Rankingi

Leonard Cohen – ulubione piosenki

Zmarł Leonard Cohen. Miał osiemdziesiąt dwa lata. Przeżył niezwykłe i piękne życie. Był obiecującym poetą i pisarzem a został muzykiem. Był kochankiem. Buddyjskim mnichem. Bankrutem zaczynającym życie od nowa. Ikoną i bożyszczem. Ojcem i dziadkiem. Pozostawił po sobie dziesiątki piosenek. Wybrałem z nich dziesięć swoich ulubionych.

Paper Thin Hotel 

To jedna z tych piosenek, które będą towarzyszyć mi do końca. Masochistyczna, posępna ale i piękna opowieść o zazdrości. Oto on – mężczyzna, który słucha jak jego ukochana uprawia seks z innym.

Avalanche

Kolejna piosenka o miłości, odrzuceniu i ranach. Kobieta jako lawina, która przetacza się przez życie… Piękna jest wersja tej pieśni, nagrana przez Nicka Cave’a na pierwszą solową płytę. Ale poniżej oryginał.

Chelsea Hotel no.2

Wszystko zaczęło się od spotkania z Janis Joplin w legendarnym Chelsea Hotel. Cohen opisał je z każdym szczegółem. Ale to nie jest piosenka o robieniu loda. To piosenka o zagubieniu i utracie. Piękna piosenka.

Lover, Lover, Lover

Nagrywając album „New Skin for the Old Ceremony” Cohen szukał dla siebie nowego brzmienia. Powoli czuł się niewolnikiem akustycznych ballad. Na „New Skin…” rozbudował aranżacje, dodał masę instrumentów, ale… nie zmienił sposobu pisania tekstów. „Lover, Lover, Lover” jest tego najlepszym przykładem. Kolejna piosenka, której mogę słuchać bez końca.

Bird on the Wire

Kiedy jest się nastolatkiem wiele dóbr kultury przyjmuje się jako prawdy objawione. Dla mnie prawdą objawioną była ta piosenka. W wieku lat szesnastu uważałem, iż idealnie definiuje ona moje życie. Do dziś znam na pamięć jej tekst.

Famous Blue Raincoat

Zastanawiam się czy osobę, której nie wzruszy ta piosenka, wciąż jeszcze można nazwać człowiekiem.

Waiting For The Miracle

Kiedy myślałem (i wydaje mi się, że podobnie miała reszta świata), że Leonard Cohen utknął w latach  80., że nie nagra już nic godnego uwagi, ten mały drań wypuszcza „The Future”. A potem ciut większy drań, czyli Oliver Stone, używa tych piosenek w „Urodzonych mordercach”. Może i w świecie Cohena czekanie na cud, to synonim końca, ale cud się zdarzył.

Hey, That’s No Way to Say Goodbye

Ta piosenka jest niemal optymistyczna. Niemal. Gdyby tylko jej bohater był bardziej pogodzony z życiem…

Diamonds in the Mine

Lubię to jak na płycie została ta piosenka zaśpiewana. Jest w głosie Cohena jakaś wściekłość pomieszana z ironią idealnie pasująca do tekstu.

Death Of A Ladies’ Man

Zacząłem tę listę od piosenki z płyty, którą znam na pamięć i kończę piosenką z nią. Obie, znaczy „Paper Thin…” i ta, to piosenki, których mogę słuchać bez końca. Cohen zawsze poświęcał w swoich tekstach i wierszach masę miejsca seksowi i miłości. Na tym albumie zrobił to w najbardziej bezwzględny i okrutny sposób. A te dwa zdania… te dwa zdania po prostu uwielbiam: So the great affair is over but whoever would have guessed
it would leave us all so vacant and so deeply unimpressed. Jak i cały tekst tej pieśni.

 

 

Kategorie
Rankingi
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz