Rankingi

Subiektywny Top 10 piosenek Chrisa Cornella

Dziś rano do wszystkich trafiła smutna wiadomość o śmierci Chrisa Cornella. Na pewno w ciągu najbliższych godzin poznamy przyczyny tego tragicznego wydarzenia… My wiemy jedno. Mieliśmy do czynienia z cholernie utalentowanym wokalistą.

10. Chris Cornell – ”You Know My Name”

Nigdy nie byłem wielkim fanem przygód Jamesa Bonda. Po ”Casino Royale” wszystko się zmieniło. Podobał mi się Aston Martin, z przyjemnością – mimo sporej krytyki – wysłuchałem kawałka ”You Know My Name” oraz zakochałem się w Evie Green. Przyjmijmy jednak, że Bonda polubiłem dzięki Cornellowi.

9. Chris Cornell – ”Billie Jean”

Nawet tak dobry tekściarz jak Cornell sięgał po utwory innych wielkich. Dobrze zrobił.

8. Audioslave – ”Original Fire”

Kiedy słyszę określenie supergrupa w mojej głowie zapala się ostrzegawcza lampka. Wiele było przypadków, kiedy kilku ważnych muzyków połączyło siły i nagrało ciężkostrawny materiał. Z zespołem Audioslave nie było źle. Cornell oraz trio z Rage Against The Machine stworzyło kilka niezłych piosenek. Przez ”Original Fire” wylądowałem kiedyś w gabinecie dyrektorki. Utwór miałem ustawiony jako dzwonek w telefonie. Pech chciał, że moja stara Nokia zadzwoniła podczas apelu. Może dyrektora wolała Stachursky’ego.

7. Chris Cornell – ”I’m the Highway”

Chris Cornell miał kawał głosu, który przebijał się przez dźwięki głośnych gitar i dudniących perkusji, ale przyznaję się, że bardzo często zaglądałem do jego akustycznych materiałów. Lider Soundgarden nigdy nie był wybitnym gitarzystą i momentami to słychać… Tylko po co się czepiać?

6. Soundgarden – ”Head Down”

Utwór „Head Down” autorstwa basisty Bena Shepherda to mały cud świata. Kawałek ma niezwykle niepokojący, psychodeliczny i chory klimat. Wokal Chrisa przedziera się do naszego umysłu.
We hear you cry/ We hear you wail/ We steal that smile from your face. Trochę creepy.

5. Soundgarden – ”Jesus Christ Pose”

Apokaliptyczny klimat, momentami histeryczny zaśpiew Chrisa Cornella i genialny klip! Poziom popieprzenia teledysku porównywalny do ”Heart-Shaped Box” Nirvany. PS: Po licznych skargach, stacja MTV ze względu na obraz ukrzyżowanej kobiety musiała zdjąć materiał. Szkoda.

4. Temple Of The Dog – ”Hunger Strike”

W połowie lat 80-tych Seattle było jedną wielką czarną dziurą. Zimna wojna powoli dogorywała, młodzi ludzie nie mieli większych perspektyw i w wolnych chwilach szlajali się bez celu niczym współcześni hipsterzy pod warszawskim Planem B. Na szczęście młodzież z Seattle zamiast udawać jak być fajnym za kasę rodziców, chwyciła za gitary. Jedną z pierwszych ikon tamtego okresu nie był Kurt Cobain lecz Andrew Wood z Mother Love Bone, który przedawkował narkotyki. Wieść o śmierci Andrew rozeszła się po Seattle bardzo szybko. Jego kumpel Chris Cornell w hołdzie postanowił nagrać jedną z najlepszych płyt w historii muzyki rockowej. Do współpracy zaprosił m.in. debiutującego Eddiego Veddera. Wyszło zgrabnie.

3. Temple Of The Dog – ”Call Me a Dog”

Mój ulubiony numer z całej płyty Temple Of The Dog. Wyciskacz łez opowiadający o przyjaźni na linii Chris Cornell – Andrew Wood. But when it’s my time/ To throw the next stone/ I’ll call you beautiful/ If I call at all/ You call me a dog. Koniecznie do odsłuchania w wersji akustycznej!

2. Soundgarden – ”Fell On Black Days”

”Superunknown” jest stanowczo zbyt długi i po latach to podtrzymuję. Kilka numerów bez większego płaczu można było sobie darować. Nie chce być jednak marudą, dlatego mimo ponad 70 minut muzyki znajdziemy tam istne perełki. Kawałek ”Fell On Black Days” wywołuje we mnie gniew i smutek. Piękna prosta ballada, która równie dobrze mogłaby znaleźć się na krążku Pearl Jam.

1. Chris Cornell – „Seasons”

”Samotnicy” Camerona Crowe’a z 1992 roku to komedia romantyczna, która nie wniosła do kina niczego odkrywczego. Mamy tu grupkę smutnych, borykających się z problemami sercowymi ludzi. Wszyscy mają po dwadzieścia kilka lat, wielkie plany, ambicje, które z mniejszym bądź większym trudem wcielają w życie. Ogólnie scenariusz wydaje się nudny jak nasze rodzime produkcje z Maciejem Zakościelnym, ale film wciąga! Cała akcja dzieje się w Seattle, a co chwilę widzimy bądź słyszymy grunge’owe zespoły. Pamiętam, że pierwszy raz obejrzałem to dzieło z wypiekami na twarzy kiedy chodziłem jeszcze do szkoły podstawowej, natomiast kilka miesięcy później pod choinką znalazłem płytę ze ścieżką dźwiękową oraz flanelową koszulę. Do dziś nie dostałem lepszego prezentu.

Kategorie
Rankingi
Mariusz Stelmaszczyk

Dziennikarz radiowy. Przez ponad trzy lata współtworzył program i podręcznik dla prawdziwych muzycznych buntowników (Leksykon Buntowników). Prywatnie miłośnik flanelowych koszul, trampek, rozczochranych włosów i piłki nożnej w angielskim wydaniu. Wolne chwile spędza z Charlotte Gainsbourg, Jimem Jarmuschem oraz Tomem Waitsem. Od kilku lat dzieli się ze słuchaczami legendami i anegdotami ze świata popkultury na antenie Radia Roxy, a następnie Rock Radia.

Dodaj komentarz