większe kawałki

Bruce Campbell – Żywe zło

Bruce Campbell, czyli Ash z kultowej serii „Martwe Zło” kończy dziś 56 lat.  Nie jest to okrągła rocznica, ale jest to tak nieszablonowa i intrygująca postać, że warto przypomnieć menadry jej życiorysu… nawet bez wielkiej rocznicy.

Ash Williams jest bohaterem akcji dla dziwaków. Dla tych, co przez popkulturę wolą wędrować własnymi drogami, na ukos względem trendów. Szanujący się wielbiciel taniego kina potrafi tę postać odtworzyć z pamięci. Rozrzucony ciemny włos, gorejące spojrzenie, nader amerykańska szczęka. Piła łańcuchowa w miejsce dłoni i giwera na plecach. Tak wyglądał  Bruce Campbell  w zwieńczeniu trylogii „The Evil Dead”, bombastycznym „Army of Darkness” z 1992 roku.  Film ten z niespodziewanym wdziękiem pożenił klimaty gore ze slapstickową komedią. Efekty specjalne trącą dzisiaj mychą. Krwawy, a zarazem niewinny  humor wciąż bawi.

Wielu ludziom nazwisko Campbell nic nie mówi i mogą żyć bez tej wiedzy. Aktor nie zrobił oszałamiającej hollywoodzkiej kariery.  Co nie znaczy, iż nigdy nie próbował. Sam Bruce podchodzi do sprawy z melancholijnym humorem. We wstępie do swej autobiografii, zatytułowanej znacząco „If chins could kill. Confessions of a B-movie actor” stwierdził: „Zawsze najbardziej interesował mnie lud pracujący Hollywood. Ci, których pomija się w almanachach. Na każdego Bruce’a Willisa(… ) przypada stu wyrobników bez nazwisk,  żłobiących sobie niszę w tym szokująco ciężkim fachu. (…)Poświęciłem tę książkę graczom drugiej ligi, tak zwanym ludziom B, do których sam się radośnie zaliczam.” (tłumaczenie moje – N.W.) W innym miejscu człowiek, który dał światu Asha wyznaje kwaśno: „W tym zawodzie jak w teleturnieju. Nie zawsze wygrywasz wypasioną gablotę, ale możesz przynieść do domu toster.”

„Toster” Campbella to kilka solidnych ról i kilkadziesiąt rólek w produkcjach filmowych oraz telewizyjnych. Są wśród nich seriale o żywocie jętki. Lecz także przewrotny western „Brisco County Jr.” czy nowozelandzki hit „Herkules”, przy którym zresztą Campbell nieraz ujmował reżyserskie lejce.  Pojawił się w dalszoplanowych rolach np. w „Ucieczce z Los Angeles” (jako chirurg plastyczny, uzależniony od własnych usług) czy w Coenowskim „Hudsucker Proxy.”  (Współpraca z braćmi datuje się zresztą od czasów „Evil Dead”, kiedy to Joel Coen pomógł Raimiemu przy pisaniu scenariusza. Jej owocem był także film „Crimevawe” z 1985 roku, do którego Coenowie napisali scenariusz, zaś za sterem reżysera zasiadł Raimi. Bruce’owi przypadła drugoplanowa rola podleca.) Był współbohaterem sitcomu „Ellen”, w którym aktorka deGeneres dokonała oficjalnego coming outu.

W 1999 roku zebrał pozytywne recenzje jako porywający nienarodzonych demon w odcinku serialu „Z archiwum X.” Regularnie miga nam na ekranie w większości produkcji, nad którymi pieczę sprawuje jego stary kumpel Sam Raimi. Widzieliśmy go we wszystkich „Spider-Manach” a ostatnio aktor przewinął się w „Ozie Wielkim i Potężnym”.

Dorzućmy do puli niegasnące od lat uwielbienie miłośników kultowego horroru. Co zagorzalsi z nich tatuują sobie ikoniczne ujęcia z „Evil Dead” na rozmaitych częściach ciała. Gotowi są stać godzinę w konwentowej kolejce, by podsunąć je aktorowi do podpisu.  „Te autografy też sobie tatuują” – notuje rozbawiony aktor. „Zetknąłem się także z dzieciakami, których rodzice uszczęśliwili imieniem Ash.” Internetowe świadectwa bywalców konwentów zgodnie poświadczają, iż Campbell to najsympatyczniejszy gość, jakiemu kiedykolwiek uścisnęli rękę. Jak się pozyskuje tak wiernych fanów? Oryginalnością – i poświęceniem.

Tylko tych dwóch surowców nie brakło ani Bruce’owi, ni jego koledze z liceum Samowi Raimiemu, gdy w późnych latach 70-tych brali się do dzieła. Paczka zarażonych bakcylem kina nastolatków postawiła na jeden cel: zrobić prawdziwy film. Chłopaki mieli jakieś tam doświadczenie, lecz w portfelach jeno przeciąg. By nakręcić dzieło później znane światu jako „Evil Dead” cała załoga zapożyczyła się po zęby u rodziny bliższej, dalszej tudzież każdego, kto się nawinął i mógł potrząsnąć kiesą. Pięcioro młodych aktorów ofiarnie marzło, tarzało się w błocie. Cierpiało męki pod kładzionym kielnią półamatorskim makijażem i pod wiadrami klejkiej pseudokrwi. Nikt z zaangażowanych w projekt nie zobaczył zań ani grosza. Ukończenie postprodukcji trwało dwa lata. Za to gdy w 1981 roku film wreszcie zaistniał na ekranach, zachwycił się nim sam Stephen King.

Pierwsze „Martwe Zło” to rozruch Campbella jako aktora. Jego Ash jest przekonujący, choć jeszcze niepewny, trwożliwy, nieostry w konturach. Fabuła odznacza się prostotą polana. Grupka nastolatków przyjeżdża do opuszczonej chaty. Powołuje do życia zamierzchłe zło skryte w demonicznej księdze. Po czym – kolejno drastycznie ginie, by powrócić do życia jako krwiożercze zombie. Ciężko się patrzy na tandetną charakteryzację i efekty specjalne rodem z muzeum. Lecz wprawnie prowadzone tempo akcji oraz inwencja Raimiego w dziedzinie pracy kamery (ujęcia z ukosa, z rozmaitych niespodziewanych punktów widzenia) budzi szacunek. Wbrew potocznym skojarzeniom, „Martwe Zło I” niewiele miało wspólnego z komedią. Był to slasher na serio, wypchany dosłowną przemocą po brzegi. Ponoć ubiegłoroczny remake klasyka podążył tym tropem. Recenzje są dość oziębłe.

Kolejne odsłony klasycznej serii powstawały już w zupełnie innych warunkach. Specyficzny, podszyty sztubackim sadyzmem humor Raimiego sprawił, że po raz pierwszy filmy gore prowokowały do wybuchów śmiechu. W „Evil Dead II” (1987) i „Armii Ciemności” dostajemy Asha solidnie ukształtowanego. Chłop hipnotyzuje. Bucha maniacką energią, nie stroni od sarkazmu ni kiczowatych one-linerów.  Takim pokochał go świat.

Good, bad – I’m the guy with the gun.

Być może tu kryje się częściowa odpowiedź na pytanie: „Czemu Bruce Campbell nigdy nie stał się gwiazdą”? Aktor zabiera swą Ashową manierę, gdziekolwiek by się nie udał. Jest rzutki, wygadany i często cyniczny: jako król złodziei Autolikus w „Herkulesie”. Jako tytułowy bohater „Brisco County.” Jako szef Ellen deGeneres w „Ellen.” Ostatnio jako Sam Axe, emerytowany szpieg w zakończonym niedawno serialu „Burn Notice.” Podejrzewam, że także w wielu, wielu innych rolach, które zwyczajnie umknęły…

Fani wielbią Bruce’a za tą powtarzalność. Trudno jednak kogoś tak wyrazistego obsadzić w ryzykownej roli, gdy w grę wchodzi przyszłoroczny blockbuster (obliczony na miliony baksów.) Pozostają tedy obrzeża. Filmy małe, niezależne, często skazane na wąską dystrybucję. Czasami bywają to cudeńka.

Moim ulubionym wcieleniem Bruce’a pozostaje do dziś podstarzały Elvis z „Bubby Ho-tepa”(2002 r.) Tytuł to tak dziwaczny, iż uznano za stosowne wytłumaczyć go nam jeszcze przed początkowymi napisami. W skrócie: Kryjący się przed światem w domu opieki postarzały, apatyczny Król Rocka nabiera inicjatywy, gdy jego znajomych pensjonariuszy zaczyna wykańczać coś paskudnego. Coś nie z tego świata. Wspierany pomocą czarnoskórego prezydenta Kennedy’ego (tak, to ten rodzaj filmu) Elvis staje do walki z nieumarłą egipską mumią. Staje dumnie, choć wspierać się musi o balkonik. Reżyserował Don Coscarelli, twórca kultowej serii “Phantasm”. Ścieżka dźwiękowa ze względu na szczupły budżet nie zawiera ni grama autentycznego Elvisa. Ów osobliwy filmik zdobył liczne laury. Ogląda się go z zaangażowaniem, niekiedy zaś ze wzruszeniem. Campbell dał nam Króla zgorzkniałego, wyniszczonego i mającego niemal wszystko gdzieś.  Na tle niepoważnych wydarzeń, mających miejsce w filmie (starożytny zdechlak, co wysysa dusze emerytów, nosi kowbojskie ciuchy i wypisuje sprośności na ścianach?) ta rola uderza autentyczną melancholią. I skłania do przemyśleń.

Mr. Campbell makes soup. My name is Bruce.

Aktor wykazał się uroczym dystansem do własnej osoby, występując w „My name is Bruce” (2007 r.) Film igra z sympatycznym wizerunkiem Campbella w mediach, przedstawiając go jako ostatniego szmondaka. Ten ekranowy Bruce zaokrąglił się od chlania. Nosi tandetne hawajskie koszule, zaś maniery ma jak jakiś koszmarny wujo z wesela. Oczywiście, jest niebotycznego mniemania o sobie i nie waha się biedaków, co ufnie poprosili go o pomoc, rozstawiać po kątach.

Tak zapewne chcieliby widzieć Campbella wrogowie – o ile jakichś się dorobił. O to  jednak raczej ciężko przy tak czystym koncie.  Bruce rzeczywisty nie ma żadnych znanych nałogów. Jedna i ta sama żona wystarczyła mu przez ostatnie dwadzieścia trzy lata. Próżno szukać nań haków po tabloidach. Największym grzechem tego gościa wydaje się być składanie autografów na biustach wielbicielek (wyłącznie gdy o to poproszą.) W „If chins could kill” aktor wielokrotnie podkreśla, iż jest raczej nudnym, wręcz nieciekawym facetem. Pisze na przykład tak: „Przez całe studia nie miałem grama powodzenia u kobiet.(…) Criss (pierwsza z żon) zwróciła na mnie uwagę, no to ja zwróciłem uwagę na nią.” Trudno w to uwierzyć. Lecz z braku dowodów na coś wręcz przeciwnego – cóż pozostaje? Kibicuję nietypowej karierze Bruce’a. Mam nadzieję, że zaskoczy nas wszystkich jeszcze nie raz.

Kategorie
większe kawałki

Nina Wum - niedoszła absolwentka teatrologii. Recenzuje książki dla wydawnictw, czasem tłumaczy. Kocha kulturę tzw. masową miłością namiętną i nierozsądną. Czyta, słucha, łupie w gry, ogląda, przetwarza - niekoniecznie w tej kolejności.

Dodaj komentarz