy Kevina Spaceya już nawiązał z nami, widzami, nić porozumienia, już podzielił się z nami swoim planem. Ba, na naszych oczach zrealizował go, zostając prezydentem bez nawet jednego demokratycznie oddanego na niego głosu (mowa o głosie w wyborach prezydenckich, oczywiście). I choć nie raz i nie dwa myśleliśmy o nim jak o draniu, to jednak takim, którego lubimy, podziwiamy nawet. O draniu skutecznym. Znowu powołam się na znajomych – wiem, nieładnie i kiepska to metoda badawcza – oraz na własny odbiór: dużo bardziej przeszkadzały mi te momenty, gdy Underwood był w swych podłościach nieskuteczny albo gdy w panice improwizował, niż gdy na chłodno, profesjonalnie po prostu działał. Tym samym Frank wpisał się na długą listę Lecterów, Dexterów i innych socjopatów, którym mimo wszystko kibicujemy.

Z „House of Card” jest o tyle gorzej, że tu właściwie nie ma komu kibicować. Wizja polityki i tego, jak się ją uprawia, jaka zostaje nam zaprezentowana w tym serialu, nie napawa optymizmem, ale doskonale się wpisuje w nasze, podsycane wiadomościami, „paranoje”.  Przecież wiemy, że oni wszyscy kradną, manipulują mediami, sprzedają ustawy i tuszują wpadki kolegów. W świecie tych skorumpowanych, kierujących się wyłącznie prywatą, a w dodatku często safandułowatych polityków (patrz poprzedni prezydent), Frank wyróżnia się skutecznością i długofalowym planem. Być może jak się nachapie, przechodzi nam przez myśl jak wiele razy wcześniej w odniesieniu do prawdziwych polityków, to z tą samą skutecznością jednak coś załatwi? Gorzej nie będzie, a może choć trochę lepiej. Inaczej mówiąc, mamy do czynienia z produkcją, która w efektowny sposób gra na naszych lękach i wykorzystuje przy tym nasz przetrącony przez popkulturę kręgosłup moralny widza. I dobrze, gdyby to było założenie od początku do końca. Ale, jak wspomniałem wcześniej, o ile nie szykuje nam się zaskakująca wolta, to „HoC” będzie jednak moralitetem. Zło zostanie ukarane, dobro zatryumfuje i nastanie demokratyczna radość i szczęśliwość powszechna. Dlaczego więc podejrzewam, że szykuje nam się fala smutnych statusów i żalu, że jednak się Frankowi nie udało? A jeśli tak, to czy to będzie sukces twórców czy jednak porażka? Artystycznie na pewno to pierwsze, ale ideowo? Względem podjętych pierwotnie założeń?

I tu przychodzi mi na myśl zupełnie inna produkcja, choć tematycznie bliska produkcji Netflixa. Mam na myśli „The West Wing” – po polsku serial znany jako „Prezydencki poker” –  rozciągniętą na siedem sezonów opowieść Aarona Sorkina o pracującej w zachodnim skrzydle Białego Domu administracji fikcyjnego prezydenta Josiaha „Jeda” Bartleta (Martin Sheen).

Teoretycznie mamy tu wiele punktów wspólnych. Politycy kontra dziennikarze, korytarzowy handel głosami w Kongresie, sprzeczne interesy tak partii, organizacji, jak i pojedynczych ludzi. Mamy strajki powszechne i wyborcze debaty, mamy wyprowadzanie przeciwników w pole, mobilizacje wobec nagłych i niespodziewanych zmian w kraju i na świecie, skandale, wrobienia, szantaże, porwania. Mamy też niezwykle inteligentnych, znających się na swojej pracy ludzi potrafiących osiągać wyznaczone sobie cele. Różnica polega na tym,  że tu większość ludzi gra jednak do jednej bramki. Celem jest, różnie rozumiane, ale w zasadzie nigdy nie będące pustym frazesem, dobro Ameryki i jej obywateli.

Już widzę, jak się uśmiechacie, myśląc jakie to wszystko, kurwa, śliczne. Takie słodkie, jak z obrazka. Ale życie, powiecie, jest zupełnie inne. I tu pewnie – paradoksalnie, o ironio i tak dalej i tak dalej – wskoczy wam zaraz wizja z „House of Cards”. Bo w prawdziwym życiu nie ma miejsca dla prezydenta, który, gdy porywają mu córkę, oddaje władzę na czas rozwiązania sprawy, bo zasada nienegocjowania z terrorystami jest dla niego równie ważna, co życie bliskiej osoby. A polityczny oponent, który zjawia się na jego miejscu, nie skupia się na zbiciu tylko i wyłącznie kapitału politycznego na cudzym nieszczęściu, tylko wypełnia powierzone mu role, bo też kocha swój kraj? No proszę was! Wyrośliśmy z dobranocek!

Tyle, że, na szczęście, Aaron Sorkin nie wyrósł. Konsekwentnie, ze znawstwem tematu przedstawia nam trudne sytuacje, prawdziwe, realne i zupełnie hipotetyczne, z jakimi mógłby się podczas swojej kadencji zmierzyć prezydent Stanów Zjednoczonych i jego zespół. Od wojen, po powszechną zmianę definicji biedy i związane z tym statystyki. Prawa mniejszości, spory religijne oraz pozornie nietykalne narośle administracyjne i biurokratyczne wymagające zmian. Nie ma tematów tabu, bo Sorkin nie unika mówienia o kwestiach niewygodnych. Nie szczędzi swoim bohaterom tak porażek w życiu prywatnym, ogromnych konsekwencji małych błędów, jak również nieprzychylności świata. Przy tym wszystkim, budując postaci na swój obraz i podobieństwo, oferuje im wiedzę, ciekawość, pracowitość i spójną wizję świata. Daje misję, którą nie jest zdobycie dla siebie stołka, wygód, bogactw czy przywilejów związanych z władzą. Mówi, podobnie jak prezydent, którego do spółki z Sheenem stworzył: daję ci szansę zmienienia świata w jakim żyjesz na taki, w którym będzie się nam wszystkim żyło lepiej.

Komu to wystarczy? Na pewno nie Frankowi Underwoodowi, na pewno nie politykom, których znamy – cynicznym manipulatorom lub po prostu głupcom.

Ale warto pamiętać, że gdy „The West Wing” leciał w telewizji, uważnie oglądali go ludzie dziś będący u szczytu. Senator Santos (grany przez znakomitego Jimmy’ego Smitsa), wzorowany skądinąd na młodym podówczas senatorze Obamie, dostaje swoją szansę na zostanie pierwszym kolorowym prezydentem USA, co potem stało się rzeczywistością. Amerykańcy politycy zbijali swój polityczny kapitał na deklaracji, że oto są „Pokoleniem West Wing”, że ta wizja, którą zaprezentował Aaron Sorkin, to świat, który do nich przemawia tak jak do widzów (a że na przeciętnego odbiorcę w USA serial miał wpływ niebywały, niech świadczą rozliczne wpisy na forach, czy nawet strony i podstrony, jak chociażby twitterowe konto West Wing Changed Me).

Politycy „Pokolenia WW” zapewniają, że biorąc przykład z Bartleta, chcą się kształcić i poświęcać, by Ameryka mogła być najlepszym krajem świata (skądinąd ten sam Sorkin rozlicza ich z tych deklaracji już chociażby w otwarciu kolejnej swojej produkcji – serialu „Newsroom” zrealizowanego dla HBO).

Trudno powiedzieć dokładnie, na ile pierwsze zwycięstwo Obamy to zasługa telewizyjnej produkcji, ale musiał być to wpływ znaczny, skoro zaprzysiężony prezydent poczuł się w obowiązku podziękować scenarzyście za dookreślenie drogi i wizji. A co to oznacza w praktyce? Że Sorkin przy całej swojej naiwności, przy całym swym optymizmie i być może przesadnej wierze w ludzkość, zaprezentował swoją wizję na tyle przekonująco, by warto było spróbować. Machnąć ręką i powiedzieć: „a niech tam!”.

I jest faktem, że sympatycznym, momentami impulsywnym erudytą Bartletem, a potem pełnym dobrych chęci senatorem/kandydatem/prezydentem Santosem, Sorkin kupił obecnemu prezydentowi wiarę i nadzieję, którą Obama trochę roztrwonił. Ale chcę wierzyć, że pomyłka, nawet bolesna, lecz wynikająca ze szlachetnych pobudek, jest nadal lepsza niż zrodzone z pesymizmu i paranoicznego myślenia wybieranie „mniejszego zła”. Albo jeszcze gorzej, zdawanie się na to, że pazerność dyszącego żądzą władzy socjopaty kiedyś zostanie zaspokojona. I że wtedy, być może z braku innych opcji, zajmie się on dobrem wspólnym. Bo to, moi drodzy jest naiwnością tysiąc razy większą niż ta Sorkinowa. I przy tym o ileż bardziej gorzką.

Ktoś powie – no dobra, ale tu chodzi o serial, chodzi o dramaturgię, o sympatię widza i Underwooda stukającego pierścieniem w stół w Gabinecie Owalnym. Ale znowu, co kto lubi i czego szuka. Wspomniana scena bowiem to tryumf cwaniaka, symbol wszystkiego, czego w polityce nienawidzimy, ale tu przyjmujemy, bo Frank. Ten stukający pierścień to dla jednych Tusk w Brukseli, dla innych prezydencki grobowiec na Wawelu, wreszcie Putin po dwóch latach premierowania znowu na carskim tronie. Nie umiem się tym zachwycić i nie czuję nawet w połowie tych emocji co w scenie, gdy prezydent Bartlet rozmawia z Bogiem w pustym kościele o swojej chorobie, o stracie bliskiej osoby i o tym, że się nie podda. I gdy widzimy tego gościa, jak w takt „Brother in Arms” wchodzi na mównicę, wkłada rękę do kieszeni i zaraz rozpocznie być może najtrudniejszą mowę w swoim życiu, czujemy ciarki. I myślimy, jakże by było fajnie, gdyby ktoś taki rzeczywiście istniał i był na takim stanowisku.
I ja sądzę, że może. A uda się to wtedy, gdy zaczniemy z ulgą i autentyczną radością przyjmować upadki wszystkich Underwoodów świata. I choć to tylko serial – a może właśnie dlatego, bo sytuacja klarowna i mamy wszystkie fakty – warto ćwiczenie tego uczucia satysfakcji zacząć właśnie od Franka.

Kategorie
większe kawałki
Jakub Ćwiek

Jakub Ćwiek – publikując od dekady, miksuje różne podgatunki fantastyki z mediami innymi niż literatura. Tak powstał filmowo-serialowy „Kłamca”, ukazujący kult gwiazd jako nową mitologię, rockowy „Dreszcz” będący komiksem zaserwowanym w postaci prozy, tworzący wizerunek polskiego superbohatera czy „Chłopcy”, którzy nawet z najwygodniejszego fotela zabierają czytelnika na pustą drogę ciągnącą się aż po horyzont. Łącznie szesnaście tytułów. A gdy książki trafiają już do wydawnictwa, Kuba preleguje, podróżuje po świecie, grywa na gitarze, pisze teksty piosenek, scenariusze i felietony. Jego bohaterowie doczekali się komiksów, LARP-ów, filmów krótkometrażowych, adaptacji teatralnych, słuchowisk, gry karcianej i serii koszulek. Rock&Read Festival pokazało nowy sposób zabawy literaturą i rockiem, a gdzieś pomiędzy tym wszystkim Ćwiek znalazł jeszcze czas, by uścisnąć ręce Bruce’a Willisa, Jossa Whedona i Stephena Kinga oraz by założyć Browncoats of Poland. Za opowiadanie „Bajka o trybach i powrotach” otrzymał Nagrodę Fandomu Polskiego im. Janusza A. Zajdla.

Dodaj komentarz