MICHAEL OCHS ARCHIVES
Rankingi

Lou Reed – piosenki, które uwielbiam

Czytając świetne „Lou Reed. Zapiski z podziemia” zacząłem słuchać na nowo solowych płyt Lou Reeda. I nie mogłem przestać. Poniższy wybór to tylko dziesięć piosenek z solowej twórczości muzyka. Dziesięć, które lubię, cenię i gdy myślę Lou Reed, jako pierwsze przychodzą mi do głowy. Brakuje tu wielu. Wiem. Ale to lista osobista. Takie własne „the best of”.

Like A Possum, Ecstasy, 2000

Osiemnaście minut. Osiemnaście minut zapętlonych dźwięków gitary w rytm których Reed snuje opowieść o sobie, swoich uczuciach i tym jak widzi siebie w związku. Czułość miesza się ze zgorzknieniem, smutek z radością. Ekstaza ze nienawiścią. I got a hole in my heart the size of a truck/it won’t be filled by a one-night fuck. Pamiętam, że prze premierą płyty „Ecstasy” o Reedzie (po raz zresztą kolejny” pisano, że jest artystą skończonym i stał się cieniem artysty. Potem ukazuje się ten album. I świat pada mu do stóp. Znów. Dziś już wiemy, że album poświęcony żonie, małżeństwu i swoim uczuciom, był ostatnim autorskim albumem Reeda. Owszem, wydał jeszcze kilka płyt. „Raven” poświęcone twórczości Edgara Allana Poe, „Lulu” czy albumy z czy dwa krążki z muzyką instrumentalną, ale żaden nie miał już tego ładunku emocji i nie chwytał za serce jak „Ecstasy”.

NYC Man, Set the Twilight Reeling, 1996

To był 1996 rok. Wczesna wiosna. Z zakupioną kasetą Lou Reeda ruszyłem przed siebie. Słuchawki na uszach. Walkman. A potem słyszę pierwsze zdanie i już wiem, że to jedno z tych zdań, których nigdy nie zapomnę. It can only lead to trouble if you break my heart. Może i nie jest to najlepsza piosenka na świecie. Może Reed na temat Nowego Jorku napisał dziesiątki innych, lepszych. Tę po prostu uwielbiam. I to południe, kiedy mogłem iść przed siebie, słuchać płyty i nie myśleć o niczym też uwielbiam. I nikt mi tego nie odbierze.

 

Small Town, Songs for Drella, 1990

I znów wspomnienie kasety magnetofonowej. Tym razem zakupionej w księgarni wysyłkowej (takie iTunes ery transformacji, czyli obrzydliwie wydrukowany katalog i przedpłaty za wysyłkę). I pierwszy szok, kiedy słyszę początek albumu, a tu jakieś dziwne smęty. Gdzie gitary ja się pytam. Ale pretensje trwały może dziesięć sekund. Potem pojawiło się oczarowanie pięknem. Czystym pięknem. Genialny album, nagrany z miłości do zmarłego przyjaciela.

Dime Store Mystery, New York, 1989

Płyta gigant, się wie. „Dime Store Mysery” to kompozycja ją zamykająca. Nie była hitem jak „Dirty Blvd” ale… no właśnie. Lubię jej narrację. Jej spokój, który uwodzi, choć opowiada historię kompletnie niespokojną i mroczną. Reed jak mało kto potrafił opowiadać o brudzie i śmierci w niebywale przekorny sposób.

Street Hussle, Street Hussle, 1978

Kto wie czy to najbardziej niedoceniona i zapomniana dziś płyta Reeda. A szkoda, bo w 1978 roku szokowała – począwszy od zwrotu muzyka w stronę muzyki pop, przez romans z nowinkami technicznymi po… gościnny i utajniony wówczas udział Bruce’a Springsteena. Tytułowa mini suita to kolejny spacer ulicami Nowego Jorku. Nieprzyjemny. Pełen bólu, śmierci i złamanych życiorysów. Jakże pięknie to wszystko dziś brzmi.

Coney Island Baby Coney Island Baby, 1976

Dziwny koleś w kapluszu. Kaseta leżąca obok taśmy Culture Club. Rok może 1989. Może 1990. Spodziewałem się jakiegoś popu. Kolejny koleś który chodzi po basenie w suchym garniturze itp. Włączyłem Dziwne. A potem ta piosenka. I ten głos, który z coraz większym zaangażowaniem i obłędem krzyczy glory of love… Nie wiem czy wtedy się zaczęło. Ale ziarno zostało zasiane. Do dziś uważam że to jedna z najpiękniejszych piosenek świata.

The Kids, Berlin, 1973

Jeśli szukacie najbardziej depresyjnych piosenek świata – polecam. Cały album polecam, bo jest piękny i tak przygnębiający, że istnieje spora szansa iż jego wysłuchanie pomoże w podjęciu decyzji o pożegnaniu się ze światem. Piękno smutku w postaci czystej.

Vicius, Transformer, 1972

Rety, a to dopiero było mieszanie w głowie. Piosenka, która zaczyna się niczym jakiś standard w duchu Troggs, zamienia się w jakąś kakofonię. No i tekst – zaczepny, zabawny ale podszyty jakiś absurdalnym szaleństwem. Kiedy ma się dwanaście lat i uczy równocześnie języka i muzyki płyta „Transformer” dostarcza dziwnych bodźców. I kształtuje sposób widzenia muzyki i słów.

Satellite of Love, Transformer, 1972

Pokochałem tę piosenkę dawno temu i wciąż ją wielbię. Za jej eklektyzm i żonglerkę klimatem i stylistyką. Za prosty, ale piękny tekst. Za optymizm. Wiele lat później dowiedziałem się, że miała to być piosenka Velvet Underground. Gdzieś w 1996 roku, gdy ukazała się niepublikowana wcześniej wersja nagrana przez Velvetów, uznałem, że jednak lepiej stało się, że wtedy mało kto wierzył w jej potencjał. A był. Wielki.

Walk on the Wild Side, Transformer, 1972

Ok. A teraz wyobraźcie sobie taką scenę. Jesteście matką jedenastoletniego chłopca. Słuchacie wspólnie takiej fajnej piosenki. Jest w niej przebojowe „la la lalala”, jest fajny chórek. W zasadzie wszystko jest fajne. Mówicie synkowi, żeby słuchał takich rzeczy, bo są ładne i przyjemne. Mama nie zna angielskiego. Ty też nie znasz. Poznasz rok później. Szybko przetłumaczysz sobie „la la lalala”. Choć nauczycielka nie będzie chciała ci pomóc z kilkoma określeniami. Podskórnie czujesz, że kładzenie głowy na kolanach jest bezsensu. Ale masz dwanaście lat. Mieszkasz w Polsce, w której ledwo co wrzucili do sklepów zabawki i naklejki ze Smerfami.

O czym tak naprawdę jest ta piosenka dowiesz się rok, może dwa lata później. Kiedy powiesz to matce, ta nie uwierzy. To nie może być tak, żeby tak piękna piosenka, opowiadała o męskich prostytutkach, robieniu loda, śmierci i narkotykach. Cholera – w zasadzie to Reed w czterech minutach zamknął całe amerykańskie kino niezależne. Wielu próbuje pokazać życie na ulicy. On je zaśpiewał. Do dziś nikt mu nie dorównał.

Kategorie
Rankingi
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz