Rankingi

Survival horrory – najstraszniejsze ze strasznych

Nie tak znowu dawno zapowiedziano, że „Silent Hills”, najnowszą odsłonę znanego cyklu survival horrorów przyjął pod swe skrzydła Hideo Kojima, ojciec kultowego „Metal Gear Solid”. Zakręcona filmowa wyobraźnia i wyczucie Japończyka w połączeniu z bogatym mrocznym uniwersum może zaowocować najlepszym przedstawicielem gatunku od lat. Zanim to nastąpi, może minąć jeszcze spory kawałek czasu. Przyjrzyjmy się więc pozycjom grozy, które mogą skrócić okres oczekiwania na powrót króla.

Silent Hill (cała seria)

Ten ranking nie mógł zacząć się inaczej. Choć ostatnio marka podupadła, to pierwsze trzy części stanowią niedościgniony wzór w konwencji survival horroru – zwłaszcza pamiętna „dwójka”. W pierwszym dziesięcioleciu nowego millenium seria rozsiadała się wygodnie na tronie i nikomu nawet przez myśl nie przeszło poważyć się na tę pozycję. Silent Hill przyprawiało o zawał, a w recenzjach mnożyły się żarty o masowym wykupowaniu pampersów dla dorosłych. Jeśli zjedliście zęby na filmach/powieściach grozy i nie wierzycie, że coś może Was jeszcze przerazić – zagrajcie w którąś z tych gier. Będziecie się bać – o siebie, o Waszą postać, o bohaterów niezależnych. Zresztą, oni też potrafią wzbudzić silny niepokój. Latarka i rewolwer okażą się dobrymi przyjaciółmi. Prawie tak dobrymi, jak ucieczka w popłochu. Na niesamowity klimat grozy wpłynęło połączenie japońskich akcentów z dusznym klimatem małego amerykańskiego miasteczka. I Piramidogłowy. Potwór, który będzie Wam się śnił po nocach. Strach, to jednak nie wszystko, co znajdziecie w tym niepozornym miasteczku, które po zmroku zmienia się w przedsionek piekła. Tym, co naprawdę napędza grę, są poruszające, chwytające za gardło historie ludzi, którymi kierujemy. Pod tym względem absolutne mistrzostwo osiągnęło Silent Hill 2, jednak pozostałe części nie zostają daleko w tyle.

 

Alone in the Dark (cała seria)

Nim „Silent Hill” zawładnęło wyobraźnią miłośników wirtualnej grozy, panowała inna seria – „Alone in the Dark”. Przygody Edwarda Carnby’ego, zgorzkniałego prywatnego detektywa stanowią podwaliny pod współczesny obraz survival horroru. Bardzo zasłużone gry, ich dobra passa trwała przez cztery części (do wydanego w 2001 roku „Alone in the Dark: The New Nightmare”). O ile wymienione wcześniej dzieło Japończyków reprezentuje nowoczesne podejście, naznaczone, jakżeby inaczej, akcentami azjatyckimi, o tyle dziecko Infrogames reprezentuje bardziej klasyczne metody straszenia. Mamy samotnego bohatera w obliczu pierwotnej grozy, jest to jednak twardy i bezwzględny typ dobrze obeznany z bronią. Poruszamy się po nawiedzonych dworzyszczach (np. Wyspa Cieni z „The New Nightmare”) przywodzących na myśl gotyckie opowieści grozy i klasyczne wiktoriańskie horrory. Dekoracje trącą myszką i nie straszą już tak jak dawniej, w dodatku grafika się zestarzała, ale to wciąż porządne gry, którym nie można odmówić klimatu ani mrocznego uroku.

W 2008 roku podjęto próbę reaktywacji serii (a w 2005 – próbę ekranizacji; brał się za to UweBoll, więc… resztę sobie dopowiedzcie). Piąte „Alone in the Dark” spotkało się jednak z chłodnym przyjęciem ze strony graczy i krytyków. Położono zarówno stronę techniczną – sterowanie, pracę kamery – jak i klimat. Gra praktycznie w ogóle nie straszyła, choć z drugiej strony wskazywano na sporą ilość ciekawych rozwiązań. Kto wie, może któregoś dnia Edward Carnby powróci w swej posępnej chwale.

Resident Evil (cała seria)

Kolejna seria, która pomogła ukonstytuować gatunek horroru. Z trzech dotąd wymienionych najmniej straszna, w którymś momencie zmieniła się w porządną, dynamiczną strzelaninę z zombie w tle. Niemniej, swoje miejsce w historii gier posiada na wieki wieków. Fabuła większości gier kręci się wokół oddziału specjalnego S.T.A.R.S., skierowanego do opanowanej przez zombie-wirusa Raccoon City. Rozgrywka polega na walce z truposzami i rozwiązywaniu zagadek. Model ten sprawdza się do dziś. Obszerna rodzina gier, której główni przedstawiciele byli ze sobą dosyć ściśle powiązani historią, jeśli akurat nie graliśmy kimś z oddziału, to i tak wszystko zostawało w rodzinie – do akcji wkraczała np. siostra bohatera z poprzedniej części. Seria miała swoje wzloty i upadki, lecz wciąż posiada oddane grono fanów na całym świecie. Doczekała się też kilku ekranizacji efekciarskich z Milą Jovovich w roli głównej.

Alien vs Predator 2

Ani oślizgły xenomorph, ani kosmiczny łowca głów nie straszyli mnie w najmniejszym stopniu. Do momentu, w którym nie zagrałem w Alien vs. Predator 2. Pozostałe części jak pozostałe części, ale dwójka odpalana w środku nocy ze słuchawkami na uszach zapewniała niezapomniane doznania. Jako Predator czuliśmy potęgę myśliwego. Jako Obcy poddawaliśmy się zwierzęcemu instynktowi i unikaliśmy zagrożenia ze strony myśliwego. Prawdziwa jazda zaczynała się, gdy wchodziliśmy w rolę rzuconego na obcą planetę komandosa. Nasi towarzysze padali jak muchy, a my byliśmy następni w menu obiadowym Obcego. Mogliśmy zginąć na każdym kroku. Serce nie raz i nie dwa waliło graczom jak młot pneumatyczny podczas rozgrywki. Poczucie zagrożenia potęgowała znakomita warstwa dźwiękowa i fakt, że akcję obserwowaliśmy z perspektywy pierwszej osoby. Wszystko w dusznej, klaustrofobicznej atmosferze, przyprawionej poczuciem wyobcowania. Jeśli dodać do tego znakomitą jak na 2002 rok oprawę graficzną, niezły scenariusz i emocjonujący multiplayer – otrzymujemy hit, którego żadna inna próba zmierzenia się z tematem jak dotąd nie pobiła. Trochę szkoda, ale cóż – poprzeczka ustawiona jest wysoko.

F.E.A.R.

Cykl mrocznych strzelanin narobił swego czasu szumu, a w wyobraźni graczy utrwalił się wizerunek maskotki tytułu – mrocznej dziewczynki Almy, wokół której kręci się większość tajemnic fabuły. Dziecko wyglądało jak wyciągnięte żywcem z dowolnego japońskiego horroru, „Shutter”, „Klątwa”, „The Ring”, wybierzcie sobie. Na grę polecieli więc nie tylko miłośnicy mrocznych strzelanin, ale też fanatycy azjatyckiego kina grozy. Zagwarantowało to olbrzymi sukces – zasłużony. Gra naprawdę wciągała, zarówno od strony fabularnej, jak i gameplayowej. Dynamiczna, wymagająca akcja i ponura historia zapewniły mieszankę wybuchową. Na fali sukcesu powstały kolejne dodatki i dwie pełnoprawne kontynuacje. Następne części nie wnosiły takiego powiewu świeżości, ani nie przerażały w równym stopniu, jednak wciąż zapewniały soczystą rozgrywkę. Lada moment gracze będą mogli sprawdzić się w testowanym obecnie „F.E.A.R. Online”.

System Shock 2

Jedna z pierwszych gier łączących elementy FPSa i gry fabularnej, naprawdę rewolucyjna pozycja. Wszystko to podane w konwencji wymieszanego z cyberpunkiem horroru sf. W starciu ze złowrogą sztuczną inteligencją o nazwie SHODAN mogliśmy skorzystać z szerokiego wachlarza możliwości – broni palnej, zdolności hakerskich i mocy parapsychicznych. Nad wszystkim dominował jednak nastrój zagrożenia, mrok ogarniający duszne zakamarki stacji kosmicznej i atmosfera samotnej, beznadziejnej walki o przetrwanie. Poczucie ciągłego niebezpieczeństwa potęgował też fakt, że dysponowaliśmy ograniczonymi zasobami środków medycznych i  amunicji. Gra zestarzała się co najwyżej pod względem wizualnym, ale i na to znalazło się remedium w postaci fanowskich modów. Cała reszta to wciąż pierwsza liga i pokłady megagrywalności. Jeśli ktoś zna grę na wylot i ciągle mu mało, zawsze może sięgnąć po naprawdę przyzwoity cykl „Dead Space”. Łudząco przypomina drugiego „System Shocka”.

The Thing

Udana, choć nie idealna próba przeniesienia pamiętnego horroru Carpentera na ekrany komputerów. Gra szwankowała pod względem technicznym, jednak świetnie odtwarzała klimat filmu. W komputerowym „The Thing” wcielamy się kapitana Blake’a, przedstawiciela amerykańskiej armii i bierzemy udział w wydarzeniach mających miejsce niedługo po akcji kinowego pierwowzoru. Znamy to. Znowu trafiamy na odciętą od świata stację badawczą, po której grasuje obcy. Stwór może opanowywać kolejnych członków naszego oddziału. Gra dosyć umiejętnie wykorzystywała nietypowy system kontroli zaufania i strachu, bazujący na badaniach, którym możemy poddać podkomendnych. Wszystko to przekładało się na dojmujący klimat niepewności i odosobnienia, tak potrzebny, by odtworzyć atmosferę filmu Carpentera.

Call of Cthulhu: Dark Corners of the Earth

Prędzej czy później musiała powstać gra bazująca bezpośrednio na twórczości Lovecrafta. To było nieuniknione.Kultura grozy zbyt wiele zawdzięcza człowiekowi, który wymyślił Cthulhu. Podejmowano kilka prób, ale przeszły bez większego echa. Naprawdę udaną pozycją okazało się za to powstające w bólach „Call of Cthulhu: Dark Corners of the Earth”. Morderczy proces produkcyjny zaowocował porządnym, mrocznym survival horrorem obserwowanym z perspektywy pierwszej osoby. Bierzemy udział w wydarzeniach dziejących się przed fabułą noweli „Widmo nad Innsmouth”. Jako niezrównoważony psychicznie detektyw Jack Walters prowadzimy sprawę zaginięcia, która kieruje nas prosto w objęcia mrocznego miasteczka z noweli Lovecrafta. Opowieść dobrze uchwyciła Lovecraftowską grozę, szaleństwo i niedopowiedzenia. Dzięki temu do końca nie wiemy, co jest prawdą, a co nie. Choć możemy korzystać z broni, częściej będziemy unikać rozlewu krwi. Twórcy zrezygnowali zresztą z typowych tabelek i statystyk – na ekranie nie widzimy żadnych cyferek informujących o stanie bohatera. Jesteśmy zdani tylko na własne oko i wyczucie. A musimy stanąć naprzeciw niewyobrażalnej, pradawnej grozy i własnego obłędu.

Alan Wake

Znakomita pozycja od RemedyStudios, autorów słynnego „MaxaPayne’a” i kontynuacji. Jeśli szukaliście czegoś, co wypełni dziurę powstałą w sercu po zakończeniu „X files” i przede wszystkim „TwinPeaks” – to trafiliście we właściwe miejsce. Coś dla siebie znajdą tutaj też miłośnicy Kinga i Lovecrafta. Gra może nie przeraża na śmierć, ale zniewala klimatem i wciąga w historię niczym dobry serial z gatunku mistery. Fabułę podzielono zresztą na epizody, co tylko podkreśla konwencję, po której się poruszamy. W grze wcielamy się w tytułowego pisarza, któremu tajemnicza siła uprowadziła ukochaną. Po drodze poznajemy tajemnice prowincjonalnego miasteczka BrightFalls. Niemal do końca nie wiemy, co jest ułudą, a co prawdą. „Alan Wake” płynnie przechodzi od mrocznego, przytłaczającego klimatu wędrówki przez amerykańską prowincję i walki z opętanymi do odjazdowych, przesyconych czarnym humorem momentów. W trakcie zwiedzania okolicy natkniemy się też na masę smaczków i nawiązań do popkultury. Gra doczekała się spin-offa „Alan Wake’s American Nightmare”, który nie był aż tak dobry jak poprzednik – i nie tak długi. Dlatego też czekam na pełnoprawny sezon drugi.

 

The Devil Inside

Na koniec nieco inne podejście do gatunku, wyciągnięte z przełomu wieków. Gra z czasów, kiedy seria „Diablo” była uważana za mroczną. Wzbudziła trwogę i kontrowersje nawet w sercach reporterów TVNu. Przed Państwem jedyny w swoim rodzaju show. „Devil Inside” to połączenie dynamicznego survival horroru z satyrą na medialną rzeczywistość kształtowaną przez reality show. Wcielamy się w byłego policjanta, rudowłosego Dave’a (lub jego demoniczne, kobiece alter ego, sukkuba Devę), który najwraźniej pozazdrościł fryzury Vegecie z Dragon Balla. Uzbrojony w wielką spluwę, popularność i cięty humor gliniarz przemierza rozległą, porzuconą rezydencję, w której skrył się zbiegły z piekła morderca. Po drodze zmierzy się z rozmaitymi maszkaronami, zombiakami i demonami, a każdą jego akcję ocenią widzowie i wodzirej o wdzięcznej ksywce „Kuba Rozpruwacz”. W scenariuszu maczał palce Hubert Chardot, współtwórca „Alone in the Dark”. Warto sprawdzić tę pozycję, jeśli tylko nie odstrasza Was archaiczna, boleśnie kanciasta grafika.

Kategorie
Rankingi
Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który potrafi płynnie przejść od słodkiego lenistwa do nadaktywności – i z powrotem. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, rozmaitych hobby, a czasem nawet w otchłań studiów. Publikował, w „Science Fiction Fantasy i Horror”, „LiteRacjach” oraz w portalach internetowych – GRY-Online, Kawernie, Szortalu, Onecie. Od 2014 regularnie pisuje do Dzikiej Bandy.

Dodaj komentarz