większe kawałki

Bruce Lee – artysta, wojownik, legenda

Nie będzie wyjścia smoka. „Birth of the Dragon”, czyli najnowszy film twórców „Miles Davis i ja”,   „Władców umysłów”, opowiadający  o tym jak Lee stał się legendą, trafił na rynek VOD.

Rzecz miała miejsce w 1964 roku w Oakland w Kalifornii. Młody Bruce Lee wyzwał na pojedynek mistrza z klasztoru Shaolin, Wong Jack Mana. Ich pojedynek jest dziś uznawany za jedno z najważniejszych wydarzeń we współczesnej historii sztuk walk (po nim Lee wymyślił swój styl Jeet Kune Do).

Twórcy „Birth of the Dragon”, najnowszej biograficznej opowieści o Lee, fabułę swojego filmu oparli właśnie na historii tej walki. Dopisując do niej oczywiście fikcyjną otoczkę oraz wątek sensacyjny, w którym składają hołd każdemu filmowi z Lee po kolei. Ta część zresztą jest tu najlepsza, a nadzorowane przez Cory Yuena sceny walk zapierają dech w piersiach, przypominając przy tym jak fascynującą i niezwykle barwną postacią był Lee. Człowiek, który żył stanowczo za krótko.

Aktor zmarł w wieku zaledwie 33 lat. Mało kto jednak wie, że tyle samo trwała jego kariera filmowa, a to już budzące respekt osiągnięcie. Pierwszy raz na ekranie pojawił się, gdy miał trzy miesiące, u boku ojca, gwiazdora opery chińskiej Lee Hoi-Chuena. Film nosił tytuł „Golden Gate Girl” (1941) i był koprodukcją amerykańsko-chińską. W wieku pięciu lat Lee grywał już w filmach regularnie i zazwyczaj wcielał się w postacie małych (a potem coraz starszych) łobuziaków. Postać rozrabiaki tak bardzo mu się spodobała, że nie potrafił oddzielić jej od pozaekranowego życia. Dlatego w 1960 roku rodzice wysłali mającego coraz większe kłopoty z prawem syna do Stanów Zjednoczonych.

Tam Bruce stworzył swój styl walki Jeet Kune Do (połączenie kung-fu z boksem i taekwondo), który stał się jego znakiem rozpoznawczym, założył słynne szkoły sztuk walki, w których uczyli się m.in. Roman Polański, James Coburn czy Steve McQueen. To dzięki znajomości z wielkimi gwiazdami Lee rozpoczął przygodę z amerykańskim kinem. Jednak po zagraniu w kilku serialach i epizodycznych rolach w filmach kinowych Lee wrócił w 1971 roku do Hongkongu. Powodem wyjazdu było rozczarowanie, że odebrano mu jego projekt – serial „Kung-fu”. Producenci obsadzili w roli głównej Davida Carradine’a, twierdząc, że nikt w USA nie będzie chciał oglądać filmu z Chińczykiem w roli głównej.

Po powrocie do domu Bruce rzucił się w wir pracy. W ciągu kilkunastu miesięcy wraz z producentem Raymondem Chow nakręcił „Wielkiego szefa” (1971), „Wściekłe pięści” (1972) i „Drogę smoka” (1972). Każdy z tych filmów stał się gigantycznym hitem w Chinach, co przekonało hollywoodzkich producentów z Warner Bros. (tych samych, którzy ukradli Bruce’owi „Kung-fu”), że jednak warto zainwestować w film z Chińczykiem w roli głównej. Tym filmem było nakręcone w 1973 roku „Wejście smoka” – pierwszy ogólnoświatowy sukces kina kung-fu.

Bruce’owi Lee nie było jednak dane cieszyć się międzynarodowym triumfem. Tuż przed światową premierą „Wejścia smoka” 20 lipca 1973 roku zmarł w tajemniczych okolicznościach. Spekulacje na ten temat trwają do dziś. Zgodnie z najbardziej fantastycznymi teoriami Lee został zamordowany za zdradę sekretów kung-fu przez mnichów z klasztoru Shaolin (mieli oni rzucić klątwę na rodzinę Lee, czego dowodzić ma tragiczna śmierć syna Bruce’a, Brandona, który zginął na planie filmu „Kruk”). Mówiło się też, że zabiła go chińska mafia, z którą nie dzielił się zyskami. I chociaż Lee najprawdopodobniej sam poważnie przyłożył się do przedwczesnej śmierci (był tytanem pracy, a przemęczony organizm nie wytrzymał kolejnej dawki środków pobudzających zmieszanych z alkoholem), legendy, jakie narosły wokół niej, stworzyły mit aktora.

Dwa lata po śmierci Bruce’a Lee, Sam Peckinpah zrealizował „Elitę zabójców”, pierwszy amerykański film, w którym pojawiają się wojownicy ninja i wschodnie sztuki walki. Dziś bez spuścizny Lee trudno wyobrazić sobie kino akcji. Czym byłby na przykład „Matrix” bez scen walk kung-fu? Bez Bruce’a nie byłoby też dowcipów o Chucku Norrisie (to w końcu Lee odkrył go dla filmu), karier Jeana-Claude’a Van Damme’a i Jackiego Chana czy żółtego dresu Umy Thurman w „Kill Bill”.

W dodatku Bruce Lee jest bodaj jedynym aktorem na świecie, który doczekał się gatunku filmowego nazwanego własnym imieniem – bruceploitation. Większość aktorów grających w produkcjach tego gatunku (których fabuły były zwykle niezamierzoną parodią oryginału) nazywała się Bruce Le, Li lub Lae. Jednym z najsłynniejszych tytułów tego nurtu był „The Dragon Lives Again” (1977), w którym Bruce Lee po śmierci trafia w zaświaty, gdzie musi odbyć serię pojedynków m.in. z Drakulą i Jamesem Bondem. Nie wszystkie filmy bruceploitation były tak fatalne. W jednym z lepszych – „New Fist of Fury” (Nowe wściekłe pięści) wystąpił młodziutki Jackie Chan, a film był luźną kontynuacją „Wściekłych pięści” (1971) Bruce’a Lee.

Kult Bruce’a nie ominął także Polski. „Wejście smoka”, które trafiło do naszych kin w 1982 roku podczas stanu wojennego, było najchętniej oglądanym filmem w pierwszej połowie lat 80. Bez tego sukcesu Franek Kimono, muzyczne alter ego aktora Piotra Fronczewskiego, nie stałby się postacią kultową, a cytat z jego piosenki: „Nie rycz, mała nie rycz / Ja znam te wasze numery / Twoje łzy lecą mi na koszulę / Z napisem: King Bruce Lee karate mistrz” – jednym z najpopularniejszych tekstów w polskiej muzyce rozrywkowej. Popularność filmów z Lee sprawiła, że w naszym kraju zaroiło się także od szkół sztuk walki, a w kinach pojawił się pierwszy polski „film kopany” – „Karate po polsku” Wojciecha Wójcika (1982).

„Birth of the Dragon” nie przejdzie zapewne do historii kina. Zresztą żadnemu filmowi opartemu na biografii Lee jeszcze to się nie udało. Ale to już kwestia nieumiejętności w podejściu do materii filmowców, niż problem z postacią. Lee jest bowiem obok Presley’a czy The Beatles jedną z tych ikon kina i kultury, które wpisały się w naszą pamięć na zawsze. I choć mody na gwiazdki przychodzą i odchodzą, Lee jest wieczny.

Kategorie
większe kawałki
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz

REKLAMA
Instagram
  • Lektura jeszcze przed nami, ale jak ślicznie to wygląda. A i sama fabuła zapowiada się pysznie. Koniecznie sprawdźcie.

#komiks #czytam #czytambolubie #comics #comicbook #instacomics #instaread #comicstagram #comicsaddict #fanboy #ilovereading #comicnerd #design #favele #Mandioca
  • Grudzień to miesiąc sprawiania sobie i innym małych przyjemności. "Armstrong"  jest właśnie jedną z nich. Cudna książeczka dla małych i dużych.

#książka #czytam #czytambolubie #bookporn #booklover #instabook #instaread #bookstagrampl #bookstagram #bookaddict #bookworm #reading #bibliophile #bookcommunity #booknerd #dladzieci #kosmos #wydawnictwoWilga
  • Niech Was nie zawiedzie ta słodycz. To prawdziwy, soczysty thriller. Tak, chodzi o książkę. 😊

#książka #czytam #czytambolubie #bookporn #booklover #instabook #instaread #bookstagram #bookaddict #bookworm #reading #bibliophile #bookcommunity #booknerd #bookstagrampl #zaczytanegiry