Rankingi

U2 i inni – 7 oryginalnych sposobów na publikację płyty

W ten czwartek trzynasty studyjny album U2 magicznie – i bezpłatnie, oczywiście – pojawił się we wszystkich bibliotekach szczęśliwych posiadaczy programu iTunes. Jako, że wszelkie okienka informujące o aktualizacjach iTunes zamykam, tocząc pianę (pojawiają się zawsze wtedy, gdy robię coś nie cierpiącego zwłoki) najnowsze dzieło Edge’a i spółki musiałam sobie pobrać sama. 

 

Wielu użytkowników iTunesa wykazało się niewdzięcznością wobec tak łaskawego daru. Przez Twittera przemknęła fala komentarzy utrzymanych w tonie: „To JA decyduję o tym, co umieszczam w moim katalogu” lub też: „Dzięki, Apple. Weźcie sobie to barachło z powrotem.” Dla wielu spośród malkontentów pielęgnowana niczym trawnik przed rezydencją kolekcja wirtualnych dźwięków jest powodem do dumy. Poza tym póki co muzykę wybieramy sobie sami i w tym znaczna część frajdy obcowania z nią. Obawiam się jednak, iż trudno będzie przekonać Bono, że nie wszyscy mieszkańcy tej planety łakną kontaktu z jego twórczością. Oby kolejni mocarze popkultury nie poszli tą drogą.

 

U2 z pewnością pierwsze zakradło się pod nasze poduszki, gdy spaliśmy, ale nie jest pionierem w dziedzinie niekonwencjonalnych rozwiązań wydawniczych. Falujący niczym japońska podłoga podczas trzęsienia ziemi rynek muzyczny zmusza artystów, by wytężali mózgi także w tej dziedzinie.

 

Jak można wydać płytę w poprzek uświęconym prawidłom? Oto kilka ciekawszych przykładów z ostatniej dekady.

 

Radiohead, In Rainbows (2007)

 

Wielbiciele jednego z najsmutniejszych wokalistów na tej ziemi aż pięć lat czekali na następcę „Hail to the Thief”, płyty z 2003 roku. „In Rainbows” pojawiło się z głupia frant, poprzedzone jedynie niefrasobliwym wpisem na stronie zespołu. „Witajcie! Skończyliśmy właśnie pracować nad nowym albumem. Ukaże się za 10 dni” poinformował świat Johnny Greenwood, gitarzysta Radiohead. Zespół właśnie uwolnił się od zobowiązań kontraktowych wobec wytwórni Parlophone i Capitol. Moment wolności wykorzystał, by zrobić coś jak nikt przedtem. Miłośnicy Radiohead uzyskali dostęp do cyfrowej wersji „In Rainbows” za uiszczeniem opłaty w trybie „pay what you want”, czyli co łaska. Najzajadlejszy fan mógł dać upust swej hojności; okazjonalny ciekawski nie musiał płacić nawet centa. Ta straceńcza – zdawałoby się – strategia okazała się bardzo popłatna. Ponoć zespół zarobił na „in Rainbows” więcej, niż na jakiejkolwiek innej płycie. Zainteresowanie wydawnictwem było tak wielkie, że gdy tradycyjny krążek wszedł do sprzedaży rok później – zwieńczył listy bestsellerów po obu stronach Atlantyku.

Nine Inch Nails, Ghosts (2008)

 

Sukces Radiohead ośmielił starych wyjadaczy z branży. Wśród nich był świeżutko zwolniony z kontraktowej uwięzi Trent Reznor. Człowiek znany światu jako jednoosobowa ostoja projektu Nine inch Nails posunął się jeszcze dalej: wypuścił ukończony materiał do sieci całkiem bezpłatnie. A przynajmniej większą część tegoż. Za wydane w rok po „Year Zero” „Ghosts I-IV”, kolekcję 36 instrumentalnych utworów można było zapłacić różne sumy – w zależności od rodzaju nośnika i jakości, jaką chciało się otrzymać. Inicjatywa Reznora okazała się  takim sukcesem, że kolejny album „The Slip” udostępnił swym fanom za darmo. Tym razem bez żadnych kruczków.

Przy okazji wydania „Ghosts” zespół ogłosił także „festiwal filmowy NIN.” Fanów zachęcano do montowania własnych teledysków do kompozycji z „Ghosts”. Efekty można było podziwiać na stronie zespołu.

Prince, 20Ten (2010)

 

Czupurny książe popu znany jest ze swego konfliktowego usposobienia. Utarczki z wydawcami doprowadziły swego czasu do tego, iż na płytach zamiast swym pseudonimem podpisywał się per „Artysta Uprzednio Znany Jako Prince.” Nie przepada za internetem; zdarzyło mu się iść na udry ze stroną stworzoną przez fanów ku jego czci. W 2010 roku kapryśny wizjoner znalazł się na lodzie, jeśli idzie o wydawnicze medium. Poszedł po rozum do kunsztownie uczesanej głowy i „20Ten” wydał samodzielnie. Zaś dystrybuował go…za pomocą gazet. Tak jest: longplay Prince’a trafił pod strzechy razem z pieczołowicie dobranymi tytułami prasowymi (w gronie wybrańców znalazły się tytuły tak rózne, jak brytyjski tabloid „The Daily Mirror” oraz niemiecka edycja magazynu „Rolling Stone.”) Tą drogą rozprowadzono 2,5 miliona kopii. Niechęć Prince’a do internetowych nowinek pozostaje silna. „20Ten” po dziś dzień nie znalazło się w ofercie iTunes.

Madonna, MDMA (2012)

 

Niestarzejąca się, nieśmiertelna i (prawdopodobnie) kuloodporna Królowa Popu wpadła na pomysł. Nie oszukujmy się, to ktoś z jej tłumnego sztabu specjalistu wpadł, ale tak się mówi. Swoją dwunastą płytę „MDNA” uczyniła częścią pakietu zawierającego jeszcze bilet na koncert. W tym przypadku nie wszystko poszło tak świetnie jak zaplanowano. Gdy bilety na show Madonny się skończyły, sprzedaż albumu spadła na łeb, na szyję. Inna rzecz, że nie jest to najwyżej oceniana pozycja w dorobku Madonny.

Jay-Z, Magna Carta Holy Grail (2013)

 

Znany z głowy do interesów raper wyprzedził marketingowy manewr U2 niemal o rok. Swoim partnerem biznesowym uczynił jednak nie Apple, a Samsunga. Począwszy od 4 lipca, kiedy to świętuje się za oceanem niepodległość nabywcy telefonu w trzech modelach Galaxy mieli cały długi weekend, by pobrać nowe rymy Jaya Z za pomocą specjalnej aplikacji. Całkowicie za darmo. Tą drogą rozeszło się milion kopii albumu. Spóźnialscy musieli już płacić. Mimo takiej rozrzutności „Magna Charta…” w swojej płatnej wersji i tak zdobyło szczyt listy renomowanego magazynu Billboard.

Beyoncé, Beyoncé (2013)

 

Nazywana przez dziennikarzy Królową Be piosenkarka, prywatnie zaś żona Jaya-Z przebiła swego ślubnego.  Ma na koncie największe medialne trzęsienie ziemi od czasu przywołanego wyżej „In Rainbows.”

13 grudnia 2013 roku jej eponimiczny album znienacka pojawił się w sklepie iTunes. Bez konferencji prasowej, bez choćby słówka rzuconego w najeżoną ciekawskimi wirtualną przestrzeń. Wzmożenie wśród wielbicieli Bey zaiste możnaby mierzyć skalą Richtera. „Beyoncé” to solidna godzina muzyki, okraszona kompletem nakręconych w kinowej jakości teledysków. Odbiorcy docenili ten wysiłek. Album błyskawicznie wspiął się na szczyty list przebojów. Do dziś pozostaje najszybciej sprzedającym się wydawnictwem w historii iTunes.

Weird Al Yankovic, Mandatory Fun (2014)

 

Ostatni album króla inteligentnej parodii, o którym pisaliśmy  tu ukazał się w oprawie szczególnie pracochłonnej kampanii reklamowej. Począwszy od 14 lipca na Alowej stronie codziennie przez 8 dni można było obejrzeć nowy teledysk. Jak wiadomo, na Ala czeka się głównie z powodu tych teledysków. Premierowe „Tacky” (mrugnięcie w stronę Pharrella i jego „Happy”) opatrzono klipem, w którym przyodziany w pstre rurki Jack Black wypina ozdobioną torbą-nerką pupę do obiektywu. „Word Crimes”, błyskotliwie piętnujące niechlujną pisownię przeciętnego internauty zrobiło furorę. Poza tym wszyscy byliśmy chwilowo w odpowiednim nastroju, by – jak to ujmuje młodzież – podrzeć łacha z niejakiego Robina Thicke’a, autora hitu, który zainspirował Ala. Kolejne klipy sieć przyjęla już mniej entuzjastycznie. Summa summarum akcja się Alowi opłaciła. Po raz pierwszy w swej długiej karierze komik wylądował na szczycie list przebojów.

Kategorie
Rankingi
Nina Wum

Nina Wum – niedoszła absolwentka teatrologii. Recenzuje książki dla wydawnictw, czasem tłumaczy. Kocha kulturę tzw. masową miłością namiętną i nierozsądną. Czyta, słucha, łupie w gry, ogląda, przetwarza – niekoniecznie w tej kolejności.

Dodaj komentarz