Rankingi

Zanim nadejdzie „Logan” – przegląd filmów z uniwersum X-Men

Kilka dni temu w Sieci pojawił się najnowszy trailer „Logana” kolejnej z odsłon uniwersum X-Men, a trzeci film poświęcony flagowemu bohaterowi – Wolverinowi. Z tej też okazji przypominamy, jak to wcześniej z tym uniwersum bywało.

Początkowo miał to być ranking, ale pojawiły się problemy logistyczne, bo jak oceniać filmy – czy pod kątem spójności fabuły, literackiego (czyt. komiksowego) pierwowzoru, czy kreacji Hugh Jackmana? Tym samym prezentujemy krótki przegląd serii X-Men, wszelkie rankingi wrzucając w jeden kocioł.

W 1999 roku nikomu nie śniło się, że filmy o supebohaterach mogą być traktowane poważne. Po spektakularnych klapach obu Batmanów Joela Schumachera nikt nie chciał się tknąć facetów biegających w rajtuzach, dziwacznych kostiumach i przejawiających nadludzkie moce. A jednak Bryan Singer wraz ze scenarzystą Davidem Hayterem podjęli ryzyko i stworzyli pierwszą wielką serię o superbohaterach (bo nie jest nią wbrew opiniom wielu cykl „Avengers”). To tu po raz pierwszy udowodniono, że superbohaterowie nie muszą być śmieszni, że w filmach o nich można przekazać poważniejsze treści. To w tej serii po raz pierwszy zaczęły się pojawiać sceny po napisach, z których słyną dziś filmy Marvela. A zaczęło się od dobrego pomysłu i budżetu w wysokości siedemdziesięciu pięciu milionów dolarów.

X-Men (2000)

Budżet: 75 mln $

Zysk: 296 mln $

Znakomity początek rozgrywający się w Auschwitz jasno daje do zrozumienia, że ten film nie będzie kolejnym, kolorowym obrazkiem o postaciach z komiksów. Tu nie ma mrugnięć do widza. Zostaje on wrzucony w centrum konfliktu między dwiema frakcjami mutantów – ludzi o niezwykłych umiejętnościach, skupionych wokół genialnego telepaty, profesora Charlesa Xaviera lub bezwzględnego Magneto potrafiącego panować nad metalem. Jeden próbuje nauczyć młodzież o niesamowitych zdolnościach, korzystania ze swoich mocy i życia w społeczeństwie, drugi pragnie to społeczeństwo zniszczyć. A we wszystko miesza się jeszcze senator USA, Robert Kelly, który ma wobec mutantów własne plany. Całość zaś skupia się wokół młodziutkiej Marii, której umiejętności Magneto zamierza wykorzystać przeciwko ludzkiemu gatunkowi. To właśnie ona, wraz z przypadkowym ochroniarzem Wolverinem stanowią główny duet aktorski tego filmu, choć bez dwóch zdań kradną go i wynoszą na wyższy poziom Patrick Stewart (Xavier) i Ian McKellen (Magneto).

Mistrzowska para starych przyjaciół/wrogów czyni ten film nie tylko wiarygodnym, dzięki nim jak na dłoni widać, że „X-Men” to nie tylko zabawa, ale też manifest o współpracy, tolerancji i poszanowaniu odmienności. Stewartowi i McKellenowi partnerują James Mardsen (Cyclop) Anna Paquin (Marie/Rouge), oraz debiutujący w roli Wolverina Hugh Jackman, który dopiero rozpoczynał swoją karierę. Film uczynił gwiazdą również Halle Berry (Storm). Główną obsadę dopełniają piękne Famke Janssen (Jean Grey) i Rebecca Romijn (Mistique). I trzeba powiedzieć jasno – każda z tych postaci jest bardzo dobrze przemyślana, rozpisana i zagrana. Poważna tematyka, przemyślana fabuła, wiarygodni (choć przecież niewiarygodni bohaterowie), minimalny dystans (żarty Wolverina – „A ty kto jesteś? Wózek?”), brak kolorowych kostiumów… To się musiało udać. Film okazał się sukcesem i do dziś uznawany jest za jedną z najlepszych odsłon serii. Bez niej nie byłoby kolejnych filmów o superbohaterach, a Sam Raimi nie odważyłby się sięgać po „Spider Mana”. Warto odnotować, że film otrzymał sześć (!) nagród Saturna w 2001 roku (za scenariusz, reżyserię, kostiumy, dla najlepszego filmu, aktora, aktorki drugoplanowej) i wiele nominacji do innych nagród. Mimo niemal osiemnastu lat na karku wciąż wart obejrzenia.

Miejsce wśród filmów – 3 miejsce

Kreacja Wolverina – 3 miejsce

X-Men 2 (2003)

Budżet: 110 milionów $

Zysk: 407 milionów $

Minęły trzy lata, w świecie filmu coś się ruszyło w sprawie facetów w kostiumach (wspomniany „Spider Man”). Twórcy musieli postarać się mocniej, by powtórzyć sukces pierwszej części. Postanowili więc zjednoczyć dwa obozy mutantów przeciwko jednemu wrogowi, jednocześnie delikatnie zapowiadając genezę Wolverina. Prosty schemat, by to, co w pierwszej części było bastionem bezpieczeństwa (szkoła Xaviera), w tej zostało poważnie zagrożone sprawdził się idealnie. Duety Patrick-McKellen i Jackman-Janssen wypadły jeszcze lepiej niż poprzednio, a otwierający film atak na Biały dom zrobił ogromne wrażenie na fanach, do tego stopnia, że większość uważa go za najlepszą odsłonę serii. Coś w tym jest, bowiem „X-Men 2” pokazało, że superbohaterowie też mają swoje ciemniejsze strony, nie są nieskazitelni, mimo swoich nadludzkich mocy. Mogą zdradzić, oszukać i… umrzeć. A gdy ginie jeden z głównych bohaterów, wiadomo, że w tym świecie nie jest bezpiecznie. Bryan Siger pokazał, że potrafi opowiedzieć jeszcze poważniejszą i bardziej dramatyczną historię, mimo komiksowego rodowodu. Film nominowano do wielu nagród, nawet do Hugo, ale został nagrodzony tylko Saturnem.

Miejsce wśród filmów – 2 miejsce

Wolverine – 2 miejsce

X-Men: Ostatni bastion (2006)

Budżet – 210 mln $

Zysk – 459 mln $

Jak to bywa w przypadku ostatnich części trylogii, tym razem musiała być wielka zadyma. Pomysł wyjściowy wzięto ze znakomitego cyklu „The Dark Phoenix Saga” i nieco słabszego „Astonishing X-Men: Obdarowani” i niestety, postanowiono to wszystko zmiksować. Dramatyczne losy opętanej przez szaloną kosmiczną istotę Jean Grey zostały tutaj niewyobrażalnie spłycone, ale to i tak nic w porównaniu z tym, co uczyniono innym postaciom. W gruncie rzeczy fabuła sprowadziła się do wynalezienia lekarstwa na mutacje, które należy przyjmować. Jedni są za, inni (frakcja Magneto, a jakże) uważają, że to uwłacza mutantom i należy wypowiedzieć wojnę ludzkości. A w tym wszystkim miota się szalona Phoenix, która dysponuje mocą równą bogom.

Trzecią odsłonę miał wyreżyserować znów Bryan Singer, ale na nieszczęście swoje i fanów, postanowił wziąć się za nowego Supermana („Superman: Powrót”). I to czuć. Film dalej próbuje być bardzo poważny i dotyka istotnych problemów, a jednocześnie rozmywa się dziką akcją tam, gdzie powinno być zbudowane napięcie i dramatyzm. Nawet pomijając komiksowy oryginał, widać wyraźnie, że twórcy nie wiedzieli, w którą stronę pójść – wystarczy porównać dwie sceny – przejmującą walkę w domu Jean Grey i idiotycznie przedstawionego Juggernauta. Niemniej, całość ładnie domknęła trylogię, przy okazji zgarniając znów Saturna (tym razem dla Famke Janssen, która w tym filmie wypadła po prostu zjawiskowo) i jednego Satelitę za najlepszy montaż. Hugh Jackman mógł wykazać się nieco innym rodzajem aktorskiego dramatyzmu, choć niespecjalnie z tego skorzystał (realizował się aktorsko u innych). I tu mamy pierwszy raz scenę między napisami końcowymi.

Miejsce wśród filmów – 5 miejsce

Wolverine – 5 miejsce

 

X-Men: Geneza – Wolverine (2009)

Budżet: 150 mln $

Zysk – 373 mln $

Chociaż pierwsze trzy filmy zostały pomyślane jako trylogia, zyski były zbyt duże, by zrezygnować z franczyzy. Materiał wyjściowy był znakomity, tak pewnie pomyśleli producenci: – skoro ulubioną postacią jest Wolverine, opowiedzmy o jego początkach, szczególnie, że są one opisane w bardzo dobrym cyklu komiksowym „Origin”. Część już nawet była w pierwszych odsłonach. Tylko uprośćmy całość. I zróbmy to bardziej widowiskowe i kolorowe. I jeszcze prostsze. I koniecznie bezkrwawe. Przemoc też nie może być zbyt wyrazista. I niech to będzie śmieszne. Cały czas niech lecą śmieszne teksty. Że jest taka postać, co ciągle żartuje? Deadpool, tak? To weźmy go. Ale na koniec zabronimy mu mówić. I w ogóle nie przejmujmy się za bardzo wcześniejszymi odsłonami, bo to tylko sugestie… Ludzie lubią Wolverina, to to kupią. Tylko dajmy jeszcze jakiś romantyczny motyw, żeby i dla płci pięknej to było…

I tak oto powstała odsłona, która niemal pogrzebała wszystko, do czego dążyła seria o superbohaterach w poprzednich częściach – do urealnienia opowieści o niezwykłych ludziach. Jak żadna inna podzieliła widzów – ci, co lubią Wolverine’a byli zadowoleni, ci, którzy znają go z komiksów do dziś nie mogą ukryć zażenowania. Hugh Jackman tak już polubił postać, że nawet w tym gniocie był przekonujący. Tak bardzo, że był nominowany między innymi w kategorii „najlepszy łomot” i „najlepszy wybuch złości” przez czytelników magazynów „Teen Choice” i „Seventeen”. Dostał od nich nagrodę dla najlepszego aktora.

Miejsce wśród filmów – 9 miejsce

Wolverine – 6 miejsce

X-Men: Pierwsza klasa (2011)

Budżet – 160 mln $

Zysk – 353 mln $

Seria pierwsza ewidentnie zamknięta, solowy Wolverine w zasadzie robi klapę, cóż więc począć z planowaną serią o początkach poszczególnych X-Menów? Szczególnie, że scenariusz dla „Magneto: Origins” już powstał… Za kamerą staje Matthew Vaughn, który rok wcześniej błysnął „Kick Assem”, a parę lat wcześniej miał nakręcić „X-men: Ostatni bastion”. Korzystając z wątków z młodym Magneto tworzy film o początkach X-Menów, przyjaźni Xaviera, Mistique i Magneta właśnie, oraz o formowaniu się pierwszej grupy mutantów. Ich wrogiem zostaje Bractwo Mutantów, na czele którego stoi bezwzględny Sebastian Shaw (Kevin Bacon). Odmłodzona obsada radzi sobie nieźle, szczególnie na polu James McAvoy (Xavier) i Michael Fassbender (Magneto). Podmiana Rebecci Romijn na Jennifer Lawrence ma się jak wymiana „Diablo II” na rosyjskie MMO, ale prawa rynku i młodzieżowe gusta rządzą się swoimi prawami. Świetnie wypada Nicholas Hoult jako młody Beast, a Hugh Jackman zalicza najlepszą rolę jako Wolverine. Całość jest zaś dokładnie tym, czego oczekiwali producenci, a czego nie chcieli twórcy pierwszych X-Menów. Rozrywkową bajeczką dla nastolatków. Trzeba przyznać, że w tej dziedzinie całkiem udaną. Pytanie tylko, czy po żałosnym „X-men: Geneza – Wolverine” każdy film nie jest dobry. Pytanie retoryczne. Ważne, że doceniono Michaela Fassbendera (dwie nagrody – od Stowarzyszenia krytyków filmowych w Los Angeles, LAFCA i nagrodę specjalną National Board of Review). Znamienne, że młodzi widzowie serwisu IMDB uznają tę odsłonę za jeden z najlepszych filmów w serii, podczas gdy przyniósł najmniejsze zyski z całej serii.

Miejsce wśród filmów – 7 miejsce

Wolverine – 1 miejsce.

The Wolverine (2013)

Budżet – 120 mln $

Zysk – 414 $

Kolejny film, który podzielił fanów i uświadomił wszystkim, że solowe filmy o Rosomaku przynoszą pecha. Za kamerą stanął James Mangold, facet, który stworzył „Copland”, „Przerwaną lekcję muzyki”, „Spacer po linie” i nową wersję „3:10 do Yumy”. Jak łatwo się domyślić, historię Wolverine’a postanowił opowiedzieć po swojemu, ale co ciekawe, odnosząc się do pierwszej serii komiksów o Loganie, gdzie ten szukał wewnętrznego poczucia sprawiedliwości podczas samotnej podróży do Japonii. Mangold, wraz ze scenarzystami Markiem Bombackiem i Scottem Frankiem postanowili wrócić do korzeni, nie tylko samego bohatera, ale i całej serii, stawiając na naturalizm. Tym samym, widzowie otrzymali opowieść o mężczyźnie uwikłanym w konflikt między potężną rodziną, a walczącą o wpływy Yakuzą. Sam Wolverine traci zaś swoją moc regeneracji, przez co wyniki starć nie są już tak oczywiste.

