większe kawałki

25 lat Image Comics

Marvel, DC… nie, nie tak powinien zaczynać się tekst o jubileuszu najbardziej wpływowego, niezależnego wydawnictwa komiksowego z USA. Image Comics? Wszyscy znają Batmana, X-Men, Daredevila, Deadpoola i innych superbohaterów Marvela i DC, rozsławionych na dużych i małych ekranach.  A co z Image Comics?

Nie wszyscy wiedzą, o czym mowa, nie wszystkim coś świta? Ech, wystarczyłby jeden raz kijem bejsbolowym po główce i ta od razu zaczęłaby lepiej pracować. Czy już coś kojarzymy? Tak, tak, Negan i „The Walking Dead”, czyli okrutny, postapokaliptyczny świat stworzony w głowie Roberta Kirkmana. Bijący rekordy popularności serial stacji AMC ma bowiem komiksowy pierwowzór, publikowany od ponad dekady przez wydawnictwo Image Comics. Wydawnictwo, które zaistniało dlatego, że Marvel i DC (choć w tej akurat historii bardziej chodzi o te pierwsze z wymienionych) nie traktowały pracujących dla nich twórców tak, jak w pełni na to zasługiwali.

Nieco ponad ćwierć wieku temu zaczęła się rewolucja, jakiej na amerykańskim rynku komiksowym jeszcze nie widziano. Nawet więcej – nikt by nawet nie pomyślał, że mogłaby mieć ona rację bytu i szansę na ziszczenie. Rewolucja, która przez długie lata dojrzewała w głowach ślęczących nad planszami grafików i ubierających dymki  w słowa scenarzystów, oddających wszystkie swe wizje we władanie korporacyjnych molochów. Tak, to nie pomyłka  – uwielbiane na świecie marki, czyli Marvel i DC, niestety odgrywają w tej historii  rolę negatywną. Dużo o tym mógłby  powiedzieć szczerze obu gigantów niecierpiący i wzbraniający się przed jakąkolwiek z nimi współpracą, słynny Alan Moore. Ograniczanie twórczej swobody to jedno, ale tym co przeważyło szalę goryczy, było pozbawianie artystów praw do stworzonych przez nich postaci. W tym kontekście najczęściej przywoływani są Jack Kirby i Steve Ditko, twórcy wizerunków najpopularniejszych komiksowych postaci Marvela, autorzy którym Todd McFarlane zadedykował pierwszy numer „Spawna”. Ale może nie wybiegajmy w przyszłość.

Image Founders_e

W 1991 roku, mała grupka twórców powiedziała wreszcie głośno: dość! Na spotkaniu z Terry Stewardem, ówczesnym szefem Marvela, siódemka artystów – Todd McFarlane, Rob Liefeld, Jim Lee, Erik Larsen, Marc Silvestri, Jim Valentino, Vhilce Portatio – zażądała zmiany warunków pracy. Być może na większą twórczą swobodę włodarze Marvela mogliby pójść aby przeczekać bunt, ale na prawa do tworzonych przez artystów postaci? O tym wywrotowa siódemka mogła zapomnieć. Tymczasem, głównie ustami Todda McFarlane’a buntownicy oświadczyli, że nie przyszli tu negocjować. I jeśli ich żądania nie zostaną spełnione, po prostu odejdą z Marvela. A odchodząc, zahaczyli jeszcze o mieszczący się w pobliżu budynek DC (tam z kolei redaktorzy z początku mieli nadzieję, że oto sam Jim Lee zamierza się tu przenieść), gdzie oświadczyli dokładnie to samo. To co nastąpiło później, Mark Silvestri określił jako „pretty amazing weekend”. Image Comics zaczęło nabierać realnych kształtów.

Jak wielki musiał być to cios dla nieustępliwego szefostwa Marvel Comics, niech świadczy fakt, że odchodzący twórcy byli współautorami czterdziestu czterech tytułów Marvela z Top 50 krajowej sprzedaży. Ich odejście określane było jako „X-odus”, ponieważ odeszli twórcy zajmujący się najbardziej dochodowymi komiksami o przygodach X-Men (do siódemki dołączył jeszcze Chris Claremont). Jeszcze jakieś liczby? Todd McFarlane porzucił „Spider-Mana” (numer pierwszy sprzedany w liczbie 2 mln kopii), Rob Liefeld „X-Force” (5 mln kopii pierwszego numeru) i Jim Lee „X-Men vol.2” (8 mln kopii pierwszego numeru, najlepiej sprzedający się zeszyt w historii).  Oczywiście wiadomym było, że Marvel natychmiast znajdzie zastępców, ale akurat ta trójka była wówczas gwiazdami pierwszej wielkości. Szefowie Domu Pomysłów musieli  przeżyć szok, ale nic już nie mogli poradzić. Stało się. A potem stało się jeszcze coś ważniejszego.

Nie chodziło jedynie o to, żeby odejść i założyć własne wydawnictwo. Artyści jak najbardziej myśleli o rewolucji, o zmianie całego systemu. Dlatego też, w stworzonym przez siebie wydawnictwie  (nazwa wzięła się ponoć  z reklamy aparatu Canon, w której tenisista Andre Agassi artykułował kwestę „Image is everything”) zamierzali przestrzegać dwóch zasad. Pierwsza: Image Comics nie będzie właścicielem niczego oprócz nazwy i logo, dlatego w razie rozłamu nie będzie potrzeby o nic walczyć. Druga: każdy z partnerów będzie w pełni autonomiczny, a pozostali nie będą wchodzić mu w drogę. Stąd też wzięło się sześć studiów, którymi zawiadowali poszczególni twórcy. Todd McFarlane stworzył Todd McFarlane Productions, Jim Lee – Wildstorm, Rob Liefeld – Extreme Studios, Marc Silvestri – Top Cow Productions, Erik Larsen – Highbrow Entertainment i Jim Valentino – Shadowline. Kwestią sporną było, czy z tego konglomeratu ma powstać jedno, przenikające się uniwersum, co mogłoby w rezultacie zaowocować tak znienawidzoną przez nich korporacją. Z początku wiele wskazywało, że takie uniwersum powstanie, ale z czasem niektórzy z założycieli, przede wszystkim Larsen i Silvestri, zaczęli uciekać od takiego modelu.

Dla porządku wymieńmy jeszcze trzecią zasadę. Skoro Image Comics nie rościło sobie praw do niczego, to rzecz jasna oznaczało, że twórcy pracujący dla wydawnictwa będą mieli prawa do stworzonych przez siebie tytułów i bohaterów (co w świetle późniejszych procesów sądowych McFarlane’a i Gaimana o postacie ze „Spawna” przestaje być tak oczywiste). Wówczas jednak, w 1992 roku to wszystko wydawało się bajką, czy raczej wybrykiem. Buntownikom dawano najwyżej pół roku, zanim wszystko się zawali. Jednocześnie oczekiwania były ogromne – gdyby uciekinierzy z Marvela rzeczywiście przegrali swoją rewolucję, wszystko na długie dziesięciolecia ponownie pogrążyłoby się w tak znienawidzonym przez twórców status quo.

Bajka jednak trwała. Pierwszym komiksem Image był premierowy zeszyt serii Roba Liefelda (dodajmy – współtwórcy Deadpoola, po latach uważanego zresztą za koszmarnego rysownika), „Youngblood”, który odniósł sprzedażowy sukces. Jednak najwyraźniejszą wskazówką, że twórcy poszli właściwą drogą była sprzedaż „Spawna” autorstwa McFarlane’a – pierwszy numer osiągnął pułap 1,7 mln egzemplarzy, co stanowi dotąd niepobity rekord sprzedaży komiksu spoza Marvela i DC. Dzięki temu wynikowi Image Comics mogło w pełni rozwinąć skrzydła. Pojawił się „Savage Dragon” Larsena, „WildC.A.T.s” Lee, „Whitchblade” i „The Darkness” Silvestriego   – część z nich znana także polskim czytelnikom dzięki TM-Semic, a później Mandragorze. Tytuły, które w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku były niezwykle popularne, a przy tym sama historia uciekinierów z Marvela zrobiła z nich zapraszanych do ogólnokrajowych mediów, komiksowych celebrytów. W Marvelu i DC, aby dotrzymać tempa rebeliantom i nie stracić zainteresowania czytelników, twórcy musieli wznieść się na wyżyny kreacji. W przypadku DC oznaczyło to między innymi zabicie Supermana.

Ile ta bajka mogła trwać? Niedługo. Bajka zmieniła się w zwykłą pracę, w której na wszystko brak czasu – Rob Liefeld odkrył nagle,  że w wieku dwudziestu kilku lat ma pod sobą sześćdziesięciu sześciu pracowników. Od samych początków Image Comics trapiły opóźnienia w wydawaniu zeszytów. Uciekinierzy – przede wszystkim artyści, nagle z konieczności musieli zamienić się w biznesmenów. Niektórzy radzili sobie z tym lepiej, niektórzy gorzej, a od początku na lidera, na osobę która wszystko trzyma w ryzach, wyrósł Todd McFarlane – to dzięki niemu Image z impetem wkroczyło w segment zabawkowy. Z kolei Liefeld, po próbach ingerencji w pracę innych studiów (między innymi starając się podkraść z Top Cow utalentowanego Michaela Turnera), został wyrzucony poza burtę wydawnictwa. Nadchodziło jednak coś znacznie poważniejszego, co oszołomionym sukcesami młodziakom z Image niemal wywróciło świat do góry nogami – kryzys na rynku.

Nakłady nagle zaczęły malec. Wystarczy powiedzieć, że od 1997 roku do dnia dzisiejszego, tylko kilka komiksów przekroczyło pułap trzystu tysięcy sprzedanych egzemplarzy. Brak płynności finansowej i coraz większe kłopoty nad horyzontem skłoniły Jima Lee do sprzedaży studia Wildstorm DC Comics. Na przełomie wieków, w czasach największego kryzysu redaktorem naczelnym Image został Jim Valentino, szef najmniej wpływowego studia Shadowline i postawił przed sobą jeden prosty cel. Image będzie wydawać komiksy z dobrymi historiami –  po prostu „good books”.  Zamierzenie to ziściło się najpełniej w 2003 roku, kiedy zaczęły ukazywać się „Żywe Trupy” Roberta Kirkmana, równie narwanego młodzieńca, co uciekinierzy z Marvela dekadę wcześniej.

Zabawne w tym kontekście stają się wspomnienia Valentino i Kirkmana, dotyczące startu kultowej serii. Valentino znał już wydawany własnym sumptem przez młodego scenarzystę „Battle Pope” i twierdzi, że gdyby Kirkman przedstawił mu konspekt nowej historii w takiej formie, w jakiej ją znamy, natychmiast zgodziłby sie na jej publikację. Kirkman z kolei żył w strachu, że nikt nie odważy się na publikację komiksu o zombie, ponieważ – dziś trudno sobie to wyobrazić – do tego czasu żaden komiks z żywymi trupami nie odniósł komercyjnego sukcesu. Dlatego też twórca poczęstował Valentino bajeczką, że zombie z „The Walking Dead” są wytworem kosmicznych najeźdźców, co z czasem zostanie w serii ujawnione. I kiedy po kilku zeszytach ludzie z Image dopytywali Kirkmana, gdzie ci kosmici, ten z rozbrajająca szczerością oznajmił, że nigdy ich miało nie być.

Wówczas, po początkowym, ospałym rozruchu, kolejne numery „The Walking Dead” gromadziły coraz więcej czytelników. Z zeszytu na zeszyt, ze sklepów komiksowych napływały coraz większe zamówienia. Image powoli zaczynało stawać się tym, z czym dzisiaj większość fanów komiksów kojarzy to wydawnictwo. Dobrze określił fenomen Image Grant Morrison, nazywając je „HBO of comics”. Dzisiaj chyba nikt nie zaprzeczy, że jest inaczej. Dowody?

Wystarczy zrobić szybki przegląd serii Image, choćby tych (wciąż niewielu) wydanych po polsku. Mamy „Sagę”, „Lazarusa”, kolejną serię Kirkmana – czyli również znane już pod postacią serialu „Outcast”, „Chew”, Fatale”, „Bękarty z Południa”, „Velvet”. Pięć lat temu wydawnictwo obchodziło dwudziestolecie istnienia, co zaowocowało seriami kolejnych wielkich artystów (Brian K. Vaughan, Hickman, Jason Aaron) pragnących publikować pod tym szyldem, w miejscu gdzie nie muszą wciąż  babrać się w supebohaterskim bagienku, tylko tworzyć oryginalne, niezwykłe historie, każdego roku nagradzane prestiżowymi wyróżnieniami. Historie wyłamujące się schematom, albo po prostu przetwarzające je w nowatorski sposób – w pewnym sensie, po dwudziestu pięciu latach istnienia, Image będąc trzecią pod względem sprzedaży siłą na komiksowym rynku, przejęło pałeczkę od pogrążonego w kryzysie imprintu DC, Vertigo, oferując niewyobrażalną mnogość znakomitych opowieści, w większości przeznaczonych dla dorosłych czytelników.

A co z buntownikami, co z uciekinierami z Marvela? Życie dziwnie się układa. Spośród wymienionej na wstępie siódemki, jedynie Todd McFarlane pozostał nieugięty i nigdy więcej nie rysował dla Marvela i DC. Liefeld w pewnym momencie wrócił do Image, ale kolejne restarty jego dawnych serii nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. Larsem i Silvestri czują się dobrze w swoich studiach, a nowym guru w Image, obok zyskującego coraz większe wpływy Kirkmana (studio Skybound) został Eric Stephenson. W 2016 roku Image  Comics miało 9% udziału w rynku – dla jednych może to być mało, dla innych dużo, ale fakt, że przetrwało ćwierć wieku zawirowań świadczy sam za siebie.

Z pewnością pozostaje najbardziej wpływowym, niezależnym wydawnictwem komiksowym w USA, dla którego piszą i rysują najwięksi twórcy. Robią to w przeświadczeniu, że poza Marvelem i DC istnieje azyl, w którym nie jest ograniczana twórcza swoboda i gdzie można opowiedzieć dosłownie każdą historię, byleby tylko była naprawdę dobra. Opóźnienia, nieporozumienia ani kryzysy nie zdołały zabić najważniejszych założeń wydawnictwa, które kiedyś wprowadziła w życie  garstka buntowników, nie bojących się skoczyć na głęboką wodę. I za to właśnie, od wszystkich zwolenników dobrego komiksu należą im się największe wyrazy uznania oraz rzecz jasna życzenia kolejnych, równie owocnych dwudziestu pięciu lat działalności.

nsc v3

Kategorie
większe kawałki
Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Dodaj komentarz