Rankingi

Remigiusz Mróz: dziesięć powieści mojego życia

Nie będzie Kraszewskiego, choć podobno ścigam się z nim w liczbie wydanych książek. Nie będzie Mickiewicza, bo nie ma Miłosza (i nie tylko jego, jeśli chodzi o kanon lektur). Ze względu na zboczenie zawodowe będą za to przede wszystkim pozycje, które w mniejszym lub większym stopniu wpłynęły na mój warsztat – i na to, jak zapatruję się na literaturę gatunkową.

A zatem zacznę od tej niegatunkowej.

 

Traktat o łuskaniu fasoli, Wiesław Myśliwski

Tytuł sprawia, że wielu czytelników patrzy podejrzliwie na niepozorną, choć ukoronowaną Nike powieść, która moim zdaniem stanowi największą perłę współczesnej polskiej prozy. Jest literacko idealna, bo narracyjnie oszczędna, jak wszystkie książki mistrza. Do refleksji skłania właściwie co drugie zdanie, zarazem jednak książka nie nagabuje nachalnie do zadumy – przeciwnie, jeśli chcemy zatopić się w opowieści po czubek głowy, nic nie stoi temu na przeszkodzie. I właśnie z tego względu Traktat… wydaje mi się powieścią perfekcyjną zarówno pod względem formy, jak i treści.

O pisaniu. Pamiętnik rzemieślnika, Stephen King

Tę książkę czytałem na różne sposoby. Kilka razy w dwóch tłumaczeniach, parokrotnie w oryginale, a oprócz tego często wracam do audiobooka czytanego przez samego Kinga (i ta ostatnia forma jest chyba najciekawsza). W Pamiętniku rzemieślnika jest tak naprawdę wszystko, czego potrzebuje początkujący pisarz, by przestać dryfować po nieznanych wodach i obrać właściwy kurs. W dodatku chyba nikt nie mówi o pisaniu tak, jak robi to Stephen King. Czasem mam nawet wrażenie, że kiedy w innych pozycjach opisuje tworzenie obrazów, granie na gitarze czy grzebanie w silniku starego amerykańskiego gruchota, tak naprawdę przekazuje to, co sam czuje podczas tworzenia powieści.

Millennium, Stieg Larsson

Gdybym miał wskazać jedną książkę, przez którą sam zacząłem pisać, wybór pewnie padłby na tę. To, co robił Larsson, zasadniczo stało w sprzeczności ze wszystkim, czego uczy Stephen King. Ten drugi zresztą wypowiadając się na temat Millennium, nie szczędzi nigdy gorzkich słów. W obydwu przypadkach widać jednak jak na dłoni, że autorzy topią się w snutych przez siebie historiach – i bynajmniej nie szukają kół ratunkowych. A towarzyszy im, rzecz jasna z uśmiechem na ustach, czytelnik.

Więzień urodzenia, Jeffrey Archer

Archer niejednokrotnie podkreślał, że podczas pisania nie ma pojęcia, co wydarzy się na kolejnej stronie, nie wspominając już o finale opowieści. Można by w to powątpiewać, gdyby nie to, że w trakcie lektury rzeczywiście odnosi się wrażenie, jakby nie tylko czytelnik był zaskakiwany nagłymi zwrotami akcji, ale i sam autor. Więzień urodzenia to książka-magnes, która sprawiła, że przywarłem do niej na długie godziny i za nic w świecie nie mogłem jej odłożyć. A to właśnie takie lektury sprawiają, że po latach samemu chce się wywoływać podobne przypadłości u innych.

Obiektywnie rzecz biorąc, historia jest nieskomplikowana, narracja mało finezyjna, ale im głębiej w las, tym serce bije szybciej. I o to chodzi.

Dallas 63, Stephen King

Nie jest to Bastion, nie jest to Mroczna Wieża, To ani Lśnienie. A jednak właśnie Dallas 63 jest moją ulubioną powieścią Kinga. Może wynika to z faktu, że uwielbiam go w narracji pierwszoosobowej. A może przeważyło to, że nie bez powodu sam autor uważa się za beznadziejnego romantyka – i że opisywanie wątków damsko-męskich jest w jego wykonaniu majstersztykiem. A może ostatecznie zwyciężył inny atut tej książki, a mianowicie to, w jaki sposób King kreśli amerykańskie lata sześćdziesiąte, niemal tłocząc nam w nozdrza zapachy z teksańskich knajp. Jakkolwiek by było, przepadłem w tej książce zupełnie – i jest jedną z niewielu, którą czytałem więcej niż raz.

Apelacja, John Grisham

W tym wypadku jest podobnie, jak z Dallas 63 i Kingiem. Apelacja nie pojawia się na szczytach zestawień książek Grishama – zazwyczaj wyprzedzają ją Czas zabijania, Firma, Raport Pelikana czy Zaklinacz deszczu. I pewnie jest to całkowicie uzasadnione. W moim subiektywnym rankingu zajmuje jednak pierwsze miejsce z jednego prostego powodu – zabrałem kiedyś tę książkę na wakacje, wychodząc z założenia, że poczytam na plaży albo przed snem. Skończyło się na tym, że stała się gwoździem programu, a ja nie chciałem robić nic innego, jak tylko czytać.

Lot Ćmy, Ken Follett

Jedna z powieści, które złożyły się na moje niegdysiejsze, dwutygodniowe wakacje książkowe. Byłem wtedy w gimnazjum, na kilka dni musiałem oddać peceta do serwisu – efekt był taki, że kiedy komputer wrócił, ja byłem w innym świecie. Czternaście dni, czternaście książek, codziennie poranne wizyty w pierwszym opolskim empiku. Żyłem w świecie Folletta, Cobena, Koontza, Harrisa i Grangégo. Lot Ćmy natomiast był jedną z tych pozycji, która utwierdziła mnie w dwóch przekonaniach. Po pierwsze, że uwielbiam brytyjskich pisarzy. Po drugie, że uwielbiam powieści historyczne.

Czerwone gardło, Jo Nesbø

O uwielbieniu dla Skandynawów przekonał mnie wprawdzie Larsson, ale to Nesbø sprawił, że nikt nie może strącić ich z piedestału. Czerwone gardło było pierwszą powieścią z Harrym Hole, jaką przeczytałem – i od razu wiedziałem, że to będzie dłuższa znajomość. Zbrodnia, drugowojenna historia, a w dodatku trochę polityki. Właściwie nic więcej do szczęścia nie było mi potrzebne.

Ostatnie królestwo, Bernard Cornwell

Niewiele książek wyrwało mnie z rzeczywistości tak brutalnie, jak zrobił to pierwszy tom Wojen wikingów. Cornwell snuje w nim historię swojego protagonisty od czasów jego dzieciństwa, ale nie uświadczymy tu mozolnego budowania backstory lub zabiegów rodem z YA. Od razu jest tak, jak powinno – surowo, bezkompromisowo, po wikińsku. I aż do ostatniego tomu strony przewracają się same. Dodatkowym atutem jest fakt, że na pokładzie tej łajby jest Artur Szrejter – wprawdzie tylko jako redaktor, ale widać, że nieraz porządnie zakręcił sterem.

Na koniec przydałby się jakiś Plastusiowy pamiętnik lub coś innego z dzieciństwa, więc wybór może być tylko jeden – Nowe przygody Trzech Detektywów. Seria sygnowana nazwiskiem Hitchcocka sprawiła, że w podstawówce zdecydowałem się na najbardziej wyświechtaną metodę nerdowskiego buntu – czytałem nocami z latarką, pod kołdrą, żeby rodzice nie widzieli, że urzęduję długo po porze snu. Ryzyko towarzyszyło temu niemałe, balansowałem na niebezpiecznej krawędzi. Ale było warto.

Kategorie
Rankingi

Dodaj komentarz