Twórcy położyli nacisk na nastrój, prezentując starannie plenery, a sceny walki nie były zbyt częste i minimalistyczne, wręcz jak w klasycznych filmach samurajskich. Idea realizmu przyświecała im tak bardzo, że gdy przyszło przedstawić pojawiającego się w finale zabójczego Srebrnego Samuraja, zamiast zaufać specom od efektów specjalnych, sami zbudowali czterometrowego robota. Dołożono wszelkich starań, by film był piękny od strony wizualnej, i możliwie jak najbardziej japoński w klimacie. I to się udało. Nie udało się, niestety, kupić fanów, bowiem sam oś fabularna okazała się bardzo niespójna i naciągana, a dla wielu widzów rozczarowało się mało efekciarską stroną wizualną i brakiem prawdziwie superbohaterskich walk (nie licząc finału). Dawka dramatu i romansu rozsierdziła innych. A niska kategoria wiekowa zrobiła swoje. I zamiast filmu dla wszystkich, jest to film dla nielicznych wybranych, którzy po prostu lubią kino w azjatyckich klimatach, szczególnie z tak dobrą obsadą: Tao Okamoto, Rila Fukushima, czy znany z „Ostatniego Samuraja” Hiroyuki Sanada. Nie zabrakło też Famke Janssen. Pechowy, niedoceniony przez fanów film. Zyski przyniósł ogromne i został wysoko oceniony przez krytykę. A jeśli chodzi o scenę między napisami, to już mistrzostwo.

Miejsce wśród filmów – 6 miejsce

Wolverine – 3 miejsce.

X-Men: Przeszłość, która nadejdzie (2014)

Budżet – 200 mln $

Zysk – 747 mln $

Młodzież polubiła „Pierwszą klasę”, „Wolverine” zarobił grube miliony, a najlepszym reżyserem cyklu był Bryan Singer, prawda? Więc połączmy to wszystko, najlepiej wymieszajmy stare z nowym, był taki komiks, w 1981, prawda? Niech się pomieszają płaszczyzny czasowe i koniecznie dajmy jakiegoś aktora z serialu, co jest na topie. Dzieciaki to lubią. I choć brzmi to jak przepis na sen wariata, to rzeczywiście się udało. Akcja rozpoczyna się kilkadziesiąt lat po „Ostatnim bastionie”, gdzie mutanci są dziesiątkowani przez upiorne maszyny. By je powstrzymać, Wolverine cofa się do roku 1973, a pomóc mu mają młodzi Xavier i Magneto. Trzeba przyznać, że jest tutaj wszystko co trzeba, plus Peter Dinklage znany jako Tyrion Lannister z „Gry o Tron”. Jest zabawnie, kampowo, kiedy to konieczne – dramatycznie. I choć nikt już nawet nie udaje, że „X-Meni” wrócą do poziomu z początku wieku, widać, że wciąż tkwi w tym cyklu potencjał. A liczby mówią same za siebie – tę ofertę przyjęli wszyscy. Scena po napisach obowiązkowa, choć i tak najlepsza dla fana będzie ta tuż po finale. Z kronikarskiego obowiązku wspominamy o nagrodach z młodzieżowych pism dla Jennifer Lawrence. Przypominamy też, że młoda aktorka ma już za sobą rolę w cyklu „Igrzyska śmierci”, co może nieco wyjaśnić. Ach, no i Quicksilver – najlepsza postać i najlepsza scena w filmie.

Miejsce wśród filmów – 4 miejsce

Wolverine – 4 miejsce

Deadpool (2016)

Budżet – 58 milionów $

Zysk – 783 miliony $

Długo to trwało, ale wreszcie postanowiono dać szansę najbardziej niegrzecznemu i całkowicie nieobliczalnemu anty-bohaterowi, jaki zadebiutował w serii o mutantach. Jego przynależność do „dobrych” i „złych” jest bardzo umowna. Po żałosnym występie w „X-men: Genezis Wolverine”, jego los zdawał się być przesądzony, a jednak odtwarzający go Ryan Reynolds uparł się i dopiął swego. Co więcej, scenarzyści Rheet Reese i Paul Wernick, do spółki z reżyserem Timem Millerem postanowili nie brać jeńców i zrealizowali czarną komedię w duchu oryginalnego komiksu, a przy okazji jawnie kpiącą z filmów o facetach w trykotach. Brak poprawności politycznej, wulgarny humor i bezwzględna brutalność. Wszystko to złożyło się na niesamowity sukces, liczne nagrody i zielone światło nie tylko dla kolejnego „Deadpoola”, ale i innych „X-Menów”, w tym (przede wszystkim) oczekiwanego krwawego „Logana”. Bezapelacyjnie najlepszy film uniwersum X-Men. Znamienne, że bez Wolverine’a. Choć nie całkiem.

Miejsce wśród filmów – 1 miejsce

Wolverine – ————–

X-Men: Apocalypse (2016)

Budżet: 178 mln $

Zysk – 543 mln $

Odmłodzona ekipa mutantów musi zmierzyć się z najstarszym z nich, kilkutysięcznym Apocalypse. Po co? Jaka jest motywacja tamtego? O co chodzi? Nieważne. Dla twórców. Bo niestety, w tym momencie zawiało nudą i autoparodią. Krótkie pojawienie się Wolverine’a jest tego ucieleśnieniem. Sophie Turner, czyli serialowa Sansa Stark nadaje się na młodą Jean Grey jak Opel na imitację Maybacha. Albo Katarzyna Cichopek na sobowtóra Moniki Belluci. Fenomenalna, ale jednocześnie totalnie przerysowana scena z Quicksilverem dopełnia reszty. Owszem, młodzi aktorzy radzą sobie świetnie, nawet Alexandra Shipp jako młodziutka Storm i Tye Sheridan jako młody Cyklops, ale w gruncie rzeczy o co chodzi? Problem nie tkwi w złożoności fabuły, tylko jej szczątkowości. Jest kolorowo, jest mnóstwo akcji, efekty specjalne biją po oczach, ale co z tego wynika? Nic. A biorąc pod uwagę, że na stołku reżysera znów siedział Singer można się czuć rozczarowanym. Film zarobił, nagród nie było, nastolatki w magazynach wszelakich ogłaszały uwielbienie dla młodych aktorów ze wskazaniem na Jennifer Lawrence.

Miejsce wśród filmów – 8 miejsce

Wolverine – 9 miejsce

Na koniec jeszcze jedna kwestia. „Logana” czeka bardzo trudne zadanie, szczególnie, że już „Wolverine’m” James Mangold pokazał, że woli po swojemu niż pod publiczkę. Trailery to potwierdzają. Ale powyższa wyliczanka pokazuje też, że każdy fan ma swoją opinię na temat każdego z tych filmów, ma też swoje oczekiwania wobec nowych produkcji. A przecież trailery do każdej z nich wyglądały obiecująco. Oby na obietnicach się nie skończyło.

Kategorie
Rankingi
Łukasz Radecki

Pisarz, nauczyciel, muzyk, redaktor, publicysta. Autor i współautor ponad dziesięciu zbiorów opowiadań m.in. „Kraina bez powrotu: Opowieści Niesamowite” (2009), „Lek na lęk” (2011), cyklu „Bóg Horror Ojczyzna” (2013), „Pradawne zło” (2014), „Horror klasy B” (2015), „Królestwo gore” (2017) oraz powieści „Miasteczko” (2015), „Zombie.pl” (2016), cykl „Nienasycony” (2017). Muzyk zespołów Acrybia, Damage Case i Wilcy. Pisał i recenzował w sieci i prasie. Szczęśliwy mąż, ojciec trójki dzieci.

Dodaj komentarz

REKLAMA
Instagram
  • Grudzień to miesiąc sprawiania sobie i innym małych przyjemności. "Armstrong"  jest właśnie jedną z nich. Cudna książeczka dla małych i dużych.

#książka #czytam #czytambolubie #bookporn #booklover #instabook #instaread #bookstagrampl #bookstagram #bookaddict #bookworm #reading #bibliophile #bookcommunity #booknerd #dladzieci #kosmos #wydawnictwoWilga
  • Niech Was nie zawiedzie ta słodycz. To prawdziwy, soczysty thriller. Tak, chodzi o książkę. 😊

#książka #czytam #czytambolubie #bookporn #booklover #instabook #instaread #bookstagram #bookaddict #bookworm #reading #bibliophile #bookcommunity #booknerd #bookstagrampl #zaczytanegiry
  • Jak tam u Was? Mikołaj już był? 😉🎅✨ #dredd #judgedredd #actionfigure #threea #2000AD #toys #prezenty #mikołajki #popkultura #komiksy #dystryktzero