Universal Music
Rankingi

Metallica – płyta po płycie

Metallica dokonała tego, czego nie udało się nikomu innemu. Realizując mit od pucybuta do milionera stała się jedną z największych grup w historii rocka mimo iż zaczynali od zapijaczonego i tryskającego młodzieńczymi pryszczami thrash metalu. Stanowią też fenomen światowy, bowiem choć ostatnie cenione płyty wydali ponad trzydzieści lat temu, każda kolejna jest oczekiwana z niecierpliwością godną największych dzieł. Oto kredyt zaufania, jakiego nie ma żaden zespół. I choć starsi fani powoli się wykruszają, na ich miejsce przybywają zastępy nowych. Zapraszamy do krótkiego przeglądu płyt które uczyniły Metallicę wielką, rockową i zagubioną.

Okres metalowy:

kill

Kill’em All” 1983.

Kwintesencja thrash metalu, album, który zrewolucjonizował ciężką muzykę, wyznaczył nowe kierunki, przesunął granice ciężaru i szybkości, oraz ten, na którym Metallica się skończyła. Według niektórych. Według tych z frakcji Venom/Bathory nigdy się nawet nie zaczęła. Prawda jest jednak taka, że to kamień milowy gatunku, płyta genialna w swojej szczeniacko-prostackiej zadziorności, gdzie nie zawsze wszystko jest równo i zbornie, ale niemal zawsze wybornie. Czy to dziki „Whiplash”, czy niemal punkowy „Motorbreath”, czy aroganckie „Hit the Lights” stojące w opozycji do rozbudowanych i ambitniejszych „Seek & Destroy”, „No Remorse” i „Four Horseman”. Jest konkretne przyłożenie, z przytupem, bez zbędnej filozofii, bo i czego można oczekiwać po tytułach „Metal Militia” czy „Phantom Lord”? To jest rewelacyjna płyta, chociaż słychać, że pierwsza, jakże młodzieńcza i buntownicza. Ani brzmienie nie ma pojęcia jak wyrazić to co kipi w głośnikach, ani zespół nie wie jeszcze do końca co chce przekazać (nie ukrywajmy, teksty są głupie), ani jak. Tylko Burton zdaje się wiedzieć czego chce od swego instrumentu (czego dowodem genialne solo basowe „Anesthesia (Pulling Teeth)”), Hetfield gra jak umie (czyli dobrze i oryginalnie), ale śpiewa, czy raczej krzyczy jak mu hormony zabuzują. Jest w tym gniew, ale i dużo przypadku. Hammet już grać solówki umiał świetne, gorzej, że wszystkie w tej samej skali i poza schemat z pierwszej płyty w zasadzie nigdy nie wyszedł. No i Lars, szalejący za bębnami, bawiący się zaskakujące podziały, synkopy, a jednocześnie nie całkiem panujący nad swoim zestawem perkusyjnym. Cóż z tego, skoro właśnie w tych szczegółach zawarł się gniew i ogień, który odmienił metalową scenę?

ride-the-lightning

Ride the Lighting” 1984.

O ile poprzednik był albumem, na którym chłopaki zagrali co umieli i patrzyli co się wydarzy, to tutaj mamy już do czynienia z przemyślanym, rozbudowanym i pod względem kompozycyjnym i koncepcyjnym dziełem. Tak, dziełem, bo tutaj chłopaki spięli się najmocniej jak się dało i nagrali płytę znakomitą. W gruncie rzeczy, wszystkie utwory tutaj są doskonałe, a niektóre wręcz mistrzowskie. Weźmy kultowy „Creeping Death”, powalający „Ride the Lighting”, czy bardzo klimatycznym instrumentalnym monstrum – „Call of Ktulu”. Oczywiście, chodzi o TEGO Cthulhu, a w utworze maczał palce Dave Mustaine, zanim go wyrzucono za picie (porównajcie wstęp do „Hangar 18” Megadeth). Okazuje się, że Rudy miał niepodważalny wpływ na wczesną Metallicę (są przesłanki, że pierwsze solo w „Fade to Black” również on wymyślił). No właśnie, „Fade to Black”, pierwsza i najlepsza ballada Metalliki, cierpiąca może jedynie na zbyt dramatyczny tekst. I „For Whom The Bell Tolls” – największy hit z tej płyty, utwór, którego motoryka wbija w ziemię od rozpoczynających go szalonych dźwięków granych przez Burtona. Metallica pokazała tutaj, że wielka przyszłość przed nimi. James nauczył się śpiewać, ale nie przestał być zadziorny, gdy trzeba. Kirk solówki sadził przewidywalne, ale jakże emocjonujące, a Lars wiedząc, że nigdy nie nauczy się grać na dwie stopy, grał wolniej niż wszyscy ówcześni i dzisiejsi wymiatacze. Ale za to z jakim pomysłem i mocą! A gdy trzeba było, to jednak tymi kopytkami zamieszał. Dowodem niech będzie „Fight Fire With Fire”. Mistrzowskie intro, wściekłe tempo i agresja, jakiej na albumach Metalliki nigdy już się nie znalazło. Gdyby nie nieudana próba stworzenia hitu radiowego („Escape”) byłaby to pewnie płyta absolutnie pozbawiona wpadek.

master

Master of Puppets” 1986.

Bez dwóch zdań największe, niedoścignione arcydzieło grupy, które pokazało, jak szerokie horyzonty rozciągają się przed muzykami grającymi thrash metal. Poczynając od wściekłego „Battery” napisanego do śpiewów z fanami na koncertach, przez perfekcyjnie skonstruowany utwór tytułowy (z niesamowitym, klimatycznym zwolnieniem wewnątrz kompozycji), upiorny, motoryczny „The Thing That Should Not Be” inspirowany prozą H.P. Lovecrafta, poruszającą balladę „Welcome Home (Sanitarium)” opartą na „Locie nad kukułczym gniazdem” po potężne „Disposable Heroes”, „Lepper Messiah” i dzikie „Damage Inc.” Zespół wyraźnie okrzepł, w pełni świadom swoich umiejętności i możliwości stworzył album kompletny, rozsadzający ramy gatunku, ale jeszcze doskonale się w nim mieszczący. Pełen emocji i niebanalnych tekstów przeciwstawiających się manipulacji, narkotykom, wojnie… No i jeszcze „Orion, bezwzględne i bezapelacyjne arcydzieło muzyki instrumentalnej w metalu, porażające fenomenalną grą Burtona, której Newstead nigdy nie był w stanie odtworzyć…

andthe

… and Justice For All” 1988.

Płyta bez basu. Burton zginął tragicznie w wypadku autobusu, a na jego miejsce przyszedł właśnie Jason Newstead. Chłopaki od razu dali mu odczuć, że jest mniej ważny, do tego stopnia, że na płycie w ogóle nie słychać niskich dźwięków. Dziś modne jest kopanie za tę płytę Larsa, gloryfikacja Jasona, itp., itd. Najistotniejsze jest jednak to, że jest to ostatnia, prawdziwie thrashowa i metalowa płyta zespołu. Choć dla wielu starszych fanów zbyt wolna, zbyt rozbudowana, dla niektórych przewlekłej. Nie ukrywajmy, poza instrumentalnym „To Live is To Die” i przebojowym-balladowym „One”, wszystkie utwory są rozciągnięte ponad miarę. Ale, co ważne, wszystkie te aranżacje mają sens i tworzą niezapomniany klimat, który grupa bardzo stara się odtworzyć na nowej płycie. Wystarczy jednak posłuchać „Blackened”, „Eye of the Beholder” czy „Harvester of Sorrow”, by wiedzieć, że najlepsze już za nami. To ostatnia prawdziwie wielka płyta Metalliki, ostatni ich wielki metalowy album. Zakończony zaskakująco szybkim „Dyeres Eve”. Dlaczego o nim wspominam? Bo niedawno okazało się, że bardzo szybkie partie bębnów zostały nagrane przez kogoś innego, bo sam Lars nie był w stanie zagrać w takim tempie. Coś w tym jest, bowiem kompozycji Metallica nigdy nie wykonała na żywo. Nie jest to jednak ważne. Ważne jest to, że choćby Metallica skończyła nagrywać płyty po tych czterech albumach, nie musiałaby robić już nic więcej. Metalowy szczyt zdobyli. Wynaleźli amerykański thrash i przez cztery kolejne albumu przeprowadzili jego pełną ewolucję od punkowo-speedowych łupanek po majstersztyk rozbudowanych aranżacji. Problem w tym, że osiągnięty sukces całkowicie ich przerósł.

Okres rockowy:

blackalbum

„Metallica” 1991

To bez wątpienia najpopularniejszy i w mniemaniu wielu tysięcy fanów najlepszy album Metalliki. Po rozwlekłych i długaśnych kompozycjach z „…and Justice for All”, grupa postanowiła tym razem zająć się formami krótszymi. A przy okazji lżejszymi i bardziej przebojowymi. Do tego doszło jeszcze fenomenalne brzmienie ukręcone przez Boba Rocka, na którym można było na początku lat 90-tych testować możliwości swojego sprzętu grającego. Zresztą, ów okres należał bezapelacyjnie właśnie do Metalliki i… Guns N’ Roses. W owym czasie albo się ich kochało, albo nienawidziło, nie można było pozostać obojętnym. „Enter Sandman” wyskakiwał z lodówki i stał się jednym z najbardziej ikonicznych riffów obok „Smoke on the Water” Deep Purple i „Iron Mana” Black Sabbath. Kanonicznych kompozycji było tu znacznie więcej, bo kto nie zna „Nothing Else Matters” będącej najbardziej uwielbianą, najczęściej kowerowaną i oczywiście najbardziej znienawidzoną przez niektórych balladą grupy? Taki „The Unforgiven” spokojnie leci w radiu i dziś (ponad dwadzieścia pięć lat po premierze!!), a „Sad But True”, „Wherever I May Roam” stale goszczą w repertuarze koncertowym kapeli. Przyznaję, nie ma tu słabej kompozycji (choć znamienne, że im dalej w las, tym mniej przebojowo), ale tu Metallika osiągnęła szczyt POPularności przy jednoczesnym zachowaniu pazura. To naprawdę fenomenalne piosenki (tak piosenki!), które stanęły dosłownie na granicy ciężkiego rocka i metalu, minimalnie jeszcze zaznaczając swą przynależność do tego drugiego. Ciekawostka, że to też ostatnia płyta, na której głos Jamesa brzmiał nie tylko pewnie, ale i drapieżnie. Cóż, czasem nauka śpiewu może zaszkodzić.

load

Load” 1996

Ten album to był gigantyczny cios dla fanów, cios tak bezlitosny, że do dziś wielu się nie pozbierało i nigdy nie wybaczyło Metallice. Po pierwsze muzyka, która z metalem nie miała już nic wspólnego, ale śmiało poczynała sobie w rejonach ciężkiego rocka, rocka i bluesa (!), a nawet country (pamiętne „Mama Said”), po drugie grupa podkreśliła swą przemianę kontrowersyjnym wyglądem, jakże odmiennym od ich wcześniejszej zwyczajności… Lars w białym futrze? Hammet z makijażem? O co chodzi?

Ale jak się zastanowić, to jest to absolutnie wspaniały i nad wyraz dojrzały album, który powinien ukazać się po prostu pod inną nazwą. Bo przecież James śpiewa tu absolutnie rewelacyjnie. Śmiem twierdzić, że tu osiągnął szczyt swoich możliwości, a dowodem niech będzie „Bleeding Me”. Tu Kirk wreszcie wzbił się na wyżyny solówek gitarowych tworząc uzupełniające całość klimatyczne arcydzieła, zamiast nudnawego zarzynania pentatoniki. Tu wreszcie mógł poszaleć Jason, bo jego bas wreszcie brzmi jak trzeba – tłusto, soczyście. Ponadto wybornie podkreśla wymowę wszystkich kompozycji. No i na koniec Lars. Wreszcie gra prosto i równo, bo wolno. I naprawdę wychodzi mu to znakomicie. A w momentach, gdy panowie nie próbują nic udowodnić, tylko sobie grają, powstają takie perełki jak „Bleeding Me” – jedna z najlepszych kompozycji Metallicy w ogóle! To ostatnia naprawdę dobra płyta zespołu, który kiedyś nazwał się Metallicą. Później już było tylko poszukiwanie straconego czasu.

reloand

Reload” 1997

„Reload” miał być osłodą dla tych, których „Load” poranił. Co w sumie nie mogło się spełnić, bo płytę wypełniły kawałki nagrane podczas tej samej sesji, co poprzednik i te, które nie weszły na ów album. Może i nie odrzuty, ale w gruncie rzeczy utwory zdecydowanie słabsze. Na pierwszy rzut oka/ucha można się było nabrać. Bo rzeczywiście, całość sprawia wrażenie cięższej i szybszej wersji poprzednika. Ale potem wychodzi banał „Fuel”, monotonia „Devil’s Dance”, irytuje „Carpe Diem” czy „The Unforgiven II”. Jako tako broni się „Attitude” i „Fixxxer”, radę dają chyba tylko „The Memory Remains” i „Low Man’s Lyrics”. James napisał tu też jedne z najciekawszych tekstów w swej karierze. Nie zmienia to jednak faktu, że Ładunek był świetny, Przeładunek zbędny.

garage

Garage Days Inc” 1998

Oto ostateczny dowód na to, że najlepsze czasy Metallica ma za sobą. Na piętnastolecie wydała podwójny album z coverami, gdzie na jedną płytę trafiły kompozycje nagrane specjalnie z myślą o tej składance, a na drugą zbiór coverów nagranych przez poprzednie lata. I tu wyszło szydło z worka. Chociaż w zestawie Thin Lizzy, Black Sabbath, Mercyful Fate, to wszystko jest nagrane ultrapoprawnie, bez żadnej mocy. Punkowe covery z wyczyszczonym brzmieniem brzmią kuriozalnie, wersje sabatów i mercyfuli też takie jakieś grzeczne, co szczególnie uwypuklał wytrenowany głos Jamesa, który stracił gdzieś swoją moc i agresję, a wszędzie po prostu ładnie śpiewa. Wychodzi to ładnie w country, jakim jest cover The Alman Brothers Band (z gościnnym udziałem muzyków Alice in Chains i Primus), ale blednie w takim „Lover Man” Nicka Cave’a. Okazuje się, że wersja autora „Gdy oślica ujrzała anioła” jest cięższa i mroczniejsza… Broni się jeszcze singlowy „Turn the Page” z repertuaru Boba Sagera. A gdzie wspomniane szydło? Bo okazuje się, że wszystkie poprzednie garażówki Metalliki są o wiele lepsze niż ta najnowsza. To na nich znajdziemy kultowe metalowe i twórcze covery Misfits, Killing Joke, Motorhead, Budgie czy Queen. To co wypełnia pierwszą płytę „Garage Inc” jest nad wyraz odtwórcze. Ot, ładnie odegrane przez zdolnych muzyków ładne piosenki.

 

Okres zagubiony:

metallica-st-anger

St. Anger”, 2003

To miała być płyta, na której Metallica tryumfalnie powraca do ciężkiego grania. Jaki to był tryumf to pokazuje film „Some Kind of Monster”, będący więcej wart niż ten wymęczony album niemal nieistniejącego wówczas zespołu, któremu dyktowali warunki producenci, adwokaci, psychologowie i psychiatrzy. To cud, że chłopaki w ogóle coś nagrali. Tylko dlaczego tak źle? Znów płyta bez basu. Newstead został niejako przymuszony do rezygnacji, a na jego miejsce próbował się wcisnąć Bob Rock, wygrywając jakieś popierdółki. Inna sprawa, że to co grają gitary też za dużego wyboru nie dawało. Ale jeśli odrzucić brzmienie (szczególnie perkusji, sprawa werbla jest tak znana, że nie warto się tu roztkliwiać), rozwlekłość niektórych kompozycji i kompletny brak solówek, to okaże się, że… to nie jest zła płyta. Jest tu nawet kilka niezłych numerów, gdyby je troszkę inaczej nagrać. Taki „Frantic” to bardzo dobry numer, który, niestety, co próbuje się rozpędzić, jest blokowany przez bębny, walące jak klapy śmietnikowe. „St. Anger” łupnie czasem jak trzeba, ale zaraz potem następują te dziwaczne, pseudo-country zwolnienia, które brzmią jakby zespół chciał się nastroić… Świetny skądinąd „All Within My Hands” momentami zalatuje System Of A Down. Całkiem nieźle kroczy sobie „Shoot Me Again”, jest jakaś ukryta moc w „Unnamed Feeling”, ma klimat „Invisible Kid”. To nie jest zła płyta. Ale tak wymęczona i przeprodukowana. Czuć jak wielki wysiłek zespół włożył w to, żeby nagrać te poprawne kompozycje, gdy wcześniej z rozpędu tworzył arcydzieła.

death-magnetic

Death Magnetic” 2008

Kolejny wielki powrót… W przypadku Metallicy ten slogan już nie jest śmieszny. Tak jak i kolejne próby odświeżenia formuły. Trzeba jednak przyznać, że jest to płyta całkiem udana, zgrabnie odegrana i momentami przypominająca o czasach największej świetności grupy. Numery takie jak „Cyanide”, „All Nightmare Long”, czy „Broken, Beat & Scarred” to solidne łupanki, będące echem dawnych czasów i wielkiej klasy tego zespołu. Jak bardzo zespół szuka tego echa widać na przykładzie trzech kompozycji: „Suicide Redemption”, „The Day That Never Comes” i „My Apocalypse”. Kolejno wpisują się one w konwencję utworów świadczących o geniuszu formacji:: suit instrumentalnych („The Call of Ktulu”, „Orion”, „To Live is To Die”), rozpędzających się ballad („Fade To Black”, „Welcome Home (Sanitarium)”, „One”) i najszybszych uderzeń („Damage Inc”, „Dyers Eve” i poniekąd „Fight Fire With Fire”). I w każdym porównaniu obecna forma zespołu wypada gorzej, czego kulminacją jest tekst, zwrotki i solówka w „The Day That Never Comes”. Intrygująco wypada też „The Unforgiven III”, redefiniując ową balladę. Problem tej płyty unaoczniają najmocniej dwa utwory: That Was Just Your Life” i „The End of The Line” – pełne riffów, zmian tempa, pomysłów, które nie tworzą spójnej całości i wypadają z głowy po usłyszeniu. Koniec końców Metallica prezentuje tu kawał solidnej muzyki, która powinna zadowolić zagorzałych fanów i młodzież, ale do kultowym albumom nie dorasta do pięt.

lulu-by-lou-reed-and-metallica-2011-music-review

Lulu 2011

Chociaż jest to projekt Lou Reeda i muzyków Metallicy, zdecydowano się sygnować to nazwą, która przykuje większą uwagę. A całość, ten dwupłytowy (!) monument okazuje się zlepkiem banalnych, nudnych i rozwlekłych riffów składających się na dziewięć utworów, w których nie dzieje się nic, poza tym, że Lou Reed bełkocze, a od czasu do czasu James coś krzyknie, udając młodzieniaszka. Można zrozumieć, że Ulrich i Hetfield marzyli o współpracy z Reedem, ale mogli to przecież nazwać jakoś inaczej. W ten sposób, nagrali najgorszą płytę w historii rocka i metalu. Zdecydowanie. Tu dwie legendy sięgają dna. I choć pomysł wyjściowy (teksty Reeda) i duża część riffów Hetfielda (standard) jest naprawdę dobra, to połączenie tego okazało się po prostu niestrawne.

metallica-beyond-magnetic-ep

Beyond Magnetic” 2012

 Oficjalnie jest to epka, ale z drugiej strony, całość trwa ponad trzydzieści minut, więc jest dłuższa niż większość pełnych płyt Megadeth czy Slayera. I zdecydowanie gorsza. Aż nadto widać, że są to odrzuty z sesji „Death Magnetic”, zarówno bowiem brzmienie, jak i struktura bardzo przypomina ostatniego długograja Metallicy. Z tą różnicą, że wszystkie te kawałki są zdecydowanie dużo słabsze. Otwierający „Hate Train” ma moc, ciekawą strukturę riffów, zgrabne solówki, ale dużo w nim nieporadnej nowoczesności i bębnów Larsa, który nie może się zdecydować, czy grać szybko, czy wolno, czy może równo. Ciągnie się toto, nie wyrządzając krzywdy słuchaczowi, ale i nie dając wiele przyjemnego. „Just a bullet away” ma solidny, mocny riff, który czasem niepotrzebnie stoneruje. James, niestety, też ciągle śpiewa najlepiej jak potrafi, a więc w sposób zupełnie pozbawiony cechującego go niegdyś pazura. W utworze mamy ładny przerywnik w środku, który wraz z riffem prowadzącym czyni go najlepszym kawałkiem na materiale. Potem jest bowiem już tylko gorzej. „Hell and Back” to wręcz radiowy modern rock, z paroma ostrzejszymi zagrywkami. Zlepiony z wielu riffów, które zapomina się zaraz po ich wybrzmieniu. Znów ciągnie się to jak krówka i nic z tego nie wynika. Kończący epkę „Rebel of Babylon” wlecze się w nieskończoność i chociaż migną w nim czasem niezłe riffy, giną pod natłokiem miałkich bębnów i wokalu, który już nie daje rady udawać buntownika. Słychać, że zespół się stara i chce. Przede wszystkim zmazać niesmak po „Lulu”. Miejmy nadzieję, że nowym albumem pójdzie inną drogą.

Kategorie
Rankingi
Łukasz Radecki

Pisarz, nauczyciel, muzyk, redaktor, publicysta. Autor i współautor ponad dziesięciu zbiorów opowiadań m.in. „Kraina bez powrotu: Opowieści Niesamowite” (2009), „Lek na lęk” (2011), cyklu „Bóg Horror Ojczyzna” (2013), „Pradawne zło” (2014), „Horror klasy B” (2015), „Królestwo gore” (2017) oraz powieści „Miasteczko” (2015), „Zombie.pl” (2016), cykl „Nienasycony” (2017). Muzyk zespołów Acrybia, Damage Case i Wilcy. Pisał i recenzował w sieci i prasie. Szczęśliwy mąż, ojciec trójki dzieci.

Komentarz
  • Anonim
    16 listopada 2016 at 10:25
    Skomentuj

    Czekam na podobną analizę twórczości Iron Maiden:)

  • Dodaj komentarz