Fox
większe kawałki

24 godziny Jacka Bauera

10 maja na ekrany w „24: Jeszcze jeden dzień”  powraca bohaterski agent Jack Bauer, a wraz z nim serial – popkulturowy fenomen, uważany przez wielu, w tym przez niżej podpisanego, za najlepsze co kiedykolwiek przydarzyło się telewizji komercyjnej.

Przygody Jacka Bauera doczekały się póki co ośmiu sezonów, filmu TV, dedykowanych figurek, serii książek, albumów, komiksów, gier multimedialnych i karcianych, krótkometrażowych spin-offów i przede wszystkim liczonej w milionach, ogromnej rzeszy wiernych fanów. Rozmawiali o nim wszyscy – od szarych Kowalskich, spędzających wieczory przed telewizorem, po Billa Clintona. Serial wywołał wiele gorących i burzliwych dyskusji o bezpieczeństwie narodowym, terroryzmie, rasizmie, torturach, kompetencjach urzędników państwowych czy korupcji. W przeddzień wielkiego(?) powrotu kultowej produkcji (w maju, po czterech latach nieobecności, do stacji Fox powraca 12-odcinkowa miniseria „24: Live Another Day”) warto ponownie przyjrzeć się temu doskonałemu tasiemcowi, w którym rolę życia zagrał  Kiefer Sutherland.

Serial zadebiutował na antenie stacji FOX 6 listopada 2001 roku i z miejsca został pokochany przez widzów na całym świecie. Fabuła pierwszego sezonu skupiała się wokół planowanego zamachu na czarnoskórego senatora Davida Palmera (Dennis Haysbert), który jest liderem w wyścigu do Białego Domu. Przypominam, że w tamtych czasach wątek afroamerykańskiego prezydenta USA był abstrakcyjnie interesujący. Do dziś zresztą można spotkać zwolenników teorii, że fikcyjna postać Davida Palmera skutecznie wspomogła kampanię prezydencką Barracka Obamy.

Jako pierwszy na trop zamachowców wpada Jack Bauer, twardy, nieustępliwy agent federalny na usługach CTU – jednostki do walki z terroryzmem. Facet często działa na własną rękę, na granicy prawa, podejmując niejednokrotnie bardzo trudne i nieodwracalne w skutkach decyzje. Od tamtej pory Jacka i Prezydenta Stanów Zjednoczonych (niezależnie od tego, kto na przestrzeni lat nim zostanie) będzie łączyć specyficzna relacja napędzająca fabułę kolejnych sezonów. Tak rodzi się bohater na miarę XXI wieku, największy z największych patriotów, człowiek, którego zawsze można poprosić o pomoc w uratowaniu kraju, wysłać na supertajną operację militarną czy samobójczą misję, z której tylko Bauer będzie potrafił wyjść cało. Tak, Jackowi niejeden raz udało się pokonać śmierć.

W każdym kolejnym sezonie Bauer musi stoczyć swoisty wyścig z czasem, wszak terrorystów, podwójnych agentów, zdrajców i innych szumowin nie brakuje. Na dodatek wszyscy upodobali sobie za cel Los Angeles (z czasem zauważono ten słaby punkt i przeniesiono akcję w inne miejsca). Jack ma sporo cech Rambo, jest niepokonany w walce wręcz, doskonale posługuje się różnymi rodzajami broni palnej, materiałami wybuchowymi, potrafi prowadzić pojazdy wojskowe, zna różne języki, od rosyjskiego po mandaryński, no i generalnie nie zawaha się wpakować kulki w łeb każdemu dupkowi, który stanie na drodze pomiędzy nim, a pokojem na świecie. Czemu Ameryka pokochała tego harcerzyka? Superman dawno wyszedł z mody, Schwarzenegger się przejadł i zestarzał, a Chuck Norris częściej występował w dowcipach niż w filmach. Ktoś musiał przecież bronić kraju po 11 września, kiedy to nastroje były nie tyle grobowe, co wręcz paranoiczne. Twórcy „24” często to wykorzystywali, czasem w łopatologiczny sposób, przedstawiając niektórych bohaterów czy antybohaterów w sposób zerojedynkowy.

Bauer bezpardonowo wykorzystywał wszystkie dostępne środki by osiągnąć swój cel – dla dobra kraju zabijał, torturował, blefował i poświęcał wszystko co miał – od życia prywatnego po karierę. W serialu szybko zaczęli pojawiać się naczelni wrogowie USA: Muzułmanie, Rosjanie, Chińczycy, a Bauer nieprzerwanie kopał wszystkim tyłki. Brakowało tylko kosmitów i Godzilli. W ten sposób odgrywany przez Kiefera Sutherlanda bohater na przestrzeni lat stał się jedną z najbardziej rozpoznawalnych ikon popkultury.

Mechanizm z sezonu na sezon działał tak samo. Zły miał zaginioną atomówkę/zabójczego wirusa/śmiercionośny gaz/niecne plany odstrzelenia znanego polityka i tylko Jack Bauer, pomimo wszystkich przeciwności losu, był w stanie go powstrzymać. A przeszkód tych było sporo. Scenarzyści starali się jak mogli, by na każdym kroku podrzucać bohaterom (i widzom) mylne tropy, podwójnych (a czasem nawet potrójnych) agentów czy zwroty akcji, które w ostatniej chwili zmieniały oblicze bieżących wydarzeń. Zresztą to właśnie fabularne twisty stały się znakiem rozpoznawczym całej serii, a każdy odcinek musiał kończyć się obowiązkowym cliffhangerem, mającym trzymać widzów na krawędzi fotela aż do emisji kolejnego epizodu. Całkiem skutecznie.

Każdy kolejny sezon nosił oczywiście drobne ślady zmęczenia materiału i cechował się pewnego rodzaju powtarzalnością – wszak w opowieści o pojedynczym superherosie w kółko ratującym świat nie mogło być inaczej. Twórcy zawsze mieli jednak w swoich rękawach po kilka asów, które co i rusz potrafiły widzów zaskoczyć. Za każdym razem człowiek myślał, że lepiej już się tego zrobić nie da, ale jakimś cudem prawie zawsze się udawało. Znacie inny serial, w którym kamieniem milowym była dopiero 5 seria? Nie? „24” dopiero cztery lata po debiucie uraczyło nas najbardziej szalonym sezonem, jaki kiedykolwiek ktokolwiek widział w telewizji. Wysoka forma utrzymywała się bardzo długo, chociaż zdania w tym temacie są dość podzielone. Osobiście uważam, że potknięciem była pierwsza połowa czwartej serii, chociaż druga nadrobiła ją z nawiązką. Inni jako słabe ogniwo wskazywali serię szóstą, a jeszcze inni nominowali dwie ostatnie, gdzie charakter Jacka Bauera uległ poważnej transformacji. Stał się uciekinierem i banitą, żołnierzem wyklętym przez swój kraj i inne mocarstwa, zbiegiem poszukiwanym na całym świecie. Jak to się stało? Nie powiem Wam, sami zobaczcie. Przyznać trzeba, że ta rewolucja, chociaż tylko pozorna (naprawdę wierzycie, że Bauer przestał być harcerzykowatym patriotą?) nadała serialowi nowych rumieńców, których po paru latach zaczął potrzebować.

W „24” wątki sensacyjne zawsze łączyły się z dramatycznymi, które nie tylko świetnie uzupełniały fabułę, ale też często grały w niej pierwsze skrzypce. W pierwszej, najbardziej kameralnej i najmniej spektakularnej serii, żona i nastoletnia córka Jacka dostają się w ręce zamachowców, a cała sprawa staje się dla niego bardzo osobista. Na przestrzeni lat, naszych bohaterów (rzadziej pierwszoplanowych, a częściej drugoplanowych) dręczyły gwałty, zdrady, uzależnienia, morderstwa, samobójstwa, zawody miłosne, choroby i  inne nieszczęścia, które mniej lub bardziej zazębiały się z głównym wątkiem fabularnym. Trzeba przyznać, że nawet najbardziej naciągane fragmenty można było przeboleć za sprawą (zazwyczaj) świetnie dobranej obsady, bez której z czasem żyć po prostu nie było można.

Kiefer Sutherland wciela się tu w swoją rolę życia, chociaż na pierwszy rzut oka nie wydaje się materiałem na superbohatera. Stosunkowo niski, średnio muskularny, niebieskooki ciemny blondyn nie jest ani kanonem piękna, ani szarmanckim uwodzicielem w typie Bonda. Wrogowie na sam jego widok raczej nie powinni sikać po nogach. A jednak, Sutherland ze swoim przygaszonym, głębokim głosem (potem Kiefer niejeden raz dostał angaż jako voice actor w kultowych grach komputerowych, takich jak „Call of Duty” czy „Metal Gear Solid”) i charakterystycznymi catchphrase’ami („Dammit!”, „Please don’t make me do this!” czy „We’re out of time!”) szybko stał się symbolem nie tylko „24”, ale też niezłomności kraju hamburgerów.

Przez serial przewinęło się zresztą o wiele więcej gwiazd ekranu, zarówno tego wielkiego, jak i szklanego. W pierwszym sezonie, oprócz stałej obsady, pojawili się między innymi Dennis Hopper, Lou Diamond Phillips, Željko Ivanek, Xander Berkeley czy Eric Balfour. Potem było tylko lepiej. Na planie „24” gościli między innymi Billy Burke, Kevin Dillon, Tobin Bell, Zachary Quinto, Joaquim de Almeida, Tony Todd, John Voight, Arnold Vosloo, Peter Weller, Julian Sands, James Cromwell, Kurtwood Smith, Gil Bellows, Robert Carlyle, Freddie Prinze Jr., Jurgen Prochnow i Michael Madsen. Cały przekrój gwiazd i gwiazdeczek, w którym każdy znajdzie coś dla siebie.

Chyba największą zaletą „24” jest to, że właściwie do końca nie wiadomo co wydarzy w serialu i czego można się spodziewać po jego fabularnych meandrach. Niektóre zwroty akcji są bardzo nagłe, zginąć może praktycznie każdy, nawet jeśli należy do głównej obsady. Jednak to, co wyróżnia „Przez 24 godziny” na tle konkurencyjnych seriali sensacyjnych, to przede wszystkim innowacyjna i niezwykle dynamiczna forma. Każdy składający się z 24 epizodów sezon obrazuje jedną dobę z życia Jacka Bauera. Łatwo wyliczyć więc, że akcja przedstawiona jest w czasie rzeczywistym, minuta po minucie, z minimalnymi, bo zaledwie kilkuminutowymi przeskokami w czasie. Rachunek jest prosty: jeden odcinek to jedna godzina. To rewolucyjna formuła, która nie tylko wspomaga wiarygodność i realizm (nie licząc może faktu, że żadna z postaci nigdy nie wyskoczyła do kibla), a jednocześnie wymaga na twórcach rozsądne planowanie rozwoju scenariusza.

Innym wyróżnikiem jest unikatowy montaż, stawiający na częste ukazanie akcji na podzielonym ekranie. Widzowie mogą jednocześnie obserwować co w danej chwili dzieje się z kilkoma bohaterami serialu. Wstawki nie trwają długo, jednak pozwalają lepiej wczuć się w akcję i wzmagają immersję. Z czasem formą tą zaczęto się zabawiać, pokazując na przykład jedną postać z kilku rozstawionych w różnych miejscach kamer.

Nie sposób w tym miejscu nie wspomnieć jeszcze o kultowym, charakterystycznym zegarze, który stał się prawdziwym symbolem serialu i wylądował na tysiącach telefonów komórkowych jako dzwonek SMS. Co jakiś czas akcja na kilka sekund przerywana jest jego charakterystycznym tykaniem. Zegar pojawia się też na dole ekranu, kilka razy w każdym odcinku informując widzów o nieubłaganie upływającym czasie, z którym przez 8 sezonów ścigają się bohaterowie „24” z Jackiem Bauerem na czele. W ciągu pojedynczego epizodu można usłyszeć go kilkukrotnie. Również i to „narzędzie” doczekało się wariacji. Kiedy jeden z kluczowych dla fabuły bohaterów umiera (a w „24” zdarzało się to równie często, co w „Grze o tron”), zegar widoczny na ekranie pozostawał przygnębiająco niemy.

Być może na papierze wszystko to nie wygląda zbyt oryginalnie, jednak efekt końcowy jest po prostu piorunujący. Akcja gna tutaj do przodu jak w żadnym innym serialu, pompując adrenalinę w żyły nawet najbardziej znudzonego popcornowym kinem wyjadacza. Z sezonu na sezon realizacja była zresztą coraz bardziej spektakularna, efekty specjalne nowocześniejsze i po prostu lepsze, a fabuła zakrojona na coraz szerszą skalę. Mniej lub bardziej znacząco zmieniał się charakter większości bohaterów, jednak idea wymagającej poświęceń walki dobra ze złem, w rytm doskonałej muzyki naczelnego kompozytora „24” Seana Callery’ego, pozostała taka sama. Serial ten na swój sposób zrewolucjonizował telewizję i zmienił postrzeganie tego, jakiej rozrywki powinna dostarczać komercyjna telewizja. Obsypany nagrodami (w tym najważniejszymi, statuetkami Emmy, odpowiednikiem telewizyjnych Oscarów) serial zapoczątkował modę na kolejne produkcje, które też z czasem świętowały swój sukces. Bez „24” nie byłoby „Prison Break”, „Homeland” czy… hinduskiego remake’u „24”, w którym główną rolę zagrał Anil Kapoor, jeden z gwiazdorów ósmego sezonu, który z miejsca zakochał się w koncepcie serialu. Naprawdę chciałbym to kiedyś zobaczyć w Polsce.

Kiedy w 2010 roku „24” zakończył swój przebojowy żywot po ósmej serii, żałobie fanów nie było końca. Widownia, która wprawdzie topniała z sezonu na sezon, ale nadal utrzymywała się na zadowalającym poziomie, nie była powodem zdjęcia show z anteny. Było nim podobno „wypalenie” członków ekipy i brak pomysłów na sensowne pociągnięcie tematu dalej. Furtka pozostała jednak otwarta, a przez te kilka lat zakulisowo mówiło się o pełnometrażowym filmie, w którym Jack miał powrócić jeszcze jeden raz. Rozbiło się jak zwykle o budżet – krążyły plotki, że Kiefer żądał astronomicznej kwoty za powrót Jacka Bauera. W międzyczasie Sutherland dostał od FOX nowy serial – „Touch”, który utrzymał się na antenie przez dwa sezony. Chociaż pierwszy z nich prezentował się bardzo dobrze, to jednak widzowie nie chcieli oglądać Jacka Bauera, który na ulicy dostawał wpierdziel od byle chłystka i uganiał się po całym mieście za swoim autystycznym synem. Chcieli znów poczuć adrenalinę, usłyszeć tykający zegar i usłyszeć pełne ekspresji „DAMN IT!”.

Mokre sny fanów serialu spełniły się w zeszłym roku, kiedy FOX ogłosił powrót legendy pod postacią 12-odcinkowej miniserii „24: Live another day”, osadzonej w Londynie, gdzie Jack nadal występuje w charakterze uciekiniera, ukrywając się przed ścigającymi go mocarstwami. Sutherland powróci więc do swojej kultowej roli, a partnerować będą mu Mary Lynn Rajskub (pupilka serialu od 3 serii), William Devane (pojawiający się od 4 sezonu), a także kilka nowych gwiazd, między innymi Benjamin Bratt, Yvonne Strahovski, Tate Donovan i Michael Wincott. Pierwsze recenzje napawają optymistycznie i obiecują „więcej tego, co kochaliście najbardziej w „24””. Jako fan numer jeden nie mogę doczekać się, kiedy Bauer dołoży kolejne cyferki do łącznej liczby 270 ofiar, które wysłał na tamten świat na przestrzeni ośmiu sezonów. Czy naprawdę muszę Was jeszcze bardziej zachęcać? JACK IS BACK!

Kategorie
większe kawałki

Dodaj komentarz