Rankingi

Siedem arcydzieł kina, o których nikt nie pamięta

Były nominowane do Oscarów, pisano, że zmienią historię kina. Dziś mało kto jednak o nich pamięta. Przypominamy siedem wybitnych filmów, które, mimo sowich lat, zupełnie się nie zestarzały. Więcej – są lepsze od wielu nowych odpowiedników.

Medium Cool, reż. Haskell Wexler

W 1969 roku ten film okrzyknięto arcydziełem i jednym z najważniejszych filmów o prawdziwym obliczu dziennikarstwa. Dziś w 2017 roku o „Medium Cool” pamiętają tylko historycy. A szkoda. Bo dzieło Wexlera to wciąż jeden z najlepszych filmów o dziennikarstwie. Jego bohaterem jest operator, który poluje na najlepsze ujęcia do wiadomości. W tle mamy szalejące protesty i obyczajową kontrrewolucję. W postać głównego bohatera wciela się Robert Forster i jest to jedna z jego najlepszych ról. Samo „Medium Cool” mimo lat jakie minęły od jego powstania, to wciąż kawał znakomitego kina. Wstrząsającego, mocnego i przewidującego przyszłość. Wexler bowiem uchwycił w swoim filmie moment, w którym dziennikarstwo zamieniło się w szambo. I tak jest do dziś. A taki „Wolny strzelec” to nic innego, jak remake „Medium Cool”. Tyle że gorszy.  

Joe, reż. John G. Avildsen

Dramat, który zamienia się w horror i rola życia Petera Boyle’a. „Joe” zaczyna się jak obyczajowa opowieść o konflikcie pokoleniowym. Bill i Joan to bogate małżeństwo mieszkające w ekskluzywnej dzielnicy w Nowym Jorku. Ich życie byłoby idealne, gdyby nie nastoletnia córka – Melissa. Żyjąca w hippisowskiej komunie dziewczyna prowadzi życie, które jest zaprzeczeniem wszystkiego co prezentują sobą rodzice. I wtedy jej ojciec poznaje Joe. Kiedy Melissa przedawkuje, Bill zacznie nienawidzić hippisów. A Joe podobno kiedyś jednego zabił… I tak skromny obyczajowy dramat zamienia się w opowieść o żądzy mordu. Peter Boyle, ponoć miał być tak wstrząśnięty ładunkiem przemocy zawartym w „Joe”, że do końca życia nie zagrał już postaci skorej do przemocy. Wielkie kino. Wybitne. I zapomniane.  

Fat City, reż. John Huston

Ten film miał być triumfalnym powrotem do kina wielkiego reżysera. I był. Ale tylko od strony artystycznej. „Fat City” zachwyca powolną narracją, kreacjami aktorskimi (kapitalny młody Jeff Bridges i Stacy Keach) i panującą w nim atmosferą fatalizmu. Niestety – widzowie nie rzucili się do kin. A szkoda. Bo dziś cieszyłby się statusem filmu kultowego, a nie zapomnianego.

Images, reż. Robert Altman

Robert Altman i kino grozy? Owszem, tak. „Images” to mroczny psychologiczny horror, opowiadający historię powoli tracącej zmysły młodej pisarki. Nic nie jest tym, czym się jej wydawało, a od obłędu dzieli ją cienka czerwona linia. Czy raczej dzieliła. „Images” to popis aktorskich możliwości Susannah York, niezwykłego zmysłu operatorskiego Vilmosa Zsigmonda, ale przede wszystkim talentu narracyjnego Altmana, który prostą opowieść o obłędzie zamienił w uniwersalną przypowieść.

Looking for Mr Goodbar, reż. Richard Brooks

O ile większość ludzi kojarzy zabójstwa dokonane przez gang Mansona, tak o smutnej i samotnej śmierci Roseann Quinn pamięta niewielu. A kto wie czy to nie zabójstwo samotnej nauczycielki, było tym, które definitywnie przypieczętowało koniec epoki hippisowskiej. Quinn została zamordowana we własnym mieszkaniu, przez mężczyznę, którego zaprosiła do domu. Powód? Seks. Impotencja. Samotność. Smutek. Quinn podrywała mężczyzn w barach, bo wierzyła, że miłość może być wolna i ma prawo do robienia ze swoim ciałem, co tylko chce. Jej kochanek miał inne zdanie na ten temat. Film Brooksa jest rekonstrukcją ostatnich dni z życia Roseann. Opowieścią jak radość próbuje maskować samotność. Jak wolność, jest tylko krzykiem za czułością. I tym jak w życie normalnej dziewczyny trafia człowiek, który postawia je zakończyć. Rewelacyjny film. I wciąż przerażająco aktualny.     

Niebieskie kołnierzyki, reż. Paul Schrader

Podczas kręcenia „Taksówkarza” Paul Schrader przeżył nerwowe załamanie. Kiedy zastanawiał się nad tym czy nie rzucić zawodu scenarzysty, jego brat podsunął mu do przeczytania tekst o związkach zawodowych. Tak narodził się jeden z najważniejszych filmów lat 70., porażająca autentyzmem i surowością opowieść o tym jak władza zmienia zwyczajnych ludzi w potwory i tym jak trudno potem powrócić do normalności. „Niebieskie kołnierzyki” to aktorski popis Harvey’a Keitela i Richarda Pryora. Tak, tego komika. Tu pokazał oblicze wybitnego aktora dramatycznego. Wstyd o tym filmie nie pamiętać.

Śmiechu warte, reż. Peter Bogdanovich

Cudowne dziecko Hollywood w swoim ostatnim dobry filmie. W każdym razie ostatnim przed bardzo długą przerwą. „Śmiechu warte” to komedia balansująca na pograniczu metafilmu, zabawy gatunkami i samą konstrukcją filmu. Ale przede wszystkim – to opowieść o uczuciach. O różnych obliczach miłości. Podobne motywy i patenty realizacyjne twórca „Ostatniego seansu filmowego” powtórzy potem w „Dziewczynie grzechu wartej”, ale to „Śmiechu warte” jest dziełem uniwersalnym i niestarzejącym się. Tyle, że uniwersalnie także zapomnianym.

Kategorie
Rankingi
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz