większe kawałki

Beck, czyli seks z głośnikami

Pierwsza od sześciu lat studyjna płyta Becka „Morning Phase” to triumfalny powrót artysty, który zmienił brzmienie współczesnego rocka i sprawił, że w latach 90. wielkie wytwórnie nie bały się inwestować swoich pieniędzy w muzyczne eksperymenty.

 

 

Kiedyś po internecie krążyła taka austriacka reklama, w której młody ksiądz nalewał do mszalnego kielicha wodę i wino, po czym jak zawodowy barman zaczynał wywijać nim jak shakerem. Reklama nie została wyemitowana w żadnej telewizji (ani w Austrii, ani w innym kraju). Kogo lub co promował filmik? Oczywiście szkołę dla barmanów. Przyrządzenie dobrego drinka to bowiem wielka sztuka. Zwykłe wlanie do jednego naczynia różnych alkoholi nie gwarantuje pożądanego efektu. Należy znać odpowiednie proporcje, składniki mieszać we właściwej kolejności, a na końcu popisać się – tak jak ksiądz w reklamie – sprawnością w posługiwaniu się shakerem.

 

Z muzyką jest tak samo. Skoro zdaniem postmodernistycznych socjologów wszystko już było i żyjemy w czasach kulturowego recyklingu, jakość muzyki zależy od zdolności kompozytora, który mieszając znane składniki, potrafi stworzyć coś zupełnie nowego. Wskazać jedną osobę, która spełnia te warunki? Kogoś kogo śmiało można nazwać mistrzem miksowania gatunków i tworzenia z nich nowych brzmień? Proszę bardzo oto Beck Hansen.

 

Kto nie wierzy, niech sięgnie po najnowszy album muzyka „Morning Phase”. Beck bawi się na tym krążku psychodelicznym popem z lat 60., w którym słychać echa Pink Floyd, mieszając go z orkiestrowymi aranżacjami, folkiem i )tak, tak) rasowym country.  Owszem trzynaście nowych kompozycji to ballady, ale przysięgam – znajdźcie mi współczesną płytę z balladami, gdzie w tle tyle się dzieje… Dźwięki galopują jak szalone, psychodelia spotyka się z orkiestrą a całość brzmi przy tym tak sensualnie i erotycznie że aż chce się pocałować i rozebrać kolumny…

 

Nie od dziś wiadomo, że magia muzyki Becka polega na zestawianiu teoretycznie zupełnie różnych stylistyk muzycznych. Robi to na tyle sprawnie, że słuchając efektów jego pracy, człowiek dziwi się, że też wcześniej nikt na to nie wpadł – bowiem w wykonaniu Becka każda, nawet najdziwniejsza hybryda muzyczna brzmi zupełnie naturalnie. Taki był jego pierwszy przebój, słynny „Loser” z albumu „Mellow Gold” (1994), gdzie w jednej piosence zestawił ze sobą hip-hop i… country. Utwór zachwycił zarówno fanów, jak i najbardziej surowych krytyków muzycznych, którzy jednomyślnie ogłosili Becka największą muzyczną nadzieją lat 90. Miał wówczas 24 lata (rocznik 1970). „Morning Phase”, dziewiąty studyjny album w „wielkowytwórniowej” dyskografii Becka, udowadnia, że nie były to słowa na wyrost.

 

Dziwne sformułowanie „wielkowytwórniowej” bierze się z tego, że Beck obok świętej pamięci Sonic Youth to bodaj jedyny współczesny artysta, który chociaż związany kontraktem z wielką wytwórnią, miał ma prawo do wydawania w niezależnych oficynach albumów eksperymentalnych. Na przykład równocześnie z jego debiutem w wytwórni Geffen do sklepów trafiły dwa dziwaczne albumy – ciężki, psychodeliczny „Stereopatehtic Soulmanure” i folkowy „One Foot In The Grave” (oba z 1994 r.). Ten układ kosztował muzyka sporo pieniędzy (w kontrakcie obcięto mu procent z wpływów ze sprzedaży oficjalnych płyt), ale jak przyznaje, opłacało się, bo „nic tak nie stymuluje człowieka jak wolność w wyborze piosenek, które gra”. Zanim do sklepów trafiły te płyty rok wcześniej wydał jeszcze na kasecie w maleńkiej oficynie swój debiut „Golden Feelings”. W 1999 roku owa oficyna wznowiła album na płycie, tyle że bez zgody Becka.

 

Zatem gdyby rzetelnie podsumować dyskografię czterdziestoczteroletniego dziś muzyka, „Morning Phase” byłoby jego dwunastym albumem, a nawet trzynastym (wliczając w to „Song Reader” płytę, którą wydał w pod koniec 2012 roku jako… książkę. Na ponad stu stronach wydawnictwo McSweeney opublikowało zapis nutowy dwudziestu nowych kompozycji Becka, które każdy może sobie zagrać tak jak mu się podoba. „Rolling Stone” uznał tę „płytę” za jeden z najlepszych krążków roku.)

 

Idąc tropem „Song Reader” należałoby w sumie „Morning…” uznać za krążek czternasty bo jeszcze w 2010 roku wydał ścieżkę dźwiękową do filmu „Scott Pilgrim kontra Świat” gdzie jego nowe piosenki grali inni artyści. Ostatnie sześć lat zatem dzielące „Modern Guilt” od „Morning Phase” wcale nie były sześcioma latami milczenia. Zresztą milczenie nie jest czymś z czym należy kojarzyć Becka.

 

Muzyk podobnie jak Tom Waits hołduje świętej zasadzie, iż należy być w ciągłym ruchu, ponieważ jeszcze żaden pies nie obsikał jadącego samochodu. Dzięki temu relatywnie krótka kariera Becka jest niczym stylistyczna kolejka górska. Po rockowo-countrowo-hiphopowym „Mellow Gold” rzucił się w eksperymenty z elektroniką, funkiem i popem, tworząc „Odelay”, arcydzieło lat 90. Potem przyszła kolej na wyciszone psychodeliczno-folkowe „Mutations” (1998), taneczno-soulową „Midnight Vultures” (1999), a po niej jedną z najpiękniejszych płyt o miłości, czyli „Sea Change” (2002), do którego można porównać najnowszy krążek. Poza tym mieliśmy jeszcze szalony Record Club – inicjatywę z 2009 roku gdzie Beck wraz z przyjaciółmi z grup m.in. Wilco MGMT, Tortoise, Sonic Youth, w jeden dzień nagrywali nowe wersje swoich ulubionych albumów takich jak choćby „Kick” INXS, debiutu Leonarda Cohena czy pierwszej płyty The Velvet Underground. No i wciąż niewydany krążek który roboczo Beck nazwał „Odelay 2”.

 

Znacie to rozedrganie emocjonalne, masę szalonych pomysłów i dziwny styl komponowania obrazów i dźwięków? Kogoś Beck nam przypomina? Oczywiście Quentina Tarantino. Reżyser „Pulp Fiction” swoimi filmami składa hołd kinu, na którym się wychował. Beck robi to samo z muzyką, bo wychowany w rodzinie artystycznej – ojciec muzyk, matka plastyczka i performerka – mały Bek (prawdziwe imię i nazwisko brzmi Bek David Campbell) dorastał w otoczeniu dźwięków. Gdy miał 16 lat, znudziły mu się kawałki puszczane przez ojca oraz latynoska muzyka z ulic Los Angeles, porzucił więc szkołę i wyruszył na podbój Europy, gdzie utrzymywał się z grania na ulicach. Po powrocie do USA akustyczne koncerty na chodnikach Los Angeles były jego głównym źródłem dochodu.

 

Podczas ulicznego grania wypatrzył go Carl Stephenson, popularny hiphopowy producent, z którym Beck nagrał pierwszy przebój. I chociaż dziś ma już status wielkiej gwiazdy, nigdy nie odciął się od swoich ulicznych korzeni. Podobno wciąż zdarza mu się zaglądać do komisów i lombardów, by wygrzebywać stare płyty. Jeśli chce się mieć głowę pełną pomysłów, ciągle trzeba ich szukać. Z muzykami jest jak z zawodowymi barmanami – nie można zbyt długo odpoczywać, bo łatwo wyjść z wprawy. A wtedy szybko traci się oko do proporcji, shaker wypada z dłoni, a drink ląduje na podłodze. Beck jest najlepszym i najbardziej bezczelnym muzycznym barmanem na ziemi.

 

PS.

Istotna informacja dla tych, którzy planują artystę znienawidzić i poza jego kreatywnością szukają innych powodów: Tak Beck jest scjentologiem.

 

 

Kategorie
większe kawałki

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).
Komentarz
  • A.
    24 sierpnia 2016 at 19:05
    Skomentuj

    P.P.S.
    Jeszcze lepszy powód: Beck nie tylko jest scjentologiem, ale, jak sam utrzymuje, jest także Żydem.
    Pozdrawiam, świetny tekst.

  • Dodaj komentarz