większe kawałki

Bond po Bondzie (I) – prywatny leksykon

Z okazji premiery „Skyfall” Lech Kurpiewski i Robert Ziębiński obejrzeli wszystkie Bondy raz jeszcze i przyrządzili subiektywny ranking przygód agenta 007. Dziś część pierwsza.

Daniel Craig:

Najlepszy:

Casino Royale, Reż. Marin Campbell

Wściekły James Bond podchodzi do baru i zamawia drinka – wódkę z martini. „Wstrząśnięty czy zmieszany?” – pyta uprzejmie barman. „W dupie to mam!” – krzyczy agent 007. Prosty żart a cieszy. Reszta „Casino…” już taka prosta nie była. Dobry scenariusz, świetna realizacja i naprawdę okrutne jak na tę serię sceny (kapitalne czarno-białe otwarcie). Wciąż niedościgły wzór dobrego Bonda w wersji Craig.

Zaniżamy loty:

Quantum of Solace, Reż. Marc Forster

„RoboBond” czyli dużo biegania, dużo strzelania, marsowa mina Craiga i brak jakiejkolwiek fabuły. Forster miał ambicję nakręcić mroczny film sensacyjny. I taki też prawie udało mu się zrobić. Prawie, bowiem nawet prosty film sensacyjny musi mieć swój początek środek i koniec. Tu mamy tylko środek.

Sięgamy dna:

Skyfall, reż. Sam Mendes

Ni to poważny film, ni to mruganie do widza okiem i fabularne mielizny, na których poległby najlepszy marynarz. Znamy lepsze sposoby na wydanie stu pięćdziesięciu milionów dolarów (np. nasze numery kont).

Pierce Brosnan

Najlepszy:

Świat to za mało, reż. Michael Apted

To trzeci bond z udziałem Brosnana. A najlepszy, bo prawda i konwencja zostały w nim zmieszane  niemal w idealnych proporcjach. W każdym razie mieszanka ta nie przyprawia widza o wstrząs mózgu czy wodogłowie. Dla Brosnana wsparciem nie do przecenienia jest tu Sophie Marceau w roli słodkiej niegrzecznej Elektry. Gdy Elekra przykręca śrubę, zaciskając tym samym pętlę na szyi Bonda, ten mówi: „Wcale mnie nie kręcisz”. Ale my wiemy, że facet blefuje.

Pierwszy ale drugi:

GoldenEye, reż. Martin Campbell

Brosnan jako Bond pojawił się tu po raz pierwszy. Elegancki i uczesany, dowcipny, a do tego z mocnym kopem w ręce. Najpierw rozpirzył w drobiazgi fabrykę broni chemicznej w Archangielsku, potem rozjechał czołgiem (co i rusz poprawiając sobie przy tym krawat) Petersburg, na koniec zaś wysadził tajną bazę radarową na Kubie. To było całkiem niezłe entree.  No i Bondowi towarzyszyła tu nasza Izabella Scorupco. Wprawdzie w roli programistki drugiej klasy, ale zawsze.

Zaniżamy loty:

Jutro nie umiera nigdy, reż. Roger Spottiswoode

Świetna jest w tym filmie sekwencja szaleńczej jazdy Bonda i chińskiej agentki (są skuci ze sobą kajdankami) na motorze przez zatłoczony Sajgon (w „Skyfull” podobna jazda odbywa się po dachach Stambułu). Bawi tu też Q, który mówi do Bonda: „Dorośnij wreszcie”. W końcu pomysł na Brosnana w roli agenta 007 zasadzał się  przecież na tym, że ten Bond miał nigdy nie dorosnąć.

Sięgamy dna:

Śmierć nadejdzie jutro, reż. Lee Tamahori

Ostatnia część serii z udziałem Brosnana. I dobrze. W tym filmie bowiem dobry jest tylko tekst z lekarskiej obdukcji agenta 007: ”Wątroba jest w nie najlepszym stanie. To na pewno on”.  Resztę spokojnie można zbyć milczeniem. Zwłaszcza scenariuszowe durnoty i fatalną grę Halle Berry.

Timothy Dalton

Najlepszy:

Licencja na zabijanie, Reż. John Glen

Jeden z najbardziej niedocenionych Bondów w całej serii i film po którego klapie finansowej z rolą agenta rozstał się Timothy Dalton. A szkoda. Bond rezygnuje tutaj z tytułowej licencji, aby w ramach prywatnej zemsty wykończyć pewnego szefa kartelu narkotykowego. Jest szybko, mocno, mało bondowo, za to wybuchowo.

Zaniżamy loty:

W obliczu śmierci, Reż. John Glen

Pierwszy Bond z Daltonem był mechaniczną próbą powtórzenia lekkości agenta 007 jaką prezentował sobą Roger Moore tyle, że… bez Moore’a. Wyszło tak sobie. Za to, co ciekawe motyw z kradzieżą listy agentów jest dość podobny do tego, który wykorzystali twórcy „Skyfall”.

Kategorie
większe kawałki