większe kawałki

Adam Sandler: sympatyczny idiota

Nie jest typem hollywoodzkiego przystojniaka, jego komedie regularnie zgarniają upokarzające Złote Maliny, a z telewizyjnego programu Saturday Night Live wyrzucono go lata temu za brak wyrazistości. Żałosne, prawda? Tyle, że te same filmy, które krytycy wystawiają na pośmiewisko przynoszą mu dochód w wysokości 30 milionów rocznie, a zagrania roli u boku Sandlera nie odmówi ani Al Pacino, ani Jack Nicholson, ani Johnny Depp. Padają też przed nim na kolana najurodziwsze aktorki świata, z wdzięcznością przyjmując role jego ekranowych dziewczyn lub żon: Salma Hayek, Winona Ryder, Jennifer Aniston, Drew Barrymore… Zastanówmy się więc: czy na pewno nie chcielibyśmy być jak Adam Sandler?

Urodzony 9 września 1966 w Nowym Jorku, Sandler zupełnie naturalnie wszedł na ścieżkę kariery komika. Jak przyznawał w późniejszych wywiadach, miał bardzo wybuchowego ojca i szybko nauczył się, że jedynym sposobem na rozładowanie napięcia kiedy rodzic się zdenerwował było zrobienie jakiegoś dowcipu. „Czasem się udawało, a czasem obrywałem w łeb” – dodawał. Od najmłodszych lat doskonalił więc sztukę rozśmieszania innych, a już w szkole średniej zaczął występować przed publicznością. Już wtedy nie było wątpliwości, że posiada talent choć były to jeszcze bardzo surowe wprawki. Kiedy jeden z tych młodzieńczych występów obejrzał Bill Cosby, poradził Adamowi żeby trochę wyhamował z przeklinaniem. Sandler wziął to sobie do serca, aby w niedalekiej przyszłości wykreować komediowy wizerunek mało rozgarniętego, ale sympatycznego chłopaka z sąsiedztwa. A za wysłuchanie rady wujka Cosby’ego został później nagrodzony niewielką rolą w „Bill Cosby Show”.

Pierwszym krokiem do prawdziwej kariery było jednak dla Sandlera wkręcenie się do ekipy legendarnego programu komediowego Saturday Night Live – najpierw w charakterze autora skeczy, a później również aktora. Choć to drugie nie było to dla niego łatwym doświadczeniem. We wspomnieniowej książce „Live From New York” tak opisywał swój pierwszy występ aktorski w „Saturday Night Live”, podczas którego towarzyszył mu Tom Hanks: „Miałem do powiedzenia zaledwie dwie linijki tekstu (…). Pamiętam, że przed wyjściem na scenę powiedziałem do Hanksa: ‘Rany, ale jestem zdenerwowany’. On na to: ‘Wyluzuj, wszystko będzie w porządku’. Ja mu mówię: ‘Wiesz, czuję jakbym zaraz miał zemdleć albo coś’, a on na to: ‘Lepiej tego nie rób’.” Problemem była wówczas dla Sandlera skala całego przedsięwzięcia: radził już sobie z występowaniem przed dwustuosobową publicznością w klubach, ale paraliżowała go myśl o tym, że każde jego słowo usłyszą nagle miliony ludzi przed telewizorami. I sam przyznawał, że nie zawsze wypadał w tym programie zabawnie, czasem świetnie radząc sobie na próbach, ale całkowicie kładąc występ przed kamerami. Poza tym trafił na najgorszy okres w całej historii Saturday Night Live, kiedy zaczęły drastycznie spadać wyniki oglądalności i poważnie zastanawiano się czy nie zdjąć programu z anteny. Nikt więc się nie dziwił kiedy pod koniec czarnego sezonu 1994/95 w zespole pozostała tylko garstka aktorów – większość dotychczasowej ekipy postanowiła odejść, a Chrisa Farleya i Adama Sandlera zwolniono. Ten pierwszy zagrał potem co prawda w paru popularnych komediach, ale już w dwa lata po opuszczeniu Saturday Night Live zmarł w wyniku przedawkowania narkotyków. Sandler stał natomiast u progu prawdziwej międzynarodowej kariery, mającej przynieść amerykańskiemu przemysłowi filmowemu miliardy dolarów zysku.

Przy czym aktor nie planował zbyt wiele zmieniać w swoim wizerunku. Tworząc swoje pierwsze filmy po zwolnieniu z Saturday Night Live, czyli „Billy’ego Madisona” (1995) i „Farciarza Gilmore’a” (1996), wciąż ogrywał swój telewizyjny image dającego się lubić prostaczka, który wbrew oczekiwaniom innych osiąga sukces w życiu. Oba filmy okazały się bardzo dochodowe i zainspirowały Sandlera do stworzenia własnej wytwórni, której nazwa – Happy Madison – powstała przez połączenie ich oryginalnych tytułów. A kiedy w roku 1998 aktor dostarczył widzom dwa filmy, które wspólnie zarobiły w kinach ponad 300 milionów dolarów – „Od wesela do wesela” i „Karierę frajera” – było już jasne, że w Hollywood pojawił się kolejny poważny gracz. No dobrze, „poważny” nie jest tu może najwłaściwszym słowem – w końcu nawet z kieszeniami wypchanymi milionami dolarów, Sandler wydawał się traktować wszystko przede wszystkim jako dobrą zabawę – ale w każdym razie w ostatnich latach XX w. to właśnie on miał się stać głównym rozgrywającym w światku amerykańskiej komedii. Tym bardziej, że niepostrzeżenie zaczął rozszerzać swoje emploi: „Kariera frajera” po raz kolejny opowiadała historię typu „od zera do bohatera”, ale już „Od wesela do wesela” wpasowywało się w ramy czułej komedii romantycznej, a pomiędzy bohaterami granymi przez Sandlera i Drew Barrymore faktycznie zdawało się iskrzyć. Czyżby wieczny chłopiec zaczął dorastać?

I tak, i nie. Z jednej strony, Sandler nigdy nie obawiał się ogrywania swojego wieku (już jako 33-latek w „Supertacie” śmiał się z tego, jak to zaczął nagle obrastać sadłem), a z drugiej strony wiele jego przyszłych filmów miało traktować o „wiecznych chłopcach”, którzy nawet obarczeni rodziną i obowiązkami zawodowymi będą szukali okazji do młodzieńczych wygłupów (np. „Duże dzieci” i „Jeszcze większe dzieci”). W niedawnym wywiadzie wyjaśniał jednak: „Nie wydaje mi się, żebym miał syndrom Piotrusia Pana. Przecież nie jest tak, że po osiągnięciu czterdziestki czy pięćdziesiątki siadasz nagle z boku i mówisz: ‘Dobra, dość tego, teraz niech młodzi korzystają z przyjemności z tego świata, a ja sobie popatrzę’. Skoro moja matka wciąż się może wygłupiać ze swoimi koleżankami, to ja chyba też?”

Nie ma w każdym razie wątpliwości, że od momentu kiedy Sandler założył własną rodzinę – w 2003 r. ożenił się z Jackie Titone i w ciągu następnych pięciu lat dorobił się z nią dwóch córek – w jego filmach zaczęło się pojawiać coraz więcej pro-rodzinnych akcentów (jak chociażby w najnowszych Rodzinnych rewolucjach  albo „Jacku i Jill”, ale także w obu częściach „Dużych dzieci”). Publiczność jednak nie przestała go kochać i jego nazwisko co roku ląduje na liście najlepiej zarabiających aktorów publikowanej w miesięczniku Forbes. Jeśli komuś na niej ustępuje, to są gwiazdy tej miary co Leonardo Di Caprio albo Johnny Depp. A że krytycy jakoś nie mogą przekonać się do jego filmów? Cóż, próbował ich zadowolić występami w takich filmach, jak „Lewy sercowy” (2002), „Trudne słówka” (2004), czy „Zabić wspomnienia” (2007), ale choć po premierze każdego z nich pojawiały się w prasie jakieś łaskawe dla recenzje, a za „Lewego sercowego” dostał nawet nominację do Złotego Globu, to z finansowego punktu widzenia były to największe porażki w całej jego karierze, zarabiające marne 20-50 milionów dolarów i po odliczeniu budżetu z trudem wychodzące na zero, podczas gdy standardowa, „autorska” komedia Sandlera – chociażby tak znienawidzona przez krytyków, jak „Jack i Jill” sprzed trzech lat, dzięki której aktor za jednym razem zgarnął Złotą Malinę w kategorii Najgorszy Aktor i Najgorsza Aktorka Roku – zwykle bez problemu osiąga wpływy w wysokości stu kilkudziesięciu milionów dolarów. Adam Sandler naprawdę nie potrzebuje korepetycji w dziedzinie robienia prawdziwego biznesu.

A czy po latach Sandler przeprosił się z programem Saturday Night Live, którego szefostwo tak nieelegancko potraktowało go na początku kariery? Chyba niezupełnie: przy okazji premiery „Rodzinnych rewolucji” ogłosił, że nie ma zamiaru występować w roli gospodarza Saturday Night Live. Tłumaczył co prawda, że nie wie czy by się w niej sprawdził, ale… od kiedy to niby zaczął bać się tego rodzaju wyzwań? Choć należy zaznaczyć, że zdarza mu się od czasu do czasu wpaść do programu na jakiś pojedynczy skecz – o, choćby po to, aby zaśpiewać swój pierwszy „hit” – przezabawną „The Chanukah Song” – w odświeżonej wersji.

Kategorie
większe kawałki
Bartek Paszylk

Bartłomiej Paszylk jest autorem przekrojowej książki na temat kina grozy pt. „Leksykon filmowego horroru”, a także anglojęzycznej pozycji dotyczącej horrorów kultowych pt. „The Pleasure and Pain of Cult Horror Films”. Zajmował się również redagowaniem takich antologii grozy, jak: „City 1″, „City 2″ oraz „Najlepsze horrory A.D. 2012″.

Jego artykuły, recenzje i wywiady publikowano w popularnych czasopismach oraz portalach internetowych zarówno w Polsce, jak i zagranicą. Obecnie pełni funkcję redaktora magazynu Grabarz Polski i pisze teksty oraz recenzje dla Dzikiej Bandy, Nowej Fantastyki i Drivera.

Dodaj komentarz