większe kawałki

Czarny kryminał w kosmosie

W kinach znów grasuje „RoboCop”, niebawem duet Wachowskich pokaże nam zmutowanego twardziela, a w „Police State” Sean Young wyląduje w policyjnym świecie przyszłości. Co łączy te filmy? Otóż poza tym, że są produkcjami fantastycznymi , to każdy z nich swoją fabularną konstrukcję opiera na… starych dobrych kryminalnych kliszach. Tak – filmów fantastycznych, które istnieją dzięki kryminałowi jest mnóstwo, zaś kryminałów, które sporo zawdzięczają fantastyce mniej…

Pozbawieni skrupułów politycy, korupcja na najwyższych szczeblach władzy. Policjanci prowadzący interesy z mafią. Przypadkowi ludzie zabijani tylko dlatego, że znaleźli się w niewłaściwym miejscu i w niewłaściwym czasie. Wreszcie ostatni sprawiedliwy, zmęczony życiem i problemami facet, jakich wielu. To bynajmniej nie wycinki z codziennej prasy, tylko wizja świata, jaką stworzyli Dashiell Hammett, James M. Cain i Raymond Chandler — ojcowie „czarnego kryminału”.

Choć może słowo „stworzyli” nie bardzo tutaj pasuje, wszak rzeczy­wistość rządzi się takimi prawami od wieków. Oni jednak jako pierwsi pozbawili kryminał lukru i niedomó­wień i wprowadzili go na salony. W 1941 roku. dzięki ekranizacji „Sokoła mal­tańskiego” Dashiella Hammetta, czarny kryminał narodził się jako gatunek filmowy. Gatunek, który na zawsze zmienił oblicze kina.

Już w latach trzydziestych kryminał rządził hollywoodzką fabryką snów. w filmach tych jednak, z przyczyn cenzuralnych i obycza­jowych, zło zawsze przegrywało, a gangster ginął z rąk nieprzekup­nego stróża prawa. Ten czarno­-biały podział świata wywodził się oczywiście z westernu, gdzie zły zawsze był ubrany na czarno. a dobry na biało. Obalił go właśnie ,Sokół maltański nikomu wów­czas nieznanego reżysera debiu­tanta. Johna Hustona.

Na początku nie wróżono suk­cesu temu przedsięwzięciu. Ówczesny gwiazdor, George Raft. zrezygnował z udziału w filmie. twierdząc. iż nie widzi w nim nic oryginalnego. Rolę prywatnego detektywa Sama Spade’a przejął po nim Humphrey Bogart, do tej pory grający wyłącznie drugopla­nowe role. Resztę historii znają chyba wszyscy: Bogart stał się legendą. Huston zrewolucjonizował kino. a o Raftcie nikt już dziś nie pamięta.

W „Sokole maltańskim intryga jest bardzo prosta. Oto grupa prze­stępców wyrzyna się nawzajem. poszukując statuetki, która nie ist­nieje. Ale nie o intrygę tutaj chodzi. lecz o sposób przedstawienia pos­taci i świata. Zło jest wszędzie. a osoby. które uważamy za boha­terów pozytywnych, okazują się łajdakami. Czegoś takiego do tej pory nie było. Nie było również w kinie bohatera pokroju Sama Spade’a. Zmęczony życiem. cyniczny straceniec, któremu nie zależy na niczym prócz rozwiąza­nia zagadki. Od tamtej pory twarz Bogarta stała się czymś w rodzaju synonimu upartego cynika, nie­przywiązanego zbytnio do wła­snego życia.

Wszystko pięknie, ale warto wrócić do początku – co to ma wspólnego z fantastyką? Otóż bardzo wiele. Żaden inny gatunek filmowy nie miał tak ogromnego wpływu na kino fanta­styczne jak film noir. Większość ponurych wizji przyszłości to tak naprawdę bardziej „stechnicyzo­wane wariacje na tematy wymy­ślone już przez Hammetta i Chan­dlera. Zmieniają się realia, czło­wieka zastępują maszyny, ale zbrodnia i śledztwo nadal przebie­gają zgodnie z „czarnymi” zasa­dami. Jednak o ile wpływom kryminału na fantastykę poświęcono całe tony mniej lub bardziej naukowych elaboratów, o tyle o fantastycznych elementach w kryminałach krytycy piszą nader rzadko. Dlaczego? Bo o ile czarny kryminał idealnie daje się wykorzystywać w świecie fantastycznym, tak już fantastyczne elementy w kinie kryminalnym sprawdzają się o wiele gorzej.  Powód? Chyba prosty – czarny kryminał to gatunek, który żywi się rzeczywistością a jej zaburzenia powodują, że obraz przedstawionego świata zdaje się być zafałszowany. A w czarnym kryminale realność przedstawionego świata to element kluczowy, a wręcz najważniejszy.

 

ATOMOWE POCAŁUNKI

Za pierwszy .,czarny” kryminał, w którym pojawił się wątek SF, uchodzi _Smiertelny pocałune­k”(1955) Roberta Aldricha. W tej ekranizacji powieści Mickey’a Spillane’a, prywatny detektyw Mike Hammer poszukuje zaginionej tajemniczej przesyłki. Trup ściele się gęsto, kobiety okazują się występne i złe, a owa przesyłka okazuje się niczym innym jak bombą wodorową, wykradzioną przez tajemną organizację z woj­skowego laboratorium. Uran i nep­tun były rekwizytami powieści SF, po które, jako pierwszy „czarny” autor, odważył się sięgnąć Spillane, a Aldrich sprawnie wkom­ponował je w film, który stał się klasykiem gatunku.

Czterdzieści jeden lat później ato­mowy wątek poruszył Lee Tama­hori w „Nieugiętych”. Rzecz dzieje się w latach pięćdziesiątych, gdzie korupcja szerzy się wśród rządzą­cych. Tytułowi „Nieugięci” – grupa policjantów działających ponad prawem – wpadają na trop tajnego laboratorium, w którym prowadzi się nielegalne próby jądrowe. Tamahori umiejętnie wgrał wątki SF – eksperymenty na ludziach, tajna broń – w struktury „czarnego” kina. Niestety film spotkał się z chłodną oceną krytyki. Być może dlatego, że za bardzo trzymał się estetyki retro w roku, w którym triumfowały ..Dzień niepodległości” i „Mission: Impossible”.

 

PAMIĘTASZ TĘ TWARZ?

Motyw fantastyczny pojawia się także w klasycznym obrazie Johna Frankenheimera „Twarze na sprzedaż ” (1966). Oto stowarzyszenie Seconds Com­pany oferuje znudzonym boga­czom nowe życie. Wystarczy, że wyrażą oni zgodę na fikcyjną śmierć, a następnie poddadzą się niezbędnej operacji plastycznej. W filmie Frankenheimera nie ma prywatnego detektywa ani poli­cjanta, bo nie ma w nim prawa. W „Twarzach… ” wątek kryminalny schodzi na bok, liczy się nastrój zagubienia, osaczenia. Bohater nie może liczyć na pomoc znajomych z przeszłości, bo dla nich już nie żyje, a świat stworzony przez Seconds Company chyli się ku upadkowi. Niestety obraz twórcy „Ronina” należy do grupy „czar­nych arcydzieł zapomnianych, a co gorsza, u nas w kraju zupełnie niezauważonych.

O lepszym życiu po operacji pla­stycznej marzył również tytułowy „Przystojniak” z filmu Waltera Hilla (1989). Bohater „Przystojniaka” to notoryczny przestępca, z góry skazany na klęskę. I nawet jeśli w war­stwie fabularnej obraz Hilla może wydać się wtórny (twarz prze­szczepiano już Bogartowi w „Mrocznym przejściu” z 1947 roku), nie można mu jednak odmó­wić obezwładniającej, wręcz dusz­nej fatalistycznej atmosfery. Cokol­wiek bohater zrobi, będzie źle. My, widzowie, o tym wiemy, on łudzi się, że ocali życie. Hill, pokazując w „Przystojniaku” przebieg opera­cji plastycznej, stworzył jedne z najbardziej sugestywnych fanta­stycznych kadrów kina lat osiem­dziesiątych. Wprawdzie technika filmowa od tamtego czasu niezwy­kle się rozwinęła, ale zdjęcia ope­racji twarzy Przystojniaka nadal robią duże wrażenie.

Po motyw eksperymentów medycznych sięgnął także John Dahl w swojej „Podwójnej świado­mości” (1996). Policyjnemu leka­rzowi brutalnie zamordowano żonę. On sam był świadkiem mor­derstwa, niestety zbyt pijanym, by cokolwiek pamiętać. Gdy dowia­duje się, że jego koleżanka doktor Briggs prowadzi badania nad serum przywracającym wspomnie­nia, wykrada je i traktując siebie jako królika doświadczalnego, N zakamarkach własnej pamięci szuka mordercy. Dahl nie jest reży­serem wybitnym, ale sprawnym rzemieślnikiem, zakochanym w kla­sycznym „czarnym” kinie, „Podwójna świadomość” zaś była hołdem złożonym przez niego .wspomnianemu już „Śmiertelnemu Pocałunkowi”.

 

EL REY I KOSMICI

Przypomnijmy jeszcze dwa filmy. Jeden, szczególny, bo wyśmiane niedocenione, „Od zmierzchu do Świtu” (1996) Roberta Rodrigueza Quentina Tarantinio. Wszyscy pamiętają, jak obsługa przydroż­nego baru zamieniła się w wampi­ry. Mało kto jednak pamięta ostatnie słowa padające z ust Setha Gecko (George Clooney), kiedy ocalała z rzezi Kate prosi. by zabrał ją ze sobą. Jadę do El Rey. „Aż takim skurwysynem nie jestem” ­odparł. Otóż El Rey to kraina prze­stępców, pojawiająca się w ,Ucieczce gangstera” Jima Thompsona. Kiedy Sam Peckinpah ekranizował powieść, po wielu awanturach i nieporozumieniach z Thompsonem zrezygnował z tego wątku. Potrzeba było niepo­kornego hollywoodzkiego enfant terrible – Quentina Tarantino, by o nim przypomniał.

Czym było El Rey? Specyficznym rajem dla prze­stępców, gdzie doba hotelowa kosztuje tysiąc dolarów, a życie kończy wraz z dnem portfela. Bohater grany przez Clooneya zatem nigdzie nie ucieka, lecz popełnia powolne samobójstwo. Bo prędzej czy później zabiją go prawa El Rey. Oto pokłon, jaki oddało kino grozy ,czarnemu” kry­minałowi, jednemu z najlepszych w historii gatunku. Pięć lat później Bracia Coen w ,Człowieku, którego nie było” (2001) ukłonili się fanta­stycznym opowieściom z lat czter­dziestych. W ich wysmakowanym obrazie, inspirowanym powieścią „Listonosz dzwoni zawsze dwa razy” Caina, nagle pojawiają się latające spodki. Dla najbardziej ortodoksyjnych fanów gatunku był to wtręt nie do przyjęcia, ale jeśli będziemy pamiętać, że akcja filmu toczy się w latach czterdziestych ubiegłego wieku w okolicach Roswell, powód pojawienia się kosmicznych talerzy zdaje się być oczywisty. Wszak „czarny” krymi­nał zawsze jest wierny duchowi epoki i otoczenia, w których się rozgrywa.

 

FANTASTYCZNA OTOCZKA

Wszystkie wymienione powyżej filmy (nawet „Od zmierzchu do świtu”), choć wykorzystują chwyty zarezerwowane dla fantastyki (eks­perymenty, tajne laboratoria, podejrzane medykamenty, prze­miany w potwory), pozostają doskonałymi przykładami kina noir. Wciąż mamy do czynienia z korup­cją i sprzedajnością prawa. Złe kryje się w najbliższym przyjacielu, wszyscy zmierzamy ku duchowej zagładzie. a światu nie można i nie da się zaufać.

Na początku wspomniałem o tonach elaboratów, jakie poświę­cono wpływom „czarnego” krymi­nału na fantastykę. Mnogość takich publikacji wynika z tego, że łatwo się je pisze. Wystarczy przywołać choćby ,Blade Runnera” Ridleya Scotta (1982)„.Alphaville” Jeana Luca Goddarda (1965), „Zieloną pożywkę” Richarda Fleischera (1973), a przede wszystkim „Incepcję” Nolana gdzie cały film oparto na motywie ostatniego skoku. W każdym z tych filmów główna postać to skrzyżowanie Philipa Marlowe’a z Samem Spadem, o nie do końca jasnym pochodze­niu i zasadach moralnych, adwer­sarz natomiast. gdyby pozbawić go atrybutów fantastycznych (androidy, roboty, złe korporacje), to klasyczny oszust – ktoś kto udaje tylko przyjaciela by wodzić bohaterów za noski. Odszukiwanie wątków fantastycznych w ,czarnym” kinie jest trudniejsze, jest to bowiem gatunek impregnowany na obce wpływy. Niczym zaraźliwy, złośliwy wirus zainfekował sobą kino gatun­ków, pozostając jako nosiciel mato podatnym na mutacje. A może prawda jest zupełnie inna, bardziej banalna? Po prostu dobry „czarny” kryminał naprawdę trudno nakręcić, czym świadczy choćby przykład Ridleya Scotta. Po sukcesie „Blade Runnera” jeszcze trzy razy zmierzył się z „czarnym” kinem, w „Osaczo­nej” (1987), „Czarnym deszczu” (1989) i „Adwokacie” (2013). Każdy z tych filmów to rzeczy utrzymane już w realistycznej konwencji, które poniosły artystyczną klęskę. Być może dlatego, że zabrakło w nich fantastycznej otoczki?

Kategorie
większe kawałki
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